THE LAST (?) STAND
Nie wierzę, że to piszę.
Odkąd udało mi się znaleźć szczęśliwie nową pracę ponad dwa lata temu, dużo się zmieniło. Choć jeszcze próbuję się odnaleźć w nowej rzeczywistości, to jednak idzie mi to całkiem dobrze. Po latach walki z lękami i depresją udało mi się osiągnąć stabilność, która pozwoliła mi odstawić leki i żyć względnie normalnie. Doprecyzowując diagnozę swojej psychiki o najnowsze zdobycze wiedzy, udaje mi się również częściowo zapanować nad najsilniejszymi z moich demonów, które nawiedzają mnie czasem w formie flashbacków. Mogłoby się wydawać, że droga do całkowitego wyleczenia stoi przede mną otworem, prawda?
Niestety, los zgotował mi jednak scenariusz zgoła odmienny. Gdy ja wygrywałem kolejne bitwy w odmętach swojej psychiki, jeden z członków rodziny zaczął przegrywać swoje. W ostatnich latach byłem świadkiem powolnej śmierci osoby, którą znałem, a której ciało powoli przejmują dwa niezwykle destrukcyjne i sadystyczne demony, być może z trzecim siedzącym w ukryciu i dodatkowo podżegającym do walki.
A imiona ich Demencja i Alkoholizm, z narcystyczną szarą eminencją z tyłu. Gdzie jeden konsekwentnie doprowadza do degradacji pamięci opętanego, drugi zatruwa jego świadomość fałszywymi wspomnieniami i konfabulacjami. Tam, gdzie jeden wtłacza niepamięć, drugi z trzecim wzbudzają nieufność, a wraz z nią pogardę wobec prawdy. W tej niszczycielskiej spirali kręcą się coraz szybciej, przyczyniając się do cierpienia nie tylko samego opętanego, ale i wszystkich dookoła. Ze mną włącznie.
Ze wszystkich osób, które uczestniczą w tym smutnym spektaklu, mogło by się wydawać, że tylko ja znam sposób na odpędzenie tych demonów, a przynajmniej chwilowe ich odstraszenie, