seen from China

seen from South Africa
seen from Australia
seen from Lithuania
seen from Iraq

seen from United States
seen from Japan
seen from Yemen

seen from Maldives
seen from Netherlands
seen from France

seen from United States

seen from United Kingdom
seen from Netherlands
seen from United States
seen from Germany
seen from United States
seen from Türkiye
seen from Netherlands
seen from Türkiye
W kwietniu zapisałam się na warsztaty literackie, na które zapraszał mały pomarańczowy plakat przyklejony pewnej nocy do drzwi świetlicy w mojej szkole. Należało zeskanować kod QR, aby wejść na formularz Google, gdzie był umieszczony życiorys prowadzącej i informacja, że warsztaty są bezpłatne i – teraz już to wiem – podejrzany dopisek: "miejsce i czas spotkań do ustalenia". Przez kolejne dwa miesiące nie dostałam żadnego znaku, że warsztaty w ogóle się odbędą lub odbyły, bo liczba miejsc była ograniczona, piętnaście osób, mogłam równie dobrze się spóźnić, chociaż wydawało mi się niemożliwe, by warsztaty LITERACKIE cieszyły się takim wielkim zainteresowaniem wśród nastolatków, z których każdy na pewno wymyśliłby, od tak, trzy lepsze sposoby na spędzanie wolnego czasu niż z nosem w kartce przy akompaniamencie gderania jakiejś baby. Jednak nie, pewnien znak był – dodano mój numer telefonu do dziwnej grupy z dziewięcioma innymi numerami. Nikt nic nie napisał, a ja o tym zapomniałam.
Nagle, dokładnie 24 czerwca o godzinie 20 coś dostałam wiadomość, że pierwsze spotkanie odbędzie się jutro o 11 w Izbie Regionalnej. Tyle.
W Izbie zjawiałam się jako pierwsza, pięć minut po czasie, jak zwykle musiałam czekać na rogatkach. W środku ludzi było jak mrówków, parafrazując mojego tatę, ale nikt nie przypominał mi krótkich topów i loczków opadających na czoło aka moich rówieśników. Były jakieś panie w bocznej sali, zdecydowanie mężatki i kilku starszych panów. Jeden, w kamizelce w kratkę (to jest naprawdę niezwykłe miejsce) spytał się mnie czy idę na warsztaty literackie. Łatwo mogę sobie wyobrazić jak przerażona i zdezorientowana musiałam się wydawać, według niektórych zawsze tak wyglądam. Przytaknęłam; on skierował mnie po schodach na górę i na lewo. W sali na górze siedziała pani w kręconych włosach i dresie ustawiająca wiatrak tak, by wiał jej w twarz. Ostatnio, gdy widziałam, że ktoś tak robił, mój wujek przeziębił sobie połowę twarzy, ale wolałam się nie odzywać. Musiałam najpierw wyczuć jaką jest osobą i czy warto ją ratować.
Na środku stały rozmyślnie ustawione krzesła, tworzące półkole zwrócone do biurka kobiety. Okno trzaskało o futrynę przez jej wiatrak, ale nie potrafiła go zamknąć. Rozmawiałyśmy przez chwilę o menopauzie.
Przez kolejny kwadrans nikt się nie zjawił. Oglądałam prace kółka artystycznego o nazwie "zdrowie przez sztukę" czy coś takiego. W końcu zjawiła się dziewczyna, którą widziałam na chodniku przed przejazdem kolejowym; naprawdę wyglądała na kogoś, kto pisze (fanfiki, jak powiedziała), jeśli na takiego kogoś można wyglądać. Zajęła krzesło po drugiej stronie połkola, jak najdalej ode mnie. Kobieta w kręconej czuprynie zaczęła opowiadać, głównie o sobie, o swoim marzeniu wydania książki we Francji, które w styczniu kolejnego roku zostanie spełnione, jak mieszkała dziesięć lat w Paryżu, jak jej książka o pewnym Polaku zostanie wydana przez największe wydawnictwo paryskie, jak czasami zapomina słów po polsku, ale pamięta je doskonale po francusku, self-publishing jest do kitu, ale wydawnictwa jeszcze bardziej, czy wspominała już o swojej książce?, napisała jeszcze dwie inne, jak chcemy to możemy podejść, obejrzeć. Lubię słuchać, dlatego nie przeszkadzał mi ten jej scentralizowany monolog, dziewczynie w ciemnych krótkich włosach chyba też.
W połowie zjawił się mój kolega z klasy z podstawówki i wymieniliśmy znaczące spojrzenia – znam cię, ale nie przywitamy się. Pod koniec przyszła jeszcze jedna dziewczyna, wyglądała na młodszą od nas. Kobieta dała nam zadanie na te kilka tygodni, które dzieliły nas od kolejnego spotkania – pisać dziennik, minimum pięć zdań dziennie. Pomińmy milczeniem fakt, że nie piszę go systematycznie i wczoraj nadrabobiłam dziesięć dni, a mimo to wciąż brakuje mi do 26 sierpnia sześciu dni.
Pożegnaliśmy się. Nadal nie wiem jak nazywają się obie dziewczyny. I może nigdy się nie dowiem, bo od tamtego spotkania numer telefonu, z którego wysłano do mnie informację o pierwszych warsztatach szyderczo milczy.
Persian silk tree / Albicja jedwabista (Albizia julibrissin)
My favourite type of flower