chcę opowiedzieć historię pewnej znajomości, nie jest to zwykła znajomość, bo najpiękniejsza na świecie. uwierzcie mi, że w moim dość młodym życiu zawarłem wiele znajomości, ale takiej nigdy wcześniej. wiem też, że nigdy później nie spotkam kogoś takiego. wiem to, bo Anka, tak własnie miała na imię, była jedyną taką osobą. nie wiem, czy znacie to uczucie kiedy mózg szybko bije, kiedy serce ciągle myśli o czymś, kiedy usta się skręcają i grają marsze ale właśnie tak czułem się, kiedy widziałem Ankę po raz trzy tysiące osiemdziesiąty pierwszy i wiem, że będę się tak samo czuł widząc ją starą, zmarszczoną, niekochaną i stojącą cały dzień w oknie, oszalałą z samotności. wiecie, po prostu zdaję sobie sprawę, że nie ma wyjścia, że ona ma wszystkie moje wnętrzności schowane gdzieś w słoiku, odstawione na jakąś smutną półeczkę między "Mistrzem i Małgorzatą" a Biblią. do tej pory pamiętam te tak wtedy magiczne słowa, które spowodowały naszą nieprzeciętną zażyłość, kiedy pijany w chuj wlazłem przez jakieś okno na płaski dach, a ona tam siedziała i nie odwracając się do mnie powiedziała "płakałbyś" a ja się zastanawiałem o co jej właściwie chodzi, chociaż nie byłem w stanie utrzymać się na nogach. wprawionym bełkotem powiedziałem "umiem wymienić wszystkie formaty z kompresją stratną" i wtedy na mnie spojrzała i OMÓJBOŻE, to nie tak, że się zakochałem, ale powiedziała "słyszałeś bajkę o elektronie w miłości?" po czym dodała "nie lubię spać sama" więc zeszliśmy jakoś z tego dachu, wpakowaliśmy się do mojego VW transportera, niestety nie jedynki, a trójki, jednak auta numer jeden, które moi kumple do tej pory pamiętają jako najlepszy namiot na świecie. położyłem ją na materacu w tylnej części auta i wtedy już wiedziałem, że jest magiczna, wyjątkowa, że nie ma w kościach szpiku a rtęć. że wszystkie jej kości powstały dzięki drukarce 3d, że czego by nie dotknęła, wszystko obraca się w proch i niwecz. i za każdym razem, kiedy wchodziłem moim ciałem pomiędzy jej ciało, kiedy moje rzęsy mieszały się z jej brwiami, za każdym razem kiedy piliśmy wiśniowe wino i kiedy myślałem o tym, jak bardzo jej pragnę, za każdym razem migdały na jej twarzy przypominały mi, że mogę zginąć, że może mnie zgnieść w swojej maleńkiej piąstce koloru alabastru. chciałem jej obecności, chciałem jej całe życie przy sobie, byłem ciągle głodny mojej najwspanialszej Anki. pewnie przez ten głód nigdy jej nie spróbowałem. bałem się zwyczajnie, że kiedy zobaczę ją nago, kiedy nie będzie między nami jej koronkowych majtek, że wtedy oszaleję, że zrobię jej krzywdę, że potnę ją na kawałeczki i włożę do lodówki, cokolwiek, więc najzwyczajniej w świecie mieszkaliśmy razem, spaliśmy razem, razem podróżowaliśmy, razem myliśmy zęby i nigdy nie doszło między nami do pocałunku, nie mówiąc już o większym zbliżeniu. wiecie, była dla mnie ważniejsza niż mój kutas. a wydaje mi się, że to znaczy dużo, kiedy ktoś mówi ci "słuchaj, znaczysz dla mnie więcej niż moja cipa, niż mój mały fiut i gdybym miał do wyboru sprawić, że możesz być całe życie szczęśliwa/y a móc przerżnąć cię tak, że pamiętałbym to do końca życia jako najlepszy seks na świecie, a tak, że nic bym do ciebie miał nie czuć, kurwa, wolałbym sprzedać całą moją kolekcję pokemonów, wszystkie moje ukochane płyty moje wszystkie narządy wewnętrzne, nauczyłbym się gotować, latać, śpiewać, wszystko tylko po to, by mieć w prezencie dla ciebie monopol na szczęście". więc miałem moją madannę, najwspanialszą na ziemi dziewczynę i jak idiota słuchałem jak kolejny skurwiel próbuje swojego szczęścia a zęby bierności wbijały się w moje najczulsze punkty gdy widziałem, jak moje kochanie znika gdzieś z kolejnym gościem z hipsterską brodą i nigdy nie wiedziałem kiedy obraz mi się rozmazywał i lekko zaćpany wbiegałem za nimi do tego ich gniazdka uniesień cielesnych i najczęściej wynosiłem ją przerzuconą przez ramię, pakowałem do VW zamykałem nas w środku na klucz i krzyczeliśmy na siebie tak długo, ja na nią za to żałosne puszczalstwo, ona na mnie za te żałosne prochy, aż w końcu zasypialiśmy razem, a moje rzęsy znowu mieszały się z jej brwiami.