Hello Witch World fans! Are you ready for our event? The Gate is opening, the Great Powers are calling us to wander to mysterious lands and Witches' jewels are foretelling new adventures. Favorite characters want to tell more about their lives! Let’s go!
What is the Witch World Week?: It's an event lasting for seven days, dedicated to appreciate one of the most unique fantasy worlds and the characters created by Ms. Norton.
When: 5-11 May, 2018
Tag: #witchworldweek
Rules:
- each day gets one or two prompts from which you can choose or do both
- if you feel like it you can submit to the event any other creation, even if it's not related to the prompts
- you can tell story of new character like in “Tales of the Witch World”
- remember to tag your work #witchworldweek
- you can post all kinds of fanworks - fanfics, fanarts, graphics, videos, etc.
- have fun and respect others! If you post someone else's stuff remember to give credit.
Yonan nie potrafił stwierdzić, ile czasu spędził w sadzawce pełnej leczniczego mułu. Nie pamiętał nawet jak do niej trafił. Jego ostatnie wspomnienie dotyczyło chłodu, kota i okropnego bólu rozdzierającego bok.
Zdążył się już przyzwyczaić do monotonnego widoku zielono-błękitnego dachu z piór nad swoją głową. Niestety bezczynność zachęcała go do rozmyślań.
- Nadal kocham czarownicę... - wymamrotał do towarzysza. - Myślałem o niej będąc w drodze.
- Niedziwne zatem, że skończyłeś rozpruty. - Uruk zignorował urażone spojrzenie, doskonale się bawiąc kosztem młodego wojownika. - Kto pojmie kobiety Mocy? - dodał, wzruszając ramionami.- Kapłanki Ninutry nigdy nie trzymały z innymi. Póki nie zostaniesz zwojem, Bramą albo lepiej - adeptką... Na wiele nie licz, uwierz mi.
Yonan westchnął rozczarowany. Próba poważnej rozmowy spełzła właśnie na niczym.
- Wiesz, że nadal słabuję, prawda? Bezwstydnie to wykorzystujesz. Przez to muszę wysłuchiwać twoich kiepskich żartów, zmurszały toporniku.
Uruk nie zdołał ukryć złośliwego uśmieszku.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz, przyjacielu. Ja tylko uprzedzam cię, że wybrałeś sobie kiepski obiekt westchnień. W porównaniu z wielką adeptką raczej wypadasz miernie. - Topornik potarł brodę, zastanawiając się nad czymś. - Słuchaj, a ta panna cudzoziemka? Kel-Say? Jest dosyć miła. Prawda, też taka trochę czarownica...
- Nie, Uruku. Była dobrą towarzyszką podróży, ale-
- Chłopcze, trzeba dawać innym szansę. Myślisz, że wyprawy z geas będą cię męczyły przez resztę życia? Mylisz się. Kiedyś sam będziesz musiał coś zdziałać, a zapewniam cię, że kobiety to trudne istoty. Za moich czasów...
Yonan nawet nie zauważył, kiedy udzieliła mu się wesołość topornika. Przewrócił oczami.
- Płomieniu! Porady miłosne od niedoszłego bożka Thasów! Litości! - roześmiał się. - Tsali, ratuj mnie przed nim!
*
Crytha stała ukryta w cieniu liściastej ściany. Pokręciła z politowaniem głową, chociaż nie mogła powstrzymać uśmiechu, słuchając przekomarzań obu mężczyzn. Yonan rzadko miał okazję się odprężyć , jeszcze rzadziej żartować. Zasługiwał na dłuższy odpoczynek od dawnych bitew i Wielkich Mocy.
Kapłanka Ninutry żywo zaprzeczyła. Yonan nie powinien się dowiedzieć, że podczas jego wyprawy z niepokoju zachowywała się jak zapchlone rasti. Wypatrywała go przez cały czas, nie pokładając zaufania w czarownicy z Estcarpu, ale dalekowidzenie zawodziło, spaczone jej emocjami i mocami zbudzonymi przez cudzoziemkę. Dopiero na sam koniec płomienie pokazały jej gdzie szukać Yonana i Kelsie.
Yonan wyglądał bardzo źle, zakrwawiony, poszarpany i blady, jakby już stał pod Ostatnią Bramą. Crytha była gotowa przywołać samą Ninutrę byleby go uratować.
Tsali zasyczał, odrywając ją od wspomnień.
„Panno czarownico...”, był skonsternowany.
Dziewczyna spojrzała na niego zbolałym wzrokiem. Odeszła, nie chcąc, aby Uruk lub Yonan przypadkiem ich usłyszeli.
- Nie jestem tam teraz potrzebna - powiedziała. - Jedynie mu przypomnę o przykrych rzeczach... - Crytha odwróciła wzrok od Jaszczuroludka. Milczała bardzo długo, szukając w sobie odwagi do wypowiedzenia pewnych słów. Bała się ich.
- Kocham go, Tsali. Kocham jak najdroższego przyjaciela. Oprócz mej pani, całej jej wiedzy, mam jeszcze Yonana... - wyznała. - Ona nie jest... wszystkim - wykrztusiła. - To on jest najważniejszą osobą w moim życiu.
Bonus:
- Nasz chłopak tym razem przeszarżował - skomentował Uruk. Lekki ton jakim to powiedział sprawił, że Crytha gwałtownie się obróciła i zaczęła otwierać usta, aby coś odwarknąć.- Spokojnie, spokojnie kapłanko! Nie morduj! - Uniósł dłonie w uspokajającym geście. - Rozumiem twoje podenerwowanie, ale może odrobinę przesadziłaś, oświadczając, że Kel-Say dobrymi chęciami może się wyp...
- Uruku! - przerwała mu. - Ustalmy, że nic nie wiesz i że nic nie powiesz.
- Ja nie, ale co na to reszta?- wytknął jej topornik.
- Nimi też się zajmę - odparła stanowczo, uderzając pięścią w otwartą dłoń.
- Chyba się ciebie tak troszeczkę boję, kapłanko.
Crytha obróciła się szybko i wbiła palec w jego pierś.
- I słusznie.
Bonus 2:
- Jeszcze raz wpadniesz na pomysł słuchania rad kotów, żeby rzucać się z urwisk to...
- Crytho, ale ty masz ptaki na swoich usługach. I rozmawiasz z nimi! - bronił się Yonan.
- Nieważne, słuchaj mądrzejszych. Jestem Ustami Ninutry! Nie będziesz skakał z urwisk i hasał po Escore z obcymi kobietami!
Loyse skinęła nieznacznie głową i odprawiła posłańca. W komnacie pozostał jedynie Otkell, czekający na dalsze rozkazy. Zdawało się, że próbuje odgadnąć zamiary pani na Estfordzie, ta zaś czyniła to samo, oceniając na ile otwartości może sobie pozwolić przy żołnierzu. Ostatecznie zadecydowała, że prywatne zdanie zachowa dla siebie i męża.
- Będę chciała przesłać wiadomości do młodych Tregarthów. Sprawdź, gdzie teraz są - powiedziała. - Na razie to wszystko.
Ani najlżejszym gestem ani najcichszym tonem nie zdradziła targającego nią gniewu, jednak kiedy Otkell wyszedł, poderwała się z krzesła i zaczęła nerwowo krążyć po komnacie.
Cieszyła się, że dyspozycje związane z działaniami na południowej granicy są już wydane. Pomijając brak trzeźwego osądu, mogłaby nie poradzić sobie z zachowaniem spokoju przy Strażniczce. Nauczyła się cierpliwości wiele lat temu w Verlaine, lecz wtedy toczyła samotną walkę, teraz zaś broniła także najdroższych jej ludzi. Odsuwanie emocji na bok przestało być proste.
Potarła skronie. Musiała przekazać złe wieści Korisowi, gdy ten poczuje się lepiej.
*
Loyse siedziała na krześle obok łóżka. Zapach medykamentów drażnił jej nos. Nie wytrzymała, wstała i stanęła przy oknie.
- Nic nie jesteśmy w stanie zrobić - powiedział chrapliwie Koris. Dziś rana mniej mu dokuczała. - Niezależnie od okoliczności postąpiły zgodnie z obyczajem. Jakiekolwiek działanie z naszej strony wywoła spór, w którym najpewniej przegramy. Albo gorzej - zaszkodzimy Estcarpowi. Pagar z radością podsyciłby wewnętrzny konflikt.
Wzburzona Loyse zacisnęła palce na kamiennym parapecie tak mocno, że zbielały jej kostki.
- Perfidnie wykorzystały okazję. Zabrały Kaththeę pod moją nieobecność. Wbrew woli jej, mojej i Jaelithe. I nie okłamujmy się - zabiły Anghart - syknęła cicho. - Zabiły kobietę, która była wobec nich bezbronna.
Koris poprawił się na poduszkach. W przeciwieństwie do małżonki nie wyglądał na oburzonego, przyjął wiadomość o zdarzeniu w Estfordzie dość spokojnie i z wyraźną rezygnacją, jakby przewidywał taką możliwość.
- Sprzeciwiła się prawu - powiedział dobitnie. - Prawda, taki wyrok można uznać za przesadę, ale mogły to uczynić.
- Czym to się różni od przemocy, której naoglądałam się w Verlaine? - wybuchła, gwałtownie odwracając się od okna. - I tam, i tu biorą siłą, co zechcą! - Wściekła podeszła do łóżka i oskarżycielsko wycelowała palec w męża. - Siedzicie od małego z tymi... tymi wiedźmami, jak tresowane pieski biegacie dla nich, wokół nich, nic nie myślicie! Po co narażać życie dla tej... bandy?!
Gniew przyćmił jej umysł, cała drżała ze złości. Kochała trojaczki, Angarth darzyła szacunkiem - nie potrafiła się pogodzić z utratą któregokolwiek z nich.
- Obiecałam Jaelithe! - krzyczała. Czuła coraz większy ucisk w gardle.- Obiecałam Jaelithe, że się nimi zaopiekuję! Że nasza dziewczynka... w ich łapach...- Zachrypła. Długo wstrzymywane łzy spłynęły jej po policzkach.
Koris przyciągnął ją do siebie. Doskonale wiedział, że jego małżonka ledwie panuje nad sobą.
Loyse przysiadła ostrożnie na brzegu łóżka i oparła głowę o jego ramię, a on objął ją czule.
- Tęsknię za nią... Tak bardzo za nią tęsknię.
- Ja również. Z Simonem i Jealithe u boku byłoby nam wszystkim lżej - przyznał ciężkim głosem.
Trwali w milczeniu przez jakiś czas.
- Trzeba odwieść chłopców od głupich pomysłów - zauważył Koris.
- Już się tym zajęłam. Sądzę jednak, że sami doszli do właściwych wniosków.
Skinął głową. Gładził plecy Loyse powolnymi ruchami, czerpiąc siłę z jej bliskości. Przymknął oczy. Odsuwał chwilę, w której musiał przekazać jej kolejną, tym razem słodko-gorzką wiadomość.
- Nigdy więcej nie uniosę topora Volta - rzekł cierpko.
Loyse odsunęła się i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dodał:
- Przysięgałem na niego, że uchronię Kaththeę od zakusów Czarownic. Tego zażądała ode mnie Jaelithe, zanim odeszła. - Koris uśmiechnął się ponuro, w dobrze jej znany szyderczy sposób. - Moja pani... Żadne z nas nie dotrzymało słowa.
- Kemoo! - zawołała podekscytowana Kaththea. - Kemoo! - Biegła po schodach, próbując przeskakiwać po dwa stopnie. Pokonała krótki korytarz, a potem zdyszana oparła się o masywne drzwi biblioteki.
- Ke...mo... - Weszła do środka, wciąż zasapana. Jej brat siedział pod oknem na końcu komnaty. Podniósł powoli głowę.
- Thea? - zapytał zamyślony. Powoli zamknął książkę i obrócił do niej. Dał jej znać, że może swobodnie mówić.
- Wyczułeś? - wypaliła. Jej oczy błyszczały na samą myśl o dzisiejszej próbie.
- Nie... Nie poczułem, ale... nie byłem skupiony - Kemoc nie był pewien co odpowiedzieć. Nie chciał sprawiać siostrze zbyt dużego zawodu.
- Och, szkoda... - Kaththea kucnęła obok niego, nie kryjąc rozczarowania. - Bardzo, bardzo chciałam, żeby wyszło... - Objęła głowę dłońmi. - To takie okropnie irytujące! Bardzo chciałam przesłać ci ten obraz! Kuglarz naprawdę był śmieszny...
Kemoc przytaknął. Niekiedy był zdolny przekazać rodzeństwu coś bardziej złożonego niż prosta myśl, ale działo się to spontanicznie, a nie pod wpływem woli.
- Mało wiemy o naszej więzi, na dodatek musimy szukać odpowiedzi na własną rękę, bo to tajemnica - cierpki ton wkradł się w głos Kemoka. Nie zamierzał jednak ulegać zniechęceniu, badanie i odkrywanie sprawiało mu przyjemność. - Na razie dzieje się to tylko przy szczególnych okolicznościach - zaczął wymieniać - jak coś nas boli, smuci, kiedy mamy kło...
- Mamy kłopoty? - Kaththea dokończyła za niego i uśmiechnęła się szeroko. - Natychmiast wiedziałeś, gdy ta paskuda od pani Tengris zaczęła mi dokuczać.
- Dokładnie tak.
- I przybyłeś z odsieczą...
- Z niezwyciężoną Anghart!- zawołali razem i zachichotali.
- Przeczuwałeś, że to powiem?
- Nie, po prostu dobrze znam moją młodszą siostrzyczkę.
- Tylko parę chwil, pamiętaj!
- Oczywiście. - Kemoc nieco spoważniał. - Następnym razem się uda, lepiej to zaplanujemy... Sądzę...
- Wiem, zawsze wymyślisz coś przebiegłego.
Kaththea wstała i wzięła go za rękę. Przestała już myśleć o nieudanej próbie.
- Chodź, pokażę ci, co przywieźliśmy z jarmarku.
*
Kyllan przystanął na korytarzu, odprowadzając wzrokiem swoje szepczące rodzeństwo. Nie miał pojęcia, że Kaththea już wróciła. Obrażony obrócił się na pięcie i postanowił udać, że ich nie zauważył. Skoro mieli jakieś wspólne zajęcie, nie zamierzał im przeszkadzać, w końcu z jakiegoś powodu o nim zapomnieli. Próbował uporać się z nieprzyjemnym uczuciem zazdrości, ale jej tłumienie okazało się trudnym zadaniem.
Chłopiec udał się w stronę pola ćwiczebnego. Trening zazwyczaj poprawiał mu humor, podobnie jak jazda konna.
Po drodze zatrzymała go Anghart. Niemal na nią wpadł, tak był zamyślony.
- Dokąd pędzisz, kochaneczku? - zapytała.
- Ćwiczyć - odparł krótko.
- Nie jesteś ciekaw błyskotek z jarmarku? Słyszałam, że niektóre wielce zachwyciły Kaththeę. O przedmiotach bardziej godnych wojownika także co nieco słyszałam.
- Nie.
Kyllan wnet odgadł, dokąd udało się jego rodzeństwo. Posmutniał. Siostra najwyraźniej wolała towarzystwo Kemoka nawet w tak zwykłych sprawach jak oglądanie nowych nabytków dworu.
- Coś się stało?
Przenikliwe, niby ptasie spojrzenie Anghart złagodniało. Opiekunka bez trudu dostrzegła niezdarnie ukrywane przygnębienie. Położyła dłoń na plecach chłopca.
- Przejdźmy się, mały sokole. Co cię trapi?
W milczeniu przemierzali korytarz. Jedynie ich buty szurały po kamiennych płytach. Kyllan wzbraniał się przed wyjawieniem swoich uczuć. Wstydził się ich, bo wszyscy uważali trojaczki za podobne, a tym samym zawsze zgodne między sobą. Jednak Sokolniczce ufał najbardziej na świecie, dochowywała tajemnic, nigdy też nie kpiła z dziecięcych rozterek, zatem chłopiec wziął głęboki wdech i opowiedział o tym, jak czasem czuje się odtrącony i pominięty przez rodzeństwo.
- Jesteście wyjątkowi, nie z powodu rodziców czy faktu potrójnych narodzin - rzekła cicho Anghart. - Jesteście podobni i inni zarazem. Różnicie się, a mimo to razem tworzycie swój własny świat, a ty, Kyllanie, jesteś jednym z jego niezbędnych elementów. Bez ciebie przestanie istnieć. To czyni waszą trójkę wyjątkową - stanowicie całość, pomimo odmienności. To jest cudowne.
Sokolniczka przystanęła, nachyliła się i poprawiła tunikę na ramionach dziecka.
- Najwyraźniej zajmują się czymś, co by cię nie zainteresowało. Nie zapomną o tobie, bez obaw. Jeżeli jednak wciąż cię to trapi, sokole, następnym razem podejdź i porozmawiaj.
Chłopiec uśmiechnął się, objął ją na chwilę.
- Anghart...
- Hm?
- Mogę ci coś kiedyś przywieść z jarmarku?
Kobieta uśmiechnęła się.
- Zatem wpierw pokażę ci, co najlepiej trafi w mój gust - odrzekła, gdy schodzili do głównej sali.
- To Sokolniczki są wybredne?
Kyllan natychmiast dostał pstryczka w ucho.
*
W trakcie śniadania Kaththea wepchnęła się między braci, przy okazji rozchlapując na boki owsiankę.
- Mam dla was najnowszą wieść - zaczęła konspiracyjnie.
- O czym? - zapytał Kyllan.
- Spodoba ci się - odparła i przysunęła się bliżej. - Burgynowi urodził się biały cielak. Cały biały jak śnieg.
- Kiedy idziemy? - spytał natychmiast.
- Po śniadaniu? - zaproponowała równie podekscytowana.
Kemoc zakasłał, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Trudno będzie umknąć z zamku z powodu cielaka - wtrącił rozsądnie. - Zresztą mamy sporo ćwiczeń z Otkellem.
- Kemo, ty czegoś nie wymyślisz? - Kyllan udał niedowierzanie. Kaththea poparła go.
- Śliczny, biały cielak, którego jeszcze tu nie widzieli! Jako pierwszy dokładnie go obejrzysz - wycelowała łyżką w brata.
- Razem jesteście okropni - Kemoc przewrócił oczami, ale już zaczął obmyślać plan.
- We troje, braciszku. We troje jesteśmy okropni - poprawiła go.