Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 54 (30.07.2026)
-> W 20 minut do Legionowa... i z powrotem!
Tydzień temu doświadczyłem pewnej nazwijmy to przygody. Przygody, której pierwotnie nie miałem zamiaru podjąć, ale przełamałem się i stawiłem jej czoła. Dokładniej rzecz ujmując - czekała mnie inwentaryzacja... czyli praca, za którą, jak już przyznałem w kilku wcześniejszych postach, nie przepadam. Praca, w której zdążyłem już raz czy dwa przecierpieć... Z drugiej zaś strony bardzo lubię czasem gdzieś się przejść, pojeździć, przeżyć coś nowego, a ponieważ inwentura miała odbyć się tym razem w Legionowie, gdzie wydaje mi się, że jeszcze nie postawiłem stopy, toteż postanowiłem, że połączę przyjemne z pożytecznym. Co wynikło z tej eskapady? Czy wszystko przebiegło pomyślnie? O tym poniżej.
Cała operacja rozpoczęła się od tego, że zaproponowałem pewnej dziewczynie zastępstwo na liczeniu w Żabce, we wspomnianym wcześniej Legionowie. Zastanawiam się, co mnie wtedy najbardziej podkusiło by znów bawić się w niekomfortowe liczenie sklepowego towaru. Pieniądze? Nowe doświadczenia? Żeby uwolnić się z domu? A może wszystko po trochu? Inwentaryzacja, jak w każdym sklepie z ropuchą w roli głównej, miała zacząć się chwilę przed zamknięciem marketu. No właśnie, miała... W dniu zlecenia, o godzinie dwudziestej, niespodziewanie mój telefon zawibrował. Był to automatyczny SMS, z którego wynikało, żeby w miarę możliwości stawić się na miejscu wcześniej, a wkrótce potem nawet sam koordynator zlecenia (!) dał o sobie znać, zwracając się do mnie sms-owo z podobną prośbą, co mnie tylko minimalnie bardziej zestresowało. O ile zdążyłem już sobie pierwotnie zaplanować podróż, tak w zaistniałych okolicznościach stwierdziłem, że lepiej będzie faktycznie wyjść wcześniej, pytanie tylko brzmiało: "O ile wcześniej?". Finalnie zdecydowałem się opuścić domostwo pół godziny wcześniej niż początkowo wymyśliłem, mając nadzieję, że nikt nie urwie mi głowy, nawet jeśli nie daj Boże coś by się stało po drodze i dotarłbym na miejsce "tylko" o czasie, czyli o 22:45. Sytuacji nie poprawiał deszcz, który tamtego wieczoru padał i który zza domowych okien wydawał się obfity, aczkolwiek gdy już wyszedłem na zewnątrz, okazało się, że ów deszczyk wcale nie jest zbyt duży i nie utrudni dojazdu. Kolejka, którą miałem się przemieścić, przybyła prawie punktualnie i również prawie bez spóźnienia zawitała niecałe 20 km od domu. Pozostało już jedynie wyciągnąć z kieszeni smartfona i włączyć niezawodną mapę Google, która perfekcyjnie zaprowadziła mnie do tej jednej, konkretnej Żabki. Internetową mapkę o tyle doceniam, że nawet pomimo kompletnej nieznajomości miejsca, w którym się znajduję (jak np. Legionowo) - niczym prawdziwy magik nagle wiem, gdzie jestem! Nie potrzebowałem żadnej innej pomocy, drogowskazów, tabliczek ani tym bardziej zamęczać obcych pytaniami o drogę. Gdzie tylko chcę trafić, trafię bez większych trudności, no i tak oto czekała mnie już tylko sama praca, w nowym rejonie. Nawet jak na ten świetny dojazd, stres jak zwykle dał się we znaki. Bałem się tego samego co przy poprzednich zleceniach, czyli np. paskudnej koordynatorki Emilii (która prawie usunęła mnie z pracy i to dwukrotnie), albo że przydzielą mi do liczenia wyjątkowo nieprzyjemne strefy (co niestety zdarzało się), albo że ogólnie będę liczyć za wolno, pomylę się i nałożą "bana". Nie miałem już jednak wyboru - musiałem stawić czoła swym lękom. Na szczęście owe lęki nie sparaliżowały mnie, wręcz mam wrażenie, że znacząco zmniejszyły się odkąd rozpocząłem pracę. Atmosfera panowała zaskakująco spokojna, nikt nie miał do nikogo uwag, nawet do mnie (!). Wszystko przebiegło jak z płatka, nawet same produkty, które przypadły mi w udziale, nie były wcale wielce męczące do zliczenia. Już po dwóch godzinach i kwadransie oddałem skaner zliczywszy 1100-1200 produktów, a miły pan wypuścił mnie na zewnątrz - jak się okazało, była to szybka akcja. Na tyle szybka, że zdążyłem na nocny powrotny pociąg o 0:50! Szczęście sprzyjało mi również z jednego powodu - podobno dwa z trzech najbliższych pociągów, które miały zjawić się na stacji miały około godzinne opóźnienie, ale mój pociąg spóźnił się raptem pięć minut. Dzięki dodatkowym minutom, które miałem przed odjazdem, pozwoliłem sobie na drobne oględziny peronu i cieszeniu się chwilą - nie musiałem się już absolutnie niczym przejmować, wszelkie obawy odeszły w siną dal, co było dla mnie naprawdę cudowne. Cudowne jak sam dojazd zresztą, bo o ile w jedną stronę jechałem składem blisko dwadzieścia minut, tak w stronę przeciwną, dzięki temu, że pędzące KM zatrzymywało się jedynie na wybranych przystankach, na swojej stacji wysiadłem już po trzynastu minutach jazdy!
Wszystko skończyło się wręcz bajkowo. Co prawda nie zarobiłem zbyt wielkich pieniędzy, ale zdecydowanie wolę takie szybkie eskapady niż przebywać gdzieś na całodniowym lub prawie całodniowym planie filmowym za (z reguły) niewiele większą kasę. Gdyby tyle samo szczęścia co właśnie tamtego wieczoru mieć też w relacjach międzyludzkich... Bo nie ukrywam, że po dziś dzień brakuje mi czasem jakichś beztroskich interakcji z drugim człowiekiem, jakichś nawet randek z płcią przeciwną, żeby nie tylko w pojedynkę, ale też przy kimś, kogo mogę obdarzyć sympatią i zaufaniem, się rozerwać. Piszę o tym nie bez powodu, gdyż raz na jakiś czas próbuję się otwierać na innych, nie izolować się całkowicie, nie skazywać się na wieczną samotność. Nawet udało mi się faktycznie kogoś poznać w tym roku (tu, w sieci). Pomogłem wtedy zakłopotanej dziewczynie przy wypełnieniu ankiety na studia. Można powiedzieć, że złapaliśmy szybko wspólny język, rozwijamy pięknie tematy, które poruszamy, no i jak na razie zdążyliśmy wymienić między sobą blisko sto wiadomości. Nowa koleżanka wydaje się dość wygadana, dociekliwa - zrobiła naprawdę fajne pierwsze wrażenie! Na tyle dobrze mi się z nią pisało, że nie zraziła mnie kompletnie przerwa w kontakcie, która potrwała miesiąc. Później, po moim przypomnieniu się, przeprosiła, przywitała mnie radośnie, wymieniliśmy jeszcze jedną serię kilkuzdaniowych wiadomości. Niestety... od pięciu i pół tygodnia Agnieszka znów nie daje znać... Czyżby zapomniała o mnie? Nie ukrywam, że jest mi odrobinę przykro, czuję pewien niedosyt... Mamy pewne wspólne tematy, używamy wesołych emotikonek, nawet też nasunęła się wizja wspólnej gry (!) w "Minecraft", na tyle rozmowa z nią się "klei", że naprawdę chciałbym powymieniać z nią jeszcze więcej wiadomości, pociągnąć dalej tę fajnie rozpoczętą znajomość. Najgorszy w tym wszystkim wydaje mi się dylemat... dylemat z gatunku tradycyjnych - czy się jej przypomnieć po raz drugi, czy może poczekać jeszcze trochę... a może dać sobie spokój, odpuścić, bo jak się mawia - "Tego kwiatu pół światu"? Ehh...









