Gastrocyber
Nie wiem jak się nazywał i jak jebał, ale wiem co zamierzał! Wszystko to było bardzo groteskowe - jechałam pociągiem na trasie Kielce-Chęciny kupić sobie mydło, a obok mnie na korytarzu, stał wynędzniały metalowiec ubrany tylko tak, jak tylko metalowiec umie - cały w moro, nawet majty miał w moro, widziałam, bo w pewnym momencie zaczął się rozbierać, wyciągać z czterech plecaków, które jakimś cudem niósł na swym wątłym karku, jakieś podkoszulki moro, skarpety moro i zakładać to na siebie na przemian. “Ciekawe czy chuja też ma w moro” - pomyślałam jakby tak z przyzwyczajenia, bo często myślę o chujach, jak jadę pociągiem. Martwi mnie bowiem, że każdy chłop go ma, i te chuje tam są, oddzielone ode mnie tylko warstwą spodni, i te chuje na bank myślą o mnie, bo wy nie wiecie, ale ja jestem przedupa. I jak pomyślałam, tak wykrakałam - chudy metalowiec dobył komórki, a że wzrok miał kreci, to czcionkę miał tak wielką, że mogłam czytać, co pisze na fejsiku jakiejś łani, która odpisywała mu nie za często. “Oblizuję ci patelnię jak po jajecznicy z boczkiem” - zaczął, a ona “Och, już mi mokro”, więc skurwysyn się rozpędził, i tak cała drogę pisał już: “Chlastam Cię mą pasztetówą po pysku, Marzena” - napierdalał dalej ten gastrocyberseks - “Jadę Cię jak kurę na rosół” - pisał coraz szybciej, tak mu paluszki śmigały, że chuj! “Rób karpia, dochodzę!” – napisał w końcu i poszedł do kibla. “Muszę się wylać” - wyseplenił do mnie szarmancko. Siedziałam tak i myślałam, że niedaleko, tuż za ścianą, w otoczeniu całego wagonu penisów schowanych jedynie za spodniami, jeden chudy, samotny metalowiec z bródką, w czapce i wytartej, skórzanej kurtce, wali teraz jak oszalały konidło w zimnej publicznej toalecie.
Wysiadłam i postanowiłam, że kupię sobie choćby golfa trójkę, ale do pociągu więcej nie wsiądę. Zamiast mydła kupiłam zaś pastę BHP i umyłam się nią dokładnie dwadzieścia razy.













