Aleksandra Wojtaszek, producentka filmu „Za to że żyjemy, czyli punk z Wrocka”, opowiada o punk rocku, Wrocławiu i pierwszym po trzydziestu latach koncercie zespołu Zwłoki
Sara Nowicka: „Za to że żyjemy…”, film o punkowcach z Wrocławia, dotyczy dość niszowej sceny. Czy trudno było zainteresować sponsorów takim tematem? Jak wyglądała praca nad tym projektem od strony produkcyjnej?
Aleksandra Wojtaszek: Rzeczywiście od strony produkcyjnej było trudno. Film robiliśmy wiele lat, mieliśmy różne perypetie. Jeśli chodzi o sponsorów to nie znaleźliśmy żadnych zainteresowanych takim tematem. Film udało się częściowo sfinansować z funduszu regionalnego, czyli z Dolnośląskiego Funduszu Filmowego i agencji Odra Film. Aplikacje składał wtedy inny producent, potem prawa do projektu i obowiązki przejęłam ja, przez co straciliśmy trochę czasu. Później złożyłam aplikację do PISF-u, uzyskałam też nadawcę, telewizję Kino Polska, która weszła w pewnym sensie jako koproducent. Dostaliśmy dostęp do archiwów, także od prywatnych osób. Jednak zrobiliśmy ten film za dużo mniejszą sumę niż chcieliśmy. To był długi proces, od 2011 do 2014 roku, ciężko było tę produkcję zamknąć, ale na szczęście udało się.
Powiedziałaś, że przejęłaś obowiązki po innym producencie. Jaki w związku z tym był twój wpływ na ostateczny kształt filmu?
Właśnie z tego powodu, że przejęłam ten projekt, moja rola w nim była inna, niż producenta zaangażowanego w film od początku. Jednak zaczęłam pracę nad tym dokumentem nieprzypadkowo. Przeczytałam o tej produkcji i bardzo zainteresował mnie jej temat. Akurat wtedy założyłam firmę we Wrocławiu i bardzo chciałam zrobić coś związanego z tym miastem. Więc skontaktowałam się z ekipą i akurat okazało się, że szukają nowego producenta. Kiedy weszłam w tę produkcję część zdjęć była już zrealizowana, więc nie można ich było nagrać po raz drugi. Scenariusz też już był, w dodatku zaakceptowany przez Dolnośląski Fundusz Filmowy. Przez to na pewno moja praca była trudniejsza. Jeśli chodzi o ostateczny kształt filmu to miałam na niego duży wpływ. Od początku uczestniczyłam w postprodukcji: szukałam osób, na przykład specjalistów od dźwięku... Oczywiście cały czas w porozumieniu z resztą ekipy, która miała większe kontakty w środowisku punkowym niż w środowisku filmowym.
Czy weszłaś do tego projektu przez zainteresowanie sceną punkową czy tylko ze względu na chęć realizowania produkcji związanej z Wrocławiem?
W ten film wciągnęło mnie miasto, prywatna historia Wrocławia, opowieść o tym, jak wyglądało w nim bycie młodym w tamtym czasie. Oczywiście subkultura punkowa jest dla mnie bardzo interesująca, prywatnie bardzo interesuję się muzyką, natomiast nigdy nie byłam przesadną fanką tego gatunku. Bycie punkiem mnie ominęło. Oczywiście znałam Lecha Janerkę, Klausa Mitffocha czy Sedes, natomiast inne postacie z lokalnej sceny nie były mi znane. Dopiero przy produkcji dużo się na ten temat dowiedziałam.
Przy okazji tworzenia tego dokumentu reaktywował się zespół Zwłoki, który nie koncertował od trzydziestu lat. To była ich inicjatywa czy musieliście ich do tego namawiać?
Inicjatywa wyszła od samego zespołu. Natomiast nam bardzo zależało na tym, by nagrać ten koncert. Scenarzyści Marek Świerk i Cezary Marczewski, namawiali zespół, żeby ponownie zagrał, co po trzydziestu latach nie było dla nich proste. Zresztą Zwłoki mówią o tym w filmie – już nie ta energia, nie ta pamięć. Koncert na szczęście wyszedł naprawdę super, sama na nim byłam i bawiłam się świetnie. Było dużo starych punkowców, ale też dużo młodych ludzi. Fajnie było zobaczyć, że ta energia nadal do nich dociera, że panowie, którzy są grubo po czterdziestce, wciąż potrafią porwać publiczność. Myślę, że zespół dał się ponieść na tym koncercie i że dzięki niemu podjął decyzję o reanimacji.
