Jakiś czas temu rozmawialiśmy z Roberto o niezwykłym projekcie wodnym jednego z Braci powstałym w lesie Tuuru. [We wczesnych latach 60tych włoski zakonnik Giuseppe Argese rozpoczął pracę nad systemem mającym doprowadzać wodę do domu dla niepełnosprawnych dzieci w Tuuru. W ciągu 27 lat stworzył akwedukt Nyambene, który rozciąga się na długość ponad 250 km i zapewnia 250 tysiącom ludzi 8 milionów litrów wody dziennie. Brat Argese stworzył swój system na bazie licznych tuneli i kanałów sprowadzających wodę z małych strumyków i rzek do dużych zbiorników, co zapewnia stały dostęp do wody, nawet w porze suchej, ludziom którzy do tej pory musieli iść kilka dni, by zdobyć kilka litrów wody (przyp. O.)]. Ustaliliśmy, że chcemy tam pojechać.
Udaliśmy się w wyprawę mocarnym Land Cruiserem, na pokładzie z Elisą, Valentiną, Laurą, Oleńką, mną (R.) i kierowcą Josephem. Za radą Roberto dobrze przygotowaliśmy się na wyprawę. Zrobiliśmy dużo kanapek, wzięliśmy wodę i nasze ulubione "baby bananas", które szczęśliwym trafem dzień wcześniej pojawiły się w naszej kuchni (Są to miniaturki bananów, mniej słodkie i trochę bardziej twarde, a w smaku mają pewną nutę truskawki - są fantastyczne. Mieliśmy okazję spróbować ich u Sióstr zakonu Cottolengo koło Nairobi w pierwszą noc spędzoną w Kenii).
Wyjechaliśmy około dziewiątej rano udając się na wschód. Droga zajęła nam niecałe trzy godziny. Zrobiliśmy postój w kościele na szybką toaletę i (!) ku naszemu zaskoczeniu, udało nam się kupić dwie butelki czerwonego wina. Warto w tym miejscu nadmienić o naszej czystej jak kryształ abstynencji. Od czasu opuszczenia pokładu boeinga 777, który - nota bene! - został wyprodukowany w stanach zjednoczonych US oraz A, nie tknęliśmy ani kropelki - bo, po prostu nie ma czego tknąć..
Pnąc się stale pod górę, sukcesywnie wjeżdżaliśmy w co raz to bardziej prawdziwie tropikalny busz! Droga była wyboista i wąska, dość ciemna jak na porę dnia i warunki panujące "na zewnątrz". Momentami wyglądała jak rów szerokości samochodu, zakrywający go po dach. Drzewa, krzaki i pnącza szczelnie okrywały drogę czasami tworząc poszarpany tunel. Las był tak gęsty, że wszystkie drzewa były porośniete rozmaitą roślinnością. Nie mówiąć już o jakimś skrawku odsłoniętej ziemi - tylko wyjeżdżona droga. Pierwszy raz widziałem liany leniwie dyndające z drzew.
W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie czekał na nas przewodnik, który miał nam pokazać główne elementy systemu wodnego stworzonego przez "cichego człowieka" (podobno taki pseudonim miał włoski braciszek-architekt). Na początku zaprowadził nas do malowniczo położonego sztucznego zbiornika wody. Tu już można było dostrzec pierwsze systemy rur wyrastające z ziemi. W tym miejscu mieliśmy okazję poznać kameleona Ryszarda w jego naturalnym środowisku. Nieznany nam dotąd gatunek kameleona z trzema rogami na głowie. Faktycznie zmieniał kolory, a w dotyku był jakby z miękkiej gumy [Ja też nie mogłam się powtrzymać i musiałam złapać go za ogon. Zachowywaliśmy się jak dzieciaki na widok tego biednego stworka. (przyp. O.)]. Kameleon Ryszard był nielada gratką!
Następnie pokazał nam główne źródło wody systemu - wodospad, który sprawiał rajskie wrażenie. Zdjęcia poniżej opiszą go najlepiej.
Las w tym miejscu był niesamowity i jednocześnie przerażający - myśl o samotnym wydostaniu się z niego była, delikatnie mówiąc, słaba. Promienie słońca wpadały przez szczeliny gęstych koron drzew, przedzierając się i rozświetlając wszelkie pnącza i porosty, tylko część padała gdzieś na mcho-podobną powierzchnię ziemi. Za dnia było pięknie, noc jednak zaowocowałaby pewną śmiercią: jak nie przez jakieś, ciul wie jakie zwierzę, to ze strachu atak serca murowany.
[Jednak jedną z ciekawszych rzeczy, które tam zobaczyliśmy był podziemny tunel, który pomógł nam zrozumieć na czym polega fenomen całego systemu wodnego. Weszliśmy do niego wpół zgięci, zaopatrzeni w latarki i przez jakiś czas szliśmy, aż dotarliśmy do... ściany. Przez chwilę staliśmy osłupieni, po czym zauważyliśmy, że ze ścian skapuje, kropla po kropli, woda, która następnie ścieka do rynienki. Takie malutkie "strumyczki" łączą się później w większe i prowadzone są rurami do zbiorników. Robi wrażenie. (przyp. O.)].
A propos wina. Postanowiliśmy, że ten niesamowity kenijski trunek pozostawimy sobie na specjalną okazję - taką właśnie wydawała się nam kolacja wigilijna. Byliśmy bardzo podekscytowani, jednak szybko okazało się, że 'trunek' ma niewiele wspólnego z dobrym winem, poza nazwą (i to, jak głosił dumnie napis na etykiecie szczep Barbera!) i kolorem. Dla mnie było to dosyć zabawne doświadczenie, ale Radkowi na chwilę popsuło humor. [Miałem ochotę na wino o pełnym smaku, o wikwintnej nucie, o zapachu promieni słońca, o WYDARZENIU, które zabierze nas w podróż po afrykańskich wzgórzach, malowniczo porośniętych po horyzont winoroślami, bezstresowo dojrzewających w równikowym klimacie... Skończyło się jednak na miejskiej latrynie, toaletach bez desek i znudzonej pani klozetowej żądającej dwa pięćdziesiąt, przypatrując się tobie jakby rentgenowskim wzrokiem, badając jelito grube w celu naliczenia dodatkowych pięćdziesięciu groszy za poważniejszą usługę. To był mokry policzek na świeżo ogoloną twarz - a nie wino.. (przyp. R.)]