Wtedy przyjechałem do niej po raz pierwszy. Było lato, parzący sierpień, dziewięć godzin jazdy dwoma pociągami, budzisz się, zasypiasz, noc, przesiadka, dzień, dworzec - było lato, był sierpień, miałem dwadzieścia lat i byłem zakochany. To się, oczywiście nie miało prawa udać; wszystko szaleństwo, wszystko marzenie, cele jakieś nieostre, rozmazane. Przewalałem się na łóżku przez tydzień. Decyzja zapadła nawet wcześniej, ja cały z takich jestem: kupuję czereśnie, płacę, przy wydawaniu drugiej monety decyduje o biegu życia na najbliższe dwa lata, jakbyś krew zmieszała z krwią - postanowione. Dwie godziny przed wyjazdem nie miałem nawet gdzie spać, pisałem do obcych ludzi, ludzi bez niczego, imion, twarzy. Kwadrans w przyszłość i wiem, że bilet zaczyna dymić w kieszeni marynarki. Mam nocleg. Jest sierpień, północ, pociąg o drugiej, pełnia i księżyc jak wyjście z tunelu. Postanowione. Krew z krwią. Nawet chyba pisałem: Właśnie wyjeżdżam. Noc jest chłodna. O piątej przesiadka w (...). Zrobisz mi kanapki? Są takie wspomnienia, całe ich ciągi, wspomnienia pozaplątywane w innych ludziach, nieosadzone w tobie, w twoim umyśle, sercu, w pięści; rozpięte między kolejnymi osobami przypominają nić, która kiedyś zaplącze się, wyschnie na rzemyk, na włos. Trudno je posiadać dłużej niż nawinięte na palce. Są również te, które nie istnieją. Nie mogą. Nie pasują do świata; zbyt wiele się zmieniło, rzeczywistość zastąpiła rzeczywistość, ktoś poruszył płomień i inny cień naciska na płótno. Co widzisz w plamach atramentu? Są wspomnienia, które nie istnieją. Nie wiem jak była ubrana. To zawsze mnie zastanawiało, nawet wtedy, gdy jeszcze nie uwierzyłem że zawsze nadziei było bardzo niewiele, że jest już za późno. Mózg się broni, wykręca, szczegóły przechodzą w zamglone krawędzie, krawędzie w plamy kolorów. Wyszedłem na dworzec, poprawiłem marynarkę, był sierpień, lato, słońce rozcinało peron na części, metal, drewno, kamień, kurz. Pamiętam jak stawiałem stopy, pamiętam, że bolał mnie brzuch. Nie wiem jak była ubrana. Znaleźliśmy się na pierwszym peronie. Wyszedłem zza kamienia, cień był chłodny - szukała mnie i cała symbolika wszechświata wywoływała ten moment, gdy ją zobaczyłem i nie mogłem opanować drżenia mięśni, moje nogi, stopy, serce w końcu. Podeszliśmy do siebie i drogi, tych trzech metrów, które pewnie są widoczne w zakurzonym betonie, nie pamiętam. Drżały nogi, drżały stopy, drżał cień, podniosłem dłoń. Ona na mnie nie patrzyła. Później mi opowie, że nie była w stanie, płakać, krzyczeć, kochać - to czasami są synonimy, nie znajdziesz miejsca między jednym a drugim, ciało wtulone w ciało, rzeka w rzekę. Sekundy. Sierpień, lato, słońce, powietrze, miękkość włosów między palcami, wspomnienia niemożliwe. Bardzo późno, tak naprawdę, bardzo późno odważyłem się wejść w ten dzień znów, wskrzesić mit. Co zostało? Niewiele: opis, trochę marzenie, trochę kłamstwo, pewnie kłamstwo zwłaszcza. Tędy zwierzęta wędrują w porze suchej, dziesięć burz minęło od ostatniego widocznego śladu. Czasami nawet nie pamiętam jakiego koloru miała oczy i to są okropne chwile, budzę się, jestem tu i tylko tu, zapominam, zapomniałem. Może pamięć to sprawa nadziei. Może właśnie mitu. Są miasta, z których się nie wyjeżdża, całe chwile, poranki. Źle założone klisze. Pocałunki, których nigdy nie było.
Ochocki, Vithren - "Głowy w kształcie truskawek"