Jak wygląda dystrybucja zagraniczna? Wydaje mi się, że zarówno polska scena punkowa, jak i historia Wrocławia, mogą zainteresować zagranicznych widzów.
Staram się zabiegać o dystrybucję zagraniczną, co często nie jest zbyt łatwe. Najczęściej słyszę pytania: po co nam film o wrocławskim punk rocku, skoro mamy własną scenę punkrockową? Film był jednak pokazywany na dużej ilości zagranicznych festiwali i był dobrze przyjęty. Myślimy teraz o VOD. Zależy nam na tym, by trafić do tej niszowej publiczności, która jest na całym świecie i która jest zainteresowana takim tematem z Polski.
„Słodkie życie” Federico Felliniego to klasyk kinematografii europejskiej. Problem z pisaniem o klasykach jest taki, że już wszystko o nich napisano i powiedziano
Mogę być kolejną osobą, która napisze, że to arcydzieło, pomnik wystawiony Wiecznemu Miasto, film przełomowy zarówno w karierze samego Felliniego, jak i w całej historii kina. Nie będzie to jednak nic odkrywczego. Zamiast tego, wolę się podzielić moją skromną opinią, która może być o tyle interesująca, że od lutego tego roku mieszkam w Rzymie i mam okazję przeżywać moje własne „słodkie życie”. I tak, przyznaję: Fellini nie kłamie. „Dolce vita” istnieje naprawdę. Ta tytułowa, słodka jak tiramisù, ale też i ta druga.
Nie trzeba być znawcą, by od razu wiedzieć, iż tytuł filmu jest ironiczny. Może się wydawać, że życie w rozpustnym Rzymie, jednej z najwspanialszych stolic Europy, ocieka słodyczą. W miarę trwania filmu dostrzegamy jednak coraz większe rysy na tym urzekającym portrecie świata pięknych i bogatych. Wieczne Miasto Felliniego jest pełne blichtru, ale i zepsucia. W pewnym momencie ta trzygodzinna podróż staje się wręcz nużąca, nieprzyjemna. Rzym – ten prawdziwy, ale i ten filmowy – przyprawia o zawrót głowy. Z jednej strony mamy w nim niepowtarzalną architekturę, wspaniałe jedzenie, uśmiechniętych ludzi, z drugiej zaś – tłok, zgiełk i kompletną dezorganizację.
Musimy jednak pamiętać, że od 1960 roku miasto trochę się zmieniło. W niedzielny wieczór, żeby poczuć się jak na planie filmowym, wystarczy wybrać się na spacer prze via Veneto albo na Piazza Spagna. Rzym, moim zdaniem piękniejszy nocną porą, jest przede wszystkim opustoszały. Za dnia kąpiel w fontannie Di Trevi byłaby niemożliwa, ale za to po zmroku już spokojnie można się pokusić o naśladowanie Anity Ekberg. Jedyny problem jest taki, że prawie od roku w fontannie nie ma wody, bo trwa remont. I właśnie dlatego uważam, że Fellini miał rację. Rzym to miasto, w którym się przeżywa, a nie żyje. I żeby to zrozumieć trzeba nie tylko obejrzeć, ale oglądać jego „Słodkie życie”. Warto zacząć na Regiofunie.
„Pentameron” wprowadza widza w niezwykły świat, którym rządzi powszechny rozpad form i ścieranie się przeciwieństw: piękno zderza się z brzydotą, młodość ze starością, to, co wysokie z tym, co niskie. Film spodoba się nie tylko miłośnikom fantastyki
Matteo Garrone miał wszelkie warunki, aby stworzyć baśń, która zainteresuje szerokie grono odbiorców. I w pewnym stopniu mu się to udało. Wyborna obsada aktorska, na którą składają się raczej szanowane niż głośne nazwiska (bo nawet gwiazda Salmy Hayek ostatnio nieco przygasła), wielowątkowość czy zdjęcia dopracowane do ostatniego szczegółu wyznaczają „Pentameronowi” miejsce nieopodal fantasy rodem z HBO. Równoprawnie do tego pięknego pozoru istnieje w filmie inna płaszczyzna – nieporządku i niezrozumiałości, w której strzępy fabuły rozbiegają się, zdawałoby się, w niewiadomych kierunkach.
