Obietnice bez pokrycia są jak balony z helem. Ładnie wyglądają. Lecą wysoko. Tylko że w środku jest powietrze. Dużo powietrza. I zero sensu.
Ktoś mówi spokojnie, że będzie zawsze. Że pomoże. Że zadzwoni. Że tym razem na pewno. No jasne. Przecież kalendarz sam się magicznie wypełni, chęci same urosną, a odpowiedzialność spadnie z nieba razem z tęczą.
Czekasz. Bo przecież obietnica to coś ważnego. Podobno. Minuty robią się godzinami. Godziny robią się ciszą. A cisza robi się odpowiedzią. Najbardziej szczerą ze wszystkich.
I nagle ta nudna prawda, taka bez brokatu, bez wielkich słów, bez efektów specjalnych, waży mniej niż jedno puste zdanie rzucone na szybko. Bo prawda nie brzmi romantycznie. Prawda nie klika się dobrze. Prawda nie daje nadziei na odcinek drugi.
Ale za to prawda nie znika. Nie wyparowuje. Nie potrzebuje wymówek. Po prostu jest. I nie udaje, że będzie czymś więcej.
Obietnice bez pokrycia są ciężkie. Noszą je ci, którzy w nie wierzą. Ci drudzy już dawno mają lekkie kieszenie i jeszcze lżejsze sumienie.
Więc następnym razem, gdy ktoś powie spokojnie zaufaj mi, wszystko będzie dobrze, uśmiechnę się. Bo jasne. Balony też wyglądają pięknie dopóki nie pękną.
















