Wstaje rano jak zawsze, patrze przez okno i widzę po raz już nie zliczony w moim życiu te kochane osiedle, widzę tych ludzi co zawsze. Widzę ludzi o tak odmiennych charakterach, ale zarazem tak podobnych. Idę dalej, punkt łazienka. Nagle wchodzi ożywiona mama przynosi bułki i po chwili woła na śniadanie. Wchodząc do kuchni widzę jej zadumaną, poważną i zarazem tak kochaną oraz zatroskaną twarz- twarz kochanej mamy. Siadam zaczynam jeść, zaczynam rozmawiać z mamą i patrzę jak czyta gazetę. Krótkie krzątanie się po domu w wesołym nastroju i nagłe oprzytomnienie, że już czas, już czas iść na przystanek autobusowy w podskokach biegu. Czapka, szalik i niedopięta kurtka, raz, dwa plecak i już mnie nie ma. Słychać tylko zamykające się drzwi jedne, drugie i te .. te prowadzące do świata przestrzeni. Otwieram je z rozmachem i od razu zostaje postrzelona tymi wspaniałymi promieniami słońca oraz nie ograniczoną ilością tego wonnego powietrza, przepełnionego wiosenną przygoda dnia. Chwila porywająca w świat marzeń i bach oprzytomnienie i szybki bieg na autobus. 5,4,3,2,1 i .. już autobus odjeżdża. Zajmuję w nim miejsce, otwieram plecak i zanurzam się w stronach wspaniałej przepełnionej niesamowitymi wydarzeniami książce. Mija niecałe 10 minut i czas wysiadać. Teraz już idę spokojnie bez większego pośpiechu ale zarazem ze świadomością 5 minutowego czasu. Wszystko wydawało by się takie samo jak wcześniej, ale nie zupełnie. Wizerunek szkoły, wizerunek i obraz tego co kryje dzisiejszy dzień w murach tego budynku. Przystuj w drodze oraz chwila zawahania, smutku, niepewności.. Szkoła, szatnia i pośpieszający każdy krok dzwonek lekcyjny. Matematyka, historia, polski i tak dalej plus przeplatające zajęcia przerwy... uśmiech taaaa. Ostatnia lekcja, sprawdzian z informatyki i drynnnn koniec, koniec tej krepującej udręki, zbieg do szatni, króciutka rozmowa z mężem, kilka schodków, przepchnięcie drzwi i czarujący hipnotyzujący powiew wiatru któremu zaprzecza logiczne myślenie. Szybki bezinteresowny powrót do domu i tylko jedna rzecz w głowie. No ale niestety obowiązki także istnieją. Najpierw obiad, sklep, referat, rozmowa z mamą. No i nareszcie .... bamc bamc bammc przebieramy się w dresik, bluzę, słuchawki na uszy i lecimy. Nareszcie mogę robić to co kocham najbardziej, pozwala mi na to pogoda! Mogę oderwać się od rzeczywistości i pobiec w dal, móc znów biegać- robić to ! Jedni mogą pomyśleć że jestem jakaś nienormalna i że przecież nie można niczego zdziałać poprzez bezsensowne bieganie w te i z powrotem. A jednak mylą się.Owszem nie każdy może biegać, nie każdy. Jeśli osoba ta nie rozumie sensu tego co robi jest nikim, tu nie liczy się bo koleżanka biega, bo chce być chuda to inną drogą. Tu liczy się coś o wiele głębszego, tego po prostu nie da się opisać to trzeba przeżyć w sobie. Wiem tylko jedno że dzisiaj miałam okazje porwać się w już tak oddawana wyczekiwaną podróż przemyśleń, refleksji i zastanowień. Mogłam udać się po raz kolejny w moje ukochane miejsca odbiegające od przepychu szarej nowoczesnej, zakłamanej rzeczywistości. Dziś znów śmiałam się jak nienormalna i krzyczałam z radości sama do siebie, uwolniłam siebie w sobie. Znów posmakowałam kolejny kawałek wspaniałego tortu życia. Znów otrzymałam możliwość patrzenia na niesamowite piękno tego świata, moje oczy znów otworzyły się. Poukładałam sobie wiele spraw, wyciszyłam i z pełnym szczerym uśmiechem wróciłam do domu. Miłe wymienienie się uśmiechem z najbliższymi i oschłe odczytanie pewnej rzeczywistości świata ludzkiego kryjącego się poza granicami gniazda domowego... szybki prysznic i wędrówka na drogę krzyżową, powrót w towarzystwie niezliczonej ilości pięknych gwiazd, kolacja no i oczywiście oglądanie ukochanego serialu. Kąpiel i teraz te chwile spędzone tutaj na opisywaniu zwariowanych ale szczerych odczuć dnia.