Film zrealizowany na podstawie zbioru barokowych baśni spisanych przez Giambatistę Basile zawiera trzy główne historie będące trzonem do budowania kolejnych, wyrastających niczym kłącza opowieści. Malowniczo prezentują się ich arystokratyczni bohaterowie: monarcha przysposabiający na zwierzątko domowe gigantyczną pchłę, jego wysokość seksoholik czy apodyktyczna królowa, która spożywa serca potwora morskiego, by zajść w ciążę. Garrone, jak każdy twórca udanej baśni filmowej, wykorzystuje fantastyczny charakter fabuły jako pretekst dla dopieszczania plastycznej strony filmu. Peter Suschitzky, odpowiedzialny za zdjęcia, stworzył obrazy bogato zdobione, choć utrzymane w dobrym guście. Umorusana krwią Salma Hayek w jasnym, koronkowym wnętrzu robi chyba największe wrażenie, ale to nie jedyna scena w estetyce dzieła malarskiego.
Motywy przewodnie „Pentameronu” wyznaczane są przez barokowe antynomie. Skontrastowanie ponętnych bladolicych niewiast ze zgrzybiałymi, obwisłymi staruchami czy zmuszanie eterycznej księżniczki do spółkowania z ogrem nakreśla pary przeciwieństw młodości i starości, piękna i brzydoty czy pożądania i odrazy. Fasady groteskowego imaginarium dopełniają niezwykłe istoty: wróżbita o niespotykanej fizjonomii, ogromne robale i niepokojące albinoskie bliźnięta. W „Pentameronie” wszystko poddane jest zaskakującym, potwornym przepoczwarzeniom. Barokowe prądy myślowo-techniczne, jak mechanika, naturalizm czy libertarianizm splatają się swobodnie z cytatami z Juliusza Verne'a i aluzjami do prerafaelitów. Dajcie się ponieść!
11 minut akcji w półtorej godziny? Na tym polega magia kina. Doświadczamy jej w najnowszym filmie Jerzego Skolimowskiego, który pokazany zostanie podczas uroczystości zamknięcia festiwalu
Jury 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni przyznało Skolimowskiemu nagrodę specjalną za oryginalność koncepcji artystycznej. Koncept filmu męczył reżysera już od dłuższego czasu. W pewnym momencie czuł nad sobą widmo nadchodzącej katastrofy, tak jak czuje je widz podczas pokazu „11 minut”.
Nic nie jest w życiu pewne, każda godzina pozostaje nieodkryta. 11 minut w Warszawie, godzina 17.00. Ekipa ratunkowa przyjeżdża po ciężarną kobietę, malarz szkicuje nad Wisłą, dziewczyna wychodzi na spacer z psem. Codzienność wielkiego miasta, sytuacje mające miejsce codziennie i wszędzie. Jednak u Skolimowskiego nic nie jest przypadkowe. Pozornie odrębne wątki efektownie splatają się ze sobą w scenie finałowej. Historie bohaterów poznajemy pobieżnie, dla każdego z nich został bowiem dokładnie wyliczony czas na ekranie. Jest zazdrosny mąż (w tej roli Wojciech Mecwaldowski), jego żona – piękna aktorka (Paulina Chapko), dealer (Dawid Ogrodnik), sprzedawca hot-dogów (Andrzej Chyra) oraz wiele innych postaci, które mają do odegrania swoją rolę. Mijają się, czasem zamienią ze sobą kilka słów, ale każdy pędzi gdzieś w swoją stronę. Nim poznamy dobrze jedną postać, zostaje przedstawiona nam kolejna.
Wszystkie postacie są równorzędne, a główną rolę w filmie gra upływający czas. Za sprawą dynamicznego i dosyć chaotycznego montażu, odczuć można jego puls. Na niebie pojawiają się znaki rodem z horroru lub thrillera świadczące o zbliżającej się katastrofie. Uwagę jednych bohaterów przyciąga nisko przelatujący samolot, inni zauważają na niebie podejrzany czarny punkt. W efekcie widz sam zaczyna czuć presję czasu, nadchodzącą katastrofę, kulminacyjny splot wszystkich historii. Co wydarzy się za 11 minut?
Alejandro Suarez Lozano, Hiszpan, który zrobił film w Hongkongu, opowiada o swoich inspiracjach i nauce o życiu, którą poznał dzięki wietnamskim rybakom
Aleksandra Kazimierska: Dlaczego to właśnie Hongkong stał się tłem do filmu?
Alejandro Suarez Lozano: Początkowo miałem pomysł na film o rybakach rozgrywający się w Hiszpanii. Później musiałem wyjechać do Hongkongu do pracy. Kiedy przybyłem do miasta, od razu wiedziałem, że to tutaj zrobię swój film. To perfekcyjne miejsce. Oczywiście historia o rybaku pozostała nadal w moich myślach, tylko tutaj nabrała szczególnego sensu. To historia pełna metafor, walka z ogromnym postępem. Ci ludzie nie mają swojego miejsca. Dla nich życie to praca. Kiedy widzisz Hongkong widzisz piękne budynki, wkład finansowy i bogactwo, widzisz światła i neony. Ale jeśli zejdziesz poniżej poziomu tych budynków, zobaczysz biednych rybaków, którzy nie mają niczego. Wtedy stwierdziłem, że nie ma lepszego miejsca do zrobienia tego właśnie filmu.
