kiedyś już tu byłam i przysięgałam sobie, że to już zamknięty rozdział, ale niektórzy ludzie (czyt. ja) chyba mają tendencję do wracania do miejsc, które kiedyś były dla nich czymś więcej niż tylko aplikacją.
coś o mnie? trzy słowa: ruminacja, fiksacja, overthinking. wszystko sprowadza się do tego, że mój mózg produkuje tyle myśli, że czasem sama nie nadążam za własną głową.
co tu robię? szukam miejsca, w którym mogę po prostu sobie istnieć i wyrzucać z głowy cały ten chaos.
i jeszcze mały dopisek, bo wolę wyjaśnić to od razu: nie jestem typowym kontem motylkowym i raczej nie planuję takim być, nie mam diagnozy i nie chcę przypisywać sobie czegoś, czego oficjalnie nie wiem, ale jednocześnie byłabym nie fair wobec samej siebie, gdybym udawała, że temat jedzenia, własnego ciała i postrzegania siebie mnie nie dotyczy.
od wielu lat widzę u siebie problemy związane z relacją z jedzeniem i z tym, jak na siebie patrzę, dlatego mogą (i pewnie będą) pojawiać się tutaj takie tematy. i między innymi z tego względu będę udzielać się pod motylkowymi hashtagami. bardziej dlatego, że czuję się w pewien sposób związana z tą społecznością i pewne doświadczenia są mi bliskie, niż dlatego, że próbuję przypiąć sobie konkretną łatkę.
to chyba już wszystko na teraz. resztę dopowie mój nadaktywny mózg 🤪
Nie wiem, czy już było coś takiego, czy nie, ale nie zaszkodzi spróbować.
Otwieram nitkę na rzeczy, do których zjedzenia wstydzilibyście się przyznać
Ja osobiście mało miałam takich rzeczy, bo nie doświadczyłam nigdy binge, ale myślę, że fajnie Was pooznaczać i o tym poczytać, bo uciekają mi wasze posty.
Moje:
* cały słoik grzybów w occie, po których się zrzygałam i od tamtej pory nie jem wcale grzybów
* kiełbasa w pętkach, bez niczego, tak po prostu na sucho
* nieugotowany makaron do zupki chińskiej
* pasztet najtańszy we flaczku bez chleba 😭
* wszelkiej maści wędlina w plastrach bez pieczywa
wow, to mój pierwszy raz, kiedy ktoś oznacza mnie w tego typu postach. super, dziękuję!
długo się zastanawiałam i nie mam chyba takich rzeczy. generalnie wielu rzeczy, nawet takich podstawowych, zwyczajnie nie lubię albo mnie obrzydzają. prędzej byłoby mi wstyd przyznać się do ilości, jaką potrafiłam pochłonąć w ciągu krótkiego czasu.
chipsy, orzeszki i inne słone przekąski. słodycze. fast foody. makarony. jestem uzależniona od dań z makaronem.
kilogramy jedzenia, które pochłaniałam tak, jakby mój żołądek był studnią bez dna. kalorie liczone w tysiącach, które w żaden sposób nie potrafiły mnie zaspokoić. okropny ból brzucha, który wciąż nie powstrzymywał mnie od pakowania w siebie kolejnych porcji jedzenia.
nominuję każdego, kto jest chętny podzielić się swoimi doświadczeniami. z wyboru, bez presji.
dzisiaj nie mam się czym pochwalić. wtorek nie był dobrym dniem.
wstałam później niż zazwyczaj, mimo kilku ustawionych budzików. i nawet kiedy już się obudziłam, długo nie potrafiłam zmusić się do wyjścia z łóżka.
na śniadanie zjadłam więcej kalorii, niż planowałam. niby nic wielkiego, ale wystarczyło, żeby wrócił ten schemat myślenia, którego tak bardzo próbuję się pozbyć. bo skoro już zawaliłam początek dnia, to przecież mogę zawalić go do końca.
po południu upiekłam maślane ciasteczka, o które prosił mnie tata. to chyba jedyna jakkolwiek produktywna rzecz, jaką dzisiaj zrobiłam. zjadłam trzy albo cztery. były naprawdę dobre. ale chwilę później przyszły wyrzuty sumienia. próbowałam wmówić sobie, że wszystko jest w porządku, ale gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że właśnie zaczynam tracić kontrolę.
