Sobczakowy Tydzień: #miejskierecenzje: Szeleszczący szturm po nagrody!
Już, kiedy pojawiła się pierwsza część z trylogii „Kolorów zła”, wieszczyłem autorce liczne sukcesy. Kiedy nastał czas Sobczak? Tuż po premierze „Czerwieni”. I teraz można, by się zastanawiać, czy po zakończeniu wspomnianej serii, pisarka jest w stanie czymś zaskoczyć czytelników. Jak się okazuje, ona dopiero się rozkręcała…
Fot. Wojtek Biały
Szeleszczący zawrót głowy
Takimi słowy można, by rozpocząć akapit z pierwszym argumentem na temat tego, dlaczego warto zapoznać się z tą pozycją. I tak też się stanie. Na sam pierw wyróżnię, że akcja w tej powieści pędzi, ale z racjonalną prędkością do losów bohaterów i sytuacji, w jakich się znajdują. Nie pojawia się ani uczucie zwane niedosytem, ani te, które zwie się przesytem.
To znaczy?
Wbrew pozorom ustabilizowanie opisywanego balansu nie jest tak proste, jak może się wydawać. Młodzi autorzy z naszego kraju przyzwyczaili nas do tego, że lubują się w tym, by czytelnikom przedstawić, jak najbardziej intensywną i emocjonującą pozycję. Jednak nie od dziś stare polskie przysłowie głosi, że chętniej poszukujemy to, czego jest mniej, choćby na rynku. Wie o tym również Małgorzata Sobczak, która z premedytacją stworzyła taki thriller, w którym dynamizacja losów bohatera wynika z racjonalnych powodów, a nie chęci „zabłyśnięcia”.
To jedyny plus?
Ano nie. Podobnie jest, kiedy mówimy o opisywanych scenach hedonistycznych doznań głównych bohaterów. Autorka, wręcz doskonale wyważyła granice, tak by zawarta erotyka w „Szeleście” nie przebijała się na pierwszy plan, ale też, by nie ustępowała miejsca pozostałym wydarzeniom. To cieszy, ponieważ coraz więcej pisarzy, tudzież autorów popada w pułapkę, myśląc, że im więcej „szczucia cycem” zaprezentuje w swoim utworze, tym lepiej. Sobczak w „Szeleście” dowiodła, że owszem, warto korzystać z uroków sfer erotycznych, ale jednocześnie można to „zaserwować” czytelnikowi ze smakiem, czyli klasą, gracją, ale bez nadmiernego wyuzdania.
Czyli jest to słodząca recenzja?
Ano również nie. Główne skrzypce w tym tytule odgrywa kobieta. I nie ma w tym nic złego. Niczego niepokojącego nie ma również w tym, że oto śledzimy losy kolejnej silnej, świadomej siebie i swojej atrakcyjności bohaterki. Jednak nie podoba mi się to, że po raz kolejny z biegiem lektury okazuje się, że jest silna, ponieważ potrafiła uwolnić się z małżeństwa, w którym niemalże codziennością była przemoc. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że za silną kobietą musi, jakby czekać coś więcej, niż „tylko” taka jej natura, styl obycia. Stoję na stanowisku, że za często w polskiej literaturze do głosu dochodzi wątek, że za silną przedstawicielką tzw. słabej płci, musi stać mroczna historia. Czy na pewno „musi”?
Podsumowanie, czyli jaką wystawiam notę?
Przyjmując skalę pięciopunktową, mogę śmiało powiedzieć, że z pełną świadomością wystawiam temu utworowi notę cztery; a nawet cztery i pół. Jest to duszny, mroczny thriller, który jest podszyty erotyzmem, ale ociekający czymś innym, niż krwawymi morderstwami, czy licznymi „aktami”. „Szelest” czyta się przyjemnie, ponieważ również od pierwszych stron czuć, że autorka z książki na książkę operuje coraz lepszym warsztatem pisarskim. Do tego dochodzi przesłanie morału, ale również w subtelny sposób, tak by czytelnik mógł go odkryć samemu, a nie dowiedzieć się o nim wprost.