Skąd czerpał Pan inspiracje do filmu?
Jestem fanem japońskich horrorów, potworów i gatunku kaijū. Stwierdziłem, że to będzie duża radość wykorzystać swoje pasje i przenieść je na grunt tego filmu. Całość miała się opierać na zderzeniu światów i kontrastach tak często wykorzystywanych przy wielu filmach, które mnie inspirują. Uwielbiam kino Stevena Spielberga, Ridleya Scotta, Johna Carpentera i sam chciałem wprowadzić do filmu postać obcego. Do tego dołożyłem całą azjatycką kulturę potworów i powstała pewna całość. To tak jakbym wrzucił to wszystko do jednego garnka, zamieszał i z tego stworzył film.
W zwiastunie do filmu przewija się cytat: „Sięgnął po życie, ale to życie go złapało”. To zdanie puentuje cały film…
To była najbardziej trafna metafora dla mojego filmu. Nasze życie jest potworem, jest obcym, a z drugiej chodzi też o życie, które złapało rybaka w swoje sidła, nie dając mu zbyt wiele możliwości. Nigdy nie wiemy co nas może spotkać i jaki potwór czyha na nasze życie.
Już jako mały chłopiec pracował Pan ze swoim tatą. Wiedział Pan wtedy, że będzie pracował przy produkcji filmów?
Byłem dzieckiem, gdy z tatą pracowałem przy taśmach filmowych. Pierwszy raz pomyślałem, że będę filmowcem, gdy miałem 10 lat. Chodziłem wtedy do szkoły podstawowej, jednej z dwóch w swoim mieście. Niestety szkoła odseparowała mnie od najbliższego środowiska, bo moi przyjaciele trafili do drugiej szkoły, co było wtedy dla mnie dużym problemem. Wymyśliłem więc, że musimy nakręcić film, który będzie upamiętniał każdego z nas i nasze cudowne czasy. Napisaliśmy całą historię na kształt filmu detektywistycznego, wypytywaliśmy różne osoby o ich skojarzenia na nasz temat. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że to właśnie chcę robić. I tak się stało.
Jakie ma Pan wrażenia z naszego festiwalu?
Przede wszystkim podoba mi się sekcja, w której został zamieszczony mój film. Bardzo żałuję, że nie miałem możliwości obejrzeć „polskiego horroru” – filmu „Demon”. Dużo się o nim mówi za granicą i słyszałem wiele pozytywnych opinii. Poza tym jestem pierwszy raz w Polsce i muszę powiedzieć, że bardzo mi się tutaj podoba.
Każdy z nas przechodzi przez własny labirynt. Czasem jest to przerażające, czasem przytłaczające, a bywa, że i ekscytujące
Prokurator Johan Randman, bohater filmu, wchodzi do takiego labiryntu, kiedy próbuje rozwiązać sprawę związaną z Auschwitz. Im głębiej zanurza się między wąskie, kręte alejki, utkane z kłamstw i milczenia, tym bardziej jest zdesperowany, by odkryć prawdę.
Jadnak zapomina, że w każdym labiryncie czai się Minotaur, a konfrontacja z nim jest najtrudniejszą częścią zadania. Film Giulio Ricciarelliego jest historią o upartym i wytrwałym poszukiwaniu. Ukazuje jak trudno jest kilku jednostkom przeciwstawić się całej rzeszy wysoko postawionych person. Polskim widzom może być trudno zrozumieć, czemu film jest tak podziwiany. Warto jednak wyłączyć tę wiedzę podczas seansu. Dzięki temu zrozumiemy nie tylko to, jak mogli czuć się ludzie żyjący w tamtych czasach, ale także, dlaczego film odnosi międzynarodowe sukcesy.
Polecam ten film wszystkim miłośnikom intryg i historycznych tajemnic. Odskocznią dla pracującego podczas seansu mózgu będą cudne kostiumy i klimatyczna scenografia. Zapach starych, tekturowych teczek pełnych dokumentów zdaje się wprost zionąć z ekranu i drażnić nos. Widz będąc świadkiem zaangażowania i determinacji prokuratora, z każdą minutą coraz mocniej go dopinguje.