przez większość dnia siedziałam w domu. pogoda była beznadziejna, lało praktycznie bez przerwy, więc nawet nie miałam jak wyjść i zrobić kroków.
kiedy w końcu przestało padać, poszłam do sklepu. kupiłam chipsy. nie miałam tego w planach, nie potrzebowałam ich. po prostu je kupiłam. a potem zjadłam całą paczkę. nawet nie pamiętam samego momentu jedzenia, jakbym na chwilę wyłączyła myślenie i działała tylko z przyzwyczajenia, na automacie.
wieczorem spróbowałam jeszcze wyjść na spacer, ale deszcz szybko zawrócił mnie do domu. i wtedy znowu zjadłam. dwa tosty z masłem.
tak wyglądał mój dzień.
najgorsze jest to, że wiem, jak to działa. jeden gorszy wybór uruchamia lawinę kolejnych. zaczynam myśleć, że skoro już i tak wszystko zepsułam, to nie ma znaczenia, co zrobię dalej. i za każdym razem kończy się tak samo.
jestem na siebie wściekła. i już nawet nie przez te chipsy czy tosty, a przez to, jak szybko odpuściłam i jak łatwo wróciłam do starych nawyków.
nie cofnę dzisiejszego dnia, nie da się go naprawić. mogę tylko ponosić konsekwencje swoich decyzji i mieć nadzieję, że jutro nie powtórzę tego samego. dlatego w planach mam post, ewentualnie daję sobie przyzwolenie na zjedzenie jednego jogurtu w razie kryzysu. i jeżeli pogoda na to pozwoli, to spróbuję nabić tak dużo kroków, ile tylko tylko będę w stanie.
a spać pójdę z poczuciem porażki, z wyrzutami sumienia i z obrzydzeniem do samej siebie. choć jeszcze nie teraz, bo zapewne znów ciężko będzie mi zasnąć.
nie wyspałam się. wstałam późno, ale trudno było oczekiwać czegoś innego. przez pół nocy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, bo gdzieś niedaleko trwała impreza i muzyka dudniła do piątej nad ranem.
dałam się namówić tacie na jedzenie na mieście. zamówiłam pad thai z krewetkami. był naprawdę dobry, ale porcja okazała się ogromna. zjadłam może połowę.
dla większości osób to pewnie nic szczególnego, a dla mnie jest to mały sukces.
jeszcze jakiś czas temu zjadłabym wszystko. nieważne, czy byłam już najedzona. nieważne, czy bolałby mnie brzuch. jedzenie było na talerzu, więc musiało zniknąć. nie potrafiłam przestać. kusiło mnie tak bardzo, że ignorowałam każdy sygnał wysyłany przez organizm. potem czułam się źle, żałowałam i obiecywałam sobie, że następnym razem będzie inaczej. a później i tak robiłam dokładnie to samo. w kółko i w kółko.
dzisiaj odłożyłam widelec i uznałam, że już wystarczy.
nie znam dzisiejszej liczby kalorii. nie zjadłam już nic więcej i dla własnego spokoju zostawię ten dzień właśnie taki. od jutra wracam do dokładnego liczenia.
mam wrażenie, że wróciła mi motywacja. nie taka, o której tylko się mówi, a potem szuka wymówek. po raz pierwszy od dawna naprawdę czuję w sobie chęć zmiany.
od jutra zaczynam też wyzwanie — dziesięć tysięcy kroków dziennie przez siedem dni. jeśli ktoś chciałby dołączyć, link z zaproszeniem znajduje się w poprzednim poście. jest tam również założona grupa i możliwość pisania na czacie, więc będzie można się wzajemnie motywować i po prostu pogadać.
jeszcze dzisiaj chciałabym dobić trochę kroków, ale nie wiem, czy będzie mi to dane. pogoda znowu się zepsuła i wygląda na to, że zaraz zacznie padać. w najgorszym razie spróbuję nachodzić je w domu, chociaż nie daje mi to takiej satysfakcji jak zwykły spacer na zewnątrz.
na aplikacji steps app jest możliwość stworzenia dowolnego wyzwania na kroki, w którym można rywalizować z innymi. jest też czat, na którym wszyscy mogą pisać.
pomyślałam sobie, że może ktoś z was byłby chętny dodać się tam do znajomych, stworzyć naszą małą społeczność (jest też możliwość tworzenia grup, na których można śledzić kroki innych i korzystać z czatu, poza wyzwaniem) i wziąć udział w takim wyzwaniu, żeby mieć motywację do nabijania dziennych kroków? zaczęlibyśmy od poniedziałku, na początek około 8-10k kroków przez siedem dni.
dajcie znać, a wyślę wam zaproszenie do znajomych:)
wczoraj właściwie byłam z siebie całkiem zadowolona. mimo że zjadłam więcej niż przez ostatnich kilka dni, nadal zmieściłam się w swoim limicie i miałam poczucie, że jest naprawdę dobrze. miałam o tym wspomnieć w poprzednim poście, ale kompletnie wyleciało mi to z głowy.
i dobrze. bo niedługo po tym wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. nagle otworzyła mi się jakaś dziura w żołądku, której za nic nie potrafiłam niczym zapchać. jadłam i jadłam, a uczucie sytości jakby w ogóle nie istniało. to było takie bezmyślne. jakby mózg nagle się wyłączył i przestało istnieć cokolwiek poza jedzeniem.
finalnie wyszło około tysiąca ponad limit.
tak, bywało też gorzej, ale najbardziej jestem zła na siebie za brak jakiejkolwiek walki. nawet nie próbowałam się zatrzymać. nie było nic, żadnej refleksji. żadnego zastanowienia się, czy naprawdę tego chcę. po prostu dałam się temu ponieść jakby nie było innego wyjścia. to wyglądało tak, jakbym z góry założyła, że i tak przegram. jakby wszystko było skazane na porażkę jeszcze zanim się zaczęło.
i chyba wiem, co mogło mnie zgubić. przynajmniej po części.
śniadanie.
rzadko jem rano. nie przepadam za tym, bo po przebudzeniu najczęściej jest mi po prostu niedobrze i potrzebuję kilku godzin, zanim cokolwiek zjem. a wczoraj zrobiłam wyjątek. dało mi to pewność w kwestii, którą podejrzewałam już wcześniej.
śniadanie = napad.
w moim przypadku, jeśli zaczynam dzień od śniadania, to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach skończy się on później napadem. i nie twierdzę, że to musi być jedyny powód, ale zaczynam dostrzegać pewien schemat.
jestem rozczarowana sobą i zażenowana tym, jak łatwo wczoraj odpuściłam. ale biorę to jako kolejną lekcję na przyszłość, choć mam nadzieję, że już ostatnią i nie będę musiała przechodzić przez to jeszcze raz.
liczyłam na ten deszcz i burzę jak na zbawienie, tymczasem nie zadziało się zupełnie nic. wszystko poszło jak zwykle naokoło i została tylko ta niemiłosierna parnota. błagam, jeśli nie dziś, to jutro, bo już nie daję rady funkcjonować w takich warunkach.
cały dzień spędziłam na kanapie, przed wiatrakiem i z książką. całkowicie bezużytecznie, choć od kilku dni to już norma. jeśli nie licząc późnych wieczorów, kiedy staram się chociaż nabić trochę kroków, tak za dnia nie robię zupełnie nic. i naprawdę już mnie to denerwuje. chcę na spacer, chcę chłodny wiatr, chcę deszcz walący o szyby i dach, szare niebo i powietrze, którym da się normalnie oddychać.
ten gorąc, to chyba jakiś znak od wszechświata, że może pora trochę bardziej się nad sobą zastanowić i stać się lepszym człowiekiem, bo jeśli piekło istnieje, to nie mam najmniejszych szans na przetrwanie tego. muszę zacząć zbierać punkty za dobre uczynki, bo obecnie moja odporność na ciepło kończy się na siedzeniu przed wiatrakiem i zużywaniu kilogramów lodu.
dzień przestał być użyteczny. funkcjonowanie między południem a wieczorem przypomina próbę życia wewnątrz rozgrzanego piekarnika. i to zdecydowanie nie jest coś dla mnie. dobrze, że chociaż noce są jeszcze jakkolwiek znośne i da się oddychać bez poczucia, że atmosfera próbuje mnie ugotować.
