South italian plants. Feat.; Mediterranean sea - trees, agaves and opuntias along seashore (fot.: 9,10).

seen from Guatemala
seen from Bulgaria
seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from United States
seen from Malaysia
seen from United Kingdom
seen from Lithuania

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from Maldives

seen from United States

seen from China
seen from Serbia

seen from United States

seen from China
seen from United States
seen from Malaysia
South italian plants. Feat.; Mediterranean sea - trees, agaves and opuntias along seashore (fot.: 9,10).
Kruche ciasto z cytrynowym kremem, oliwą i solą
Nie lubię cytrynowych zapachów. Nie kupię dezodorantu, balsamu do ciała, świeczki zapachowej, płynu do naczyń, czy nawet odświeżacza do toalety o tym aromacie.
Unikam też cytrynowych ciast, deserów, lodów i innych łakoci. Niemniej jednak kupuję i zużywam bardzo dużo tych kwaśnych, żółtych owoców!
W sezonie jesienno-zimowym uwielbiam herbatę z dodatkiem cytryny, imbiru, kurkumy i miodu, w bardzo zimne wieczory raczę się resztkami cytrynowej nalewki mego śp. Taty. Rano codziennie piję wodę z cytryną, a latem lemoniadę z miętą i domową iced tea. Dodaję cytrynę i skórkę z niej otartą do rozmaitych past do smarowania pieczywa, twarożków, makaronów i risott oraz - obowiązkowo - do dań rybnych. Zdarza mi się nacierać dłonie sokiem z cytryny, albo robić maseczkę na włosy z soku z cytryny, żółtka i oliwy z oliwek. Cytryny mam zawsze w lodówce.
Z jakiegoś powodu nie przepadam za słodkościami o dominującym kwaśnym smaku, dlatego cytrynowych ciast nie robię zbyt często. Zwykle powodem jest czyjeś zamówienie, albo zaintrygowanie przepisem. Tak było z kruchym ciastem z lemon curdem z dodatkiem oliwy z oliwek i soli, który znalazłam przeglądając strony internetowe “New York Timesa”.
Próbowałam wyobrazić sobie smak tego wypieku. Przeczuwałam, że może być ciekawie. I faktycznie było. Ciasto jest nieprzesadnie słodkie, kwaskowe, z nieoczywistym, niedookreślonym oliwkowym tłem, przełamane słonym akcentem.
Polecam poszukiwaczom przygód.
Składniki:
Ciasto 155 gramów mąki pszennej 50 g szklanki cukru 25 g cukru pudru łyżeczka skórki otartej z cytryny ½ łyżeczki soli morskiej 142 g masła
Krem cytrynowy z oliwą i solą sok i skórka otarta z 4 cytryn 200 g cukru 2 duże jajka 3 żółtka 1 ½ łyżeczki skrobi kukurydzianej pół łyżeczki soli morskiej 57 g masła 60 ml oliwy z oliwek e.v. cukier puder gruba sól morska (lub w płatkach)
Przygotowanie:
Rozgrzać piekarnik do 185°C. Małą kwadratową blaszkę wyłożyć pergaminem tak, by po przeciwległych stronach wystawały boki (pomogą wyjmować ciasto po upieczeniu).
W robocie kuchennym pulsacyjnie zmiksować mąkę, cukier, cukier puder, skórkę z cytryny i sól. Dodać pokrojone w kostkę bardzo zimne masło i ponownie zmiksować na drobne grudki. Wyjąć z misy robota i energicznie, krótko zagnieść. Kruchego ciasta nie wyrabia się długo, bo masło się ogrzewa, topi i ciasto staje się lepkie.
Ciastem wylepić blaszkę, robiąc minimalne ranty. Piec ok. 30-35 minut, aż stanie się jasnozłote.
Wyparzone i wyszorowane cytryny otrzeć na drobnej tarce ze skórki. Wycisnąć sok z cytryn, aby uzyskać ok. ¾ szklanki soku.
W małym rondlu dobrze wymieszać sok z cytryn, cukier, jajka i żółtka, skrobię kukurydzianą i drobną sól morską. Podgrzewać na średnim ogniu, aż do wrzenia i zagęszczenia, 2-5 minut. Upewnić się, że mieszanina zawrze i będzie się gotowała przez ok. 30 sekund, maks. minutę (musi lekko zgęstnieć, ale nie zważyć). Zdjąć z ognia i wrzucić do garnka masło, wlać oliwę oraz skórkę z cytryny i połączyć w jednolitą masę, ubijając rózgą.
Gdy kruche ciasto będzie gotowe, wyjąć je z piekarnika i ostrożnie wlać krem cytrynowy, wyrównać szpatułką i wstawić do piekarnika. Piec do momentu, gdy krem stężeje, jeszcze 10-15 minut. Pozostawić do ostygnięcia, a następnie schłodzić w lodówce przed pocięciem na nieduże kawałki.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem i grubą solą morską.
