Małe i duże światy
Masywny epos Bergmana z pewnością można rozkładać na czynniki pierwsze znajdując znaczenie i sens dla każdego z klamotów w domu pani Ekdahl bo jest to film tak samo (jak na Bergmana) przystępny i uniwersalny jak mistyczny i szczegółowy. Jednak jako, że mam słabość do mozaikowych filmów o prozie życia pokuszę się o podejście z backstage. Czy może w tym przypadku adekwatniej byłoby powiedzieć - ze skene.
Historia Bergmanowskiej Opowieści Wigilijnej kręci się wokół rodu Ekdahlów, nowobogackiej trupy świętującej właśnie Boże Narodzenie. Na czele stoi matrona Helena, później zaś poznajemy jej synów - rubasznego Gustava Adolfa o raczej nowoczesnym podejściu do swojego małżeństwa, Carla wraz z żoną Niemką którzy zdają się siebie kochać i nienawidzić w równym stopniu i w końcu Oscara - głowę teatru, męża anielsko pięknej Emilie z którą ma dwójkę dzieci - Fanny i Alexandra. Jednak już prolog ukazujący Alexandra przechadzającego się po korytarzach domu daje jasno znać przez pryzmat czyich oczu będziemy oglądać te historię.
W świecie Bergmana bowiem dorastanie i przechodzenie przez różne etapy życia niczym przez akty w sztuce jest kluczowe. I tak jak w baśniowym świecie sztuki nie wszystko musi być rzeczywiste i namacalne, tak samo nadzmysłowe i enigmatyczne mogą być wizje dziecka starającego się radzić sobie ze śmiercią, traumą czy upokorzeniem. Wizje senne i załamywanie granicy między realnym a nierealnym to zresztą ważny element w wielu filmach szwedzkiego twórcy. W filmie mamy połączenie dwóch światów - tego intymnego, dziecięcego, wyobrażonego, metafizycznego z tym brutalnym, zewnętrznym, dorosłym. Teatralnego i rzeczywistego. Tego do którego uciekamy i tego przed którym uciekamy. W jednej z początkowych scen wzruszony Oscar wygłaszając swój monolog po skończonym przedstawieniu podsumowuje bowiem samą naturę eskapizmu w sztukę - "czasem ten mały świat pomaga w zrozumieniu tego dużego i daje parę krótkich chwil by uciec od okrutnego świata zewnętrznego”.
Z początku wydawać by się mogło, że niewiele nas łączy z rodziną Ekdahlów, jednak kolejne świąteczne obrazki pijanego wujka śmiejącego się z pierdzenia, spiskowania i sekretów, dzieci cicho wszystko obserwujących czy wreszcie momentu gdy cała rodzina łączy ręce biegając po salonie dają jasno znać, że jest to pełna miłości rodzina złączona ze sobą na dobre i na złe. Oczywiście ogromną w tym zasługę mają rewelacyjne zdjęcia Svena Nykvista który tak klarownie zaznaczył przepaść między ciepłem, urokiem i rodzinnością pierwszej części a apatią, chłodem i ascezą drugiej.
,,Fanny i Alexander” w zamyśle miało być ostatnim z filmów reżysera i nic dziwnego bo prywatność i intymność obrazu wylewają się z ekranu a w każdym z miejsc i postaci da sie znaleźć wiele cech odzwierciedlających samego twórcę, ludzi mu bliskich lub fragmenty jego własnego dzieciństwa.
Pomimo, że osobiście obce mi jest ufanie w niepowodzenie z powodu zbitego lustra, powtarzanie afirmacji, medycynę alternatywną czy tarota tak zawsze wierzyłam, że niektóre filmy oglądamy dokładnie wtedy kiedy są potrzebne. Obcowanie z niektórymi filmami jest doświadczeniem duchowym i nie inaczej było w tym przypadku. Stachura pisał, że życie to nie teatr. Ale może był w błędzie.