i jakby sam upał nie był wystarczający, to jeszcze mam pokój na poddaszu. zasłonięte rolety i pozamykane okna w niczym nie pomagają, kiedy bezpośrednio nad sobą mam rozgrzany dach. w dzień jest tam temperatura, przy której jeszcze bardziej zaczynam kwestionować swój sens istnienia. chyba naprawdę przydałoby się zainwestować w końcu w klimatyzację.
ehh, jak ciężko jest człowiekowi dogodzić. zimno — źle, gorąco — jeszcze gorzej. chyba nigdy nie będziemy w pełni zadowoleni, zawsze coś mogłoby być inaczej, lepiej. chyba taka już nasza natura. narzekanie jest łatwe, po prostu.
i jedynym plusem całej tej sytuacji jest to, że w takim upale kompletnie odechciewa mi się jeść. mój organizm uznał chyba, że skoro i tak już walczy o przetrwanie, to nie będzie jeszcze tracił energii na odczuwanie głodu. i to akurat jak najbardziej mogę przyjąć. kontrolowanie jedzenia nigdy nie było tak łatwe jak wtedy, gdy jedyną rzeczą, na którą mam ochotę, jest zimna woda i położenie się płasko na podłodze.
wczorajszy dzień najchętniej wymazałabym całkowicie. dałam się ponieść emocjom i straciłam kontrolę, rzucając się na jedzenie. było tego tyle, że w pewnym momencie po prostu przestałam liczyć, bo zwyczajnie straciło to sens. było już jasne, że limit, który sobie wyznaczyłam, został przejedzony przeze mnie co najmniej dwukrotnie, a to był ledwo początek.
ten okropny upał też w niczym nie pomaga i moja aktywność fizyczna w takich dniach praktycznie nie istnieje. nie chce mi się nawet chodzić, a co dopiero mówić o większych treningach. nawet późnym wieczorem powietrze jest tak ciężkie i suche, że pójście na spacer to żadna przyjemność.
ale mimo tych wszystkich wczorajszych porażek muszę przyznać, że zaskakująco waga pokazała dziś mniej niż przed napadem. co jednak nie zmienia faktu, że nadal jestem na siebie zła, że tak łatwo odpuściłam i pozwoliłam sobie stracić kontrolę. ale okej, nie ma co roztrząsać, dzisiaj przecież też jest dzień i zamiast załamywać się tak, jak to bywało w przeszłości, staram się po prostu nadrobić tyle, ile mogę.
i nie zapeszając (tfu, tfu), ale póki co idzie mi naprawdę całkiem dobrze.
pomijając jedzenie, to jak zwykle największy problem mam z piciem wody. ja naprawdę nie czuję pragnienia, nawet podczas takich temperatur jak teraz, przez co całkowicie zapominam o nawadnianiu się. bywa, że calutki dzień zleci mi bez chociażby kropelki wody. i tak, wiem, że to nie jest dobre, ale serio nad tym pracuję.
próbuję też znaleźć sposób, żeby przestawić swoją głowę na filtrowanie myśli, na oddzielanie tych ważnych od tych mniej ważnych. może wtedy byłoby łatwiej, choć w moim przypadku wydaje mi się do niemożliwe. słynę z tego, że za dużo myślę. tak dużo, że sama siebie tym przytłaczam. zwłaszcza że oprócz kolejnych czarnych scenariuszy i paranoi, nie przynosi mi to nic pożytecznego.
mam nadzieję, że przynajmniej u was jest lepiej. że pamiętacie o piciu wody i nie dajecie się wytrącić z równowagi. miłego weekendu!
nie śpię, ale to żadna nowość. od miesięcy mam z tym ogromny problem. mój organizm jest już tak bardzo rozregulowany, że przestał odróżniać, kiedy powinien odpoczywać. jakby kompletnie zgubił granicę pomiędzy zmęczeniem a snem. ciało jest wykończone, oczy pieką, głowa boli, a mimo to nie potrafię po prostu zasnąć.
ale dziś nie o tym.
wczoraj minął rok. rok odkąd uwolniłam się z najgorszej relacji, jaka mnie kiedykolwiek spotkała.
dziwnie jest o tym myśleć, bo kiedy byłam w środku tego wszystkiego, nie widziałam tego tak jasno i wyraźnie jak teraz. wtedy byłam przekonana, że po prostu robię za mało, że powinnam się bardziej starać. że gdybym była trochę lepsza, spokojniejsza, bardziej wyrozumiała, bardziej idealna, to wszystko wyglądałoby inaczej.
dzisiaj wiem, że nie miałoby to żadnego znaczenia.
po zakończeniu trudnego związku i po trzech latach bycia samej bardzo chciałam zaznać w końcu czyjegoś ciepła. chciałam poczuć się kochana, ważna dla kogoś. znaleźć osobę, która mnie zrozumie i zaakceptuje.
zamiast tego trafiłam z deszczu pod rynnę.
na początku nie wyglądało to źle. wręcz przeciwnie, byłam zachwycona. choć tak naprawdę byłam tak bardzo spragniona uwagi, że kiedy w końcu ją dostałam, to ignorowałam wszystkie czerwone flagi i próbowałam zgasić tę lampkę ostrzegawczą, która od samego początku paliła mi się z tyłu głowy. bo za bardzo chciałam wierzyć, że tym razem naprawdę może być inaczej. że nareszcie może być dobrze.
sam związek zaczął się bardzo szybko. za szybko. po około trzech tygodniach znajomości praktycznie wymusił na mnie to, żebyśmy byli razem. ale wtedy nie chciałam myśleć o tym w taki sposób.
od początku wiedział jaka jestem. nie kryłam się z moim charakterem, z moim sposobem bycia, z zainteresowaniami. a on nie protestował. ale kiedy tylko weszliśmy w związek, bardzo szybko zaczął próbować mnie zmieniać.
i powoli przestawałam być sobą. zaczęłam znikać. aż zatraciłam siebie całkowicie. stałam się kimś, kim nigdy nie byłam, tylko po to, żeby mój własny chłopak chciał ze mną być. Po przestałam ubierać się tak, jak lubiłam. przestałam malować się tak, jak chciałam. przestałam zachowywać się naturalnie. przestałam robić rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. najlepiej dla niego byłoby, gdyby moje życie całkowicie nie istniało przed tym, zanim go spotkałam.
bo musiałam być idealna.
tylko że po czasie zrozumiałam, że to nigdy nie było możliwe. bo zawsze coś było nie tak. bo zawsze mogłam zrobić coś lepiej, powiedzieć coś i zachować się inaczej.
on nigdy nie widział problemu w sobie. zawsze to była moja wina, cokolwiek by się nie działo. a ja przepraszałam za wszystko. za rzeczy, których nie zrobiłam, za emocje, które miałam, za własne granice, za własne potrzeby. sto razy zastanawiałam się zanim coś powiedziałam, żeby przypadkiem nie wywołać kolejnej kłótni, bo wystarczyło jedno słowo, które mu się nie spodobało. więc bałam się mówić o tym, co czuję, co myślę i co mnie boli, bo każde słowo było odwracane przeciwko mnie i traktowane jak atak. chodziłam na palcach we własnym życiu.
kontrolował moje wiadomości. wymusił na mnie usunięcie wszystkich social mediów. sprawił nawet, że straciłam kontakt z własną siostrą na ponad rok. znajomych również straciłam i to dla relacji, która mnie wyniszczała.
bałam się wychodzić z nim z domu. bałam się przypadkiem spotkać kogoś znajomego, że ktoś się do mnie odezwie czy uśmiechnie. bo zaraz przychodziła fala pytań, podejrzeń i oskarżeń, mimo że nigdy nie miałam nic do ukrycia i nigdy nie zrobiłam niczego wbrew niemu. i nawet kiedy byłam sama lub z rodzicami i wiedziałam, że nie ma szans, żeby on nagle się pojawił, to i tak nerwowo rozglądałam się dookoła i unikałam ludzi.
kontrolował mnie do tego stopnia, że nawet podczas snu musiałam być z nim na telefonie, a jeśli połączenie się zerwało, od razu doszukiwał się w tym jakiejś intrygi. kiedy płakałam, on wtedy spał sobie w najlepsze, a czasem nawet denerwował się na mnie, że siedzę zamiast spać. bo musiałam chodzić spać i wstawać wtedy, kiedy jemu to odpowiadało. nieważne czy byłam zmęczona, nieważne czy w ogóle miałam ochotę spać. nic nie miało znaczenia. nawet nie mogłam normalnie pójść do pracy, bo od razu zakładał, że pewnie chcę iść tam tylko po to, żeby poznać kogoś nowego i go zdradzać. przez to odrzuciłam naprawdę dobrą ofertę i do dziś odczuwam skutki tamtej decyzji.
jedzenie też przestało być moje. decydował co, ile i kiedy powinnam jeść. a jeśli mówiłam, że źle czuję się we własnym ciele i chcę coś zmienić, on reagował tak, jakbym zrobiła coś przeciwko niemu.
nie podobało mu się nic, co robiłam. i był przy tym ogromnym hipokrytą, bo karał mnie za rzeczy, które sam robił. i choć nigdy nie podniósł na mnie ręki, to psychicznie zniszczył mnie do tego stopnia, że nabawiłam się nerwicy i moje ciało zaczęło reagować na niego jak na zagrożenie.
obiecywał wiele. planował wspólną przyszłość. mówił o wspólnym zamieszkaniu w jego domu. ale przez półtora roku związku ani razu nie zaproponował nawet, żebym została u niego choć na jedną noc. i gdzie tu logika? widywaliśmy się tylko w weekendy, zawsze od soboty wieczór do popołudnia w niedzielę. zawsze u mnie. nie miałam nic do powiedzenia, zawsze musiałam mieć czas i dostosować się do jego decyzji.
nigdy nie miał dla mnie czasu i nigdy nie chciał wziąć choć jednego wolnego weekendu, żeby zrobić razem coś więcej niż ciągłe siedzenie w domu, mimo że miał taką możliwość. a po rozstaniu okazało się, że jednak potrafił znaleźć czas na wyjazdy ze znajomymi, których tak ochoczo przede mną oczerniał.
miał bardzo wielką potrzebę, aby wszyscy go lubili, bo inaczej reagował niechęcią i agresją słowną, choć nigdy bezpośrednio. był po prostu okropnie zakompleksiony i całą nienawiść do siebie przerzucał na mnie. dosłownie doszło nawet do momentu, w którym potrafił być zły o to, że mój kot go nie lubił i się go bał.
potrafił obrażać własną rodzinę i dziwić się, że później mam opory, aby wysiedzieć tam chociaż godzinę. mimo tego, że jego rodzinę widziałam na oczy może pięć razy, bo niechętnie mnie do niej zabierał.
pomimo tego wszystkiego, zawsze siedziałam cicho i go broniłam, bo wydawało mi się, że tak trzeba. a on nawet mnie chyba nie lubił, o jakimkolwiek głębszym uczuciu już nie wspominając. więc mnie zostawił. i nigdy nie myślałam, że kiedyś to przyznam, ale dziękuję mu za to. bo choć oczywiście wyszłam na tę najgorszą, niewdzięczną i niedoceniającą wszystkiego, co dla mnie robił, to był najlepszy prezent, jaki mógł mi dać. bo byłam zbyt zagubiona i słaba, żeby odejść sama. czasem człowiek przyzwyczaja się do cierpienia do tego stopnia, że zaczyna traktować je jak normalność. a to nigdy nie było normalne.
z tego co wiem, dwa tygodnie po naszym rozstaniu już spotykał się z nową dziewczyną, a przez rok było ich jeszcze kilka. i współczuję im, bo wiem, jak łatwo dać się złapać, kiedy na początku spada na ciebie tyle uwagi i obietnic.
i to nawet nie jest wszystko, bo było jeszcze mnóstwo rzeczy które musiałam znosić, będąc w tej relacji, ale i tak już za dużo się rozpisałam. wystarczy.
ale mam to już za sobą. dalej uczę się żyć od nowa, mówić bez strachu, robić coś bez poczucia winy. dalej uczę się być sobą. ale przynajmniej oddycham. i pierwszy raz od bardzo dawna ten oddech naprawdę należy do mnie.