Dziś po raz pierwszy przyniosłam do domu florystyczne cuda na papierze. To mój najpiękniejszy nabytek z Po-Dzielni, która wcale nie tylko ubraniami stoi.
Dwa zestawy roślinnych pocztówek zostały wydane w 1965 i 1967 roku przez Biuro Wydawnicze „Ruch” w Warszawie. Flora Puszczy Białowieskiej i Rośliny Ozdobne. No i jeszcze te wolne ptaki, odmieńcy z południa - czyli obrazki cytryn, pomarańczy, daktyli, oliwek, bananów. Razem 59 pocztówek.
Wzruszają podpisy na niektórych kartkach - widać, że ktoś z najwyższą starannością tkał nazwy gatunkowe, najpierw na brudno ołówkiem, z liniami pomocniczymi, by litery były równe, a potem mazakiem na czysto. Nazwy, które mogłyby oznaczać egzotyczne choroby albo drinki, ewentualnie imiona drag queen: „KAPTURNICA DRUMMONDA”, „DYPTAM JESIONOLISTNY”, „DARLINGTONIA KALIFORNIJSKA”, „HELIAMFORA ZWISŁA” (!).
Po co ktoś podpisywał je odręcznie, skoro na rewersie umieszczono małym drukiem nazwę gatunkową po polsku i po łacinie? Może z powodu słabego wzroku? Albo to były dla kogoś karteczki edukacyjne i w ramach ćwiczeń powtórzenie nazwy pomagało ją utrwalić? Albo ktoś zachwycał się tymi kartkami i zależało mu na osobistym wkładzie-w-rzecz, na zostawieniu swojego śladu w przedmiocie. Ile z tych gatunków ten ktoś widział na żywo? Jak kartki trafiły do Po-Dzielni?
Na wielu z nich zostały maleńkie ślady po szpilkach, a więc obrazki wisiały na jakiejś ścianie. Ktoś patrzył na nie (nawet pół wieku temu) i może wyobrażał sobie w swojej kuchni te egzotyczne owoce, których nigdy nie smakował. W polskim bloku (i nie-bloku) w czasach słusznie minionych na pewno emocje wywoływała cytrynowa gałązka. Zresztą do dziś wywołuje - gdy na nią patrzę teraz, przypominam sobie letnie, włoskie powietrze i te cytryny na drzewku, w słońcu... i nagle znowu wierzę, że lato przyjdzie.
Nie wiem czy próbować udawać, że cię nie widzę, czy ubrać i zacząć wychodzić.
Plants I’ve met in Italy from Monte Cassino hill to the south of the big italian shoe.
Cytryna należy do roślin z rodziny cytrusowych. Występuje w różnych odmianach, które mają różny kształt i wielkość. W okresie średniowiecza
Nielegalny imigrant chciał do Francji trafił na Podlasie
Nielegalny imigrant chciał do Francji trafił na Podlasie
22-letni nielegalny imigrant z Afganistanu zatrzymany został w Sztabinie (Podlaskie). Okazało się, że w naczepie ciężarówki na macedońskich numerach rejestracyjnych, w której się ukrył, podróżował z Serbii. Chciał dostać się do Francji, ale ładunek jechał na Litwę. W ciężarówce jechał za wschodnią granicę transport cytryn. Gdy kierowca zatrzymał się na parkingu przy stacji benzynowej w Sztabinie…
View On WordPress
Cytrynowe Spaghetti Aglio e Olio
Wywodzące się z Neapolu Spaghetti Aglio e Olio zachwyca swoją prostotą i wykwintnością zarazem i nie bez powodu funkcjonuje ono w świadomości kulinarnej jako jeden z symboli kuchni włoskiej. Przepis na to pięknie proste danie po raz pierwszy pojawił się w książce kucharskiej Guido Cavalcantiego Cucina Teorico Pratica z 1837 roku i powstał najprawdopodobniej jako skromna wersja linguine z małżami. Cavalcanti proponował użycie makaronu vermicellini, który przypomina nitki spaghetti, lecz jest cieńszy. W latach 60. XX wieku słynna neapolitańska szefowa kuchni Jeanne Carola Francesconi rozpowszechniła użycie w tym daniu makaronu linguine, czyli spłaszczonego spaghetti. Dziś Aglio e Olio najczęściej przygotowuje się, używając makaronu spaghetti, chociaż wpływ pani Francesconi widać nadal w wielu nowoczesnych przepisach.
Jak mówi Robert Makłowicz, Aglio e Olio to minimum składników i maksimum efektu. Ja jednak nie byłabym sobą, jeśli nie przetworzyłabym tego klasycznego dania na swój sposób. Twistem w moim Aglio e Olio jest dodatek skórki oraz soku z cytryny. Dzięki temu jest ono o wiele ciekawsze i orzeźwiające. Warto jednak pamiętać o pewnych zasadach, które zagwarantują, że ochom i achom nad tym daniem nie będzie końca.
Przygotowując każdy włoski makaron, należy wybierać tylko i wyłącznie ten z pszenicy durum, najszlachetniejszego surowca do produkcji pasty. Pomijając kwestie dietetyczne, makaron z pszenicy durum jest twardszy, o wiele bardziej sprężysty i wchodzi w doskonałą symbiozę z wszelkimi sosami w przeciwieństwie do makaronu z pszenicy zwykłej, który ma bladą barwę i po ugotowaniu jest kleisty i po prostu niesmaczny.
Woda, w której gotujemy makaron też nie jest tu bez znaczenia. Włosi bardzo często dodają jej do sosów, ponieważ dzięki skrobi, która wytrąca się z makaronu w trakcie gotowania, woda ta sprawia, że są one bardziej kremowe. Dodana do oliwy w Aglio e Olio nadaje pewnej głębi i sprawia, że z pozoru tak prosty sos okazuje się czymś tak ciekawym. Ważne też jest, aby wodę tę dobrze posolić - Włosi mówią, iż powinna być ona słona jak morze.
Kluczowym elementem Aglio e Olio jest oczywiście czosnek. Ja kroję go w cienkie plasterki i uważam, że w takiej formie smakuje w tym daniu najlepiej. Trzeba tutaj jednak pamiętać, aby oliwę tylko podgrzewać na małym ogniu. Inaczej czosnek spali się i nada makaronowi nieprzyjemnego posmaku gorzkiej spalenizny. Jeśli widzisz, że oliwa za bardzo bulgocze, a czosnek zbyt szybko się rumieni - zmniejsz ogień jeszcze bardziej. Czosnek powinien skarmelizować się w tej oliwie, nie sprażyć.
Cytrynowe Spaghetti Aglio e Olio
(3-4 porcje)
500 g makaronu spaghetti
3/4 szklanki oliwy
3-4 ząbki czosnku
1 duża cytryna
suszona papryczka peperoncino (można zastąpić papryczką chilli)
sól
grana padano - kilka garści startego sera
natka pietruszki
Cytrynę parzę za pomocą wrzątku, a następnie ocieram z niej skórkę i wyciskam sok z obu połówek.
Czosnek obieram i kroję na cienkie plasterki.
Makaron gotuję w dobrze posolonej wodzie.
Na patelnię wlewam oliwę, dodaję czosnek, startą skórkę cytryny i papryczkę peperoncino (ja dodaję łyżeczkę do herbaty i moje spaghetti jest wówczas dosyć ostre). Podgrzewam na małym gazie, tak aby oliwa powoli i delikatnie się gotowała, a czosnek i skórka cytryny nie spaliły się. Tuż przed przełożeniem makaronu na patelnię dolewam sok z cytryny.
Po około 10-12 minutach, kiedy spaghetti jest al dente przerzucam ja za pomocą szczypiec do makaronu z garnka, w którym się gotowało, na patelnię z oliwą. Ta woda, którą przenoszę wraz z makaronem na patelnię, sprawi, że całość nabierze kremowej tekstury, która otuli każdą nitkę makaronu.
Mieszam dokładnie i pozwalam, aby makaron doszedł jeszcze na tej patelnie, dlatego smażę całość jeszcze przez 2-3 minuty, dolewając 1 łyżkę wazową wody, w której gotował się makaron.
Spaghetti przekładam na talerze, posypuję grana padano i posiekaną natką pietruszki. Ciężko jest nie wrócić po dokładkę.
Giovanna Garzoni (1600-1670), której dwie cytrynowe martwe natury splatają się z moim przepisem, to pochodząca z Italii artystka doby baroku. Doceniana i bardzo popularna za życia, dziś niestety zapomniana. Być może gdyby była mężczyzną, jej nazwisko zachowałoby renomę sprzed czterech wieków. Garzoni była malarką jedyną w swoim rodzaju. Jako nieliczna z kobiet w tamtych czasach otrzymała bogate wykształcenie oraz odbywała częste podróże, także zagraniczne, dzięki czemu nieustannie poszerzała swoje horyzonty i poznawała coraz to nowych artystów, którzy niewątpliwie mieli wpływ na wykształcenie się jej unikalnego stylu. W swoich lekkich, przyjemnych dla oka martwych naturach często umieszczała owady, w figlarny sposób uwidaczniając swoją obecność. Garzoni zafascynowała była także kaligrafią, a do swoich potencjalnych klientów lubiła wysyłać ,,próbki’’, w których przepiękne litery ozdobione były naturalistycznymi rysunkami ptaków, kwiatów i owadów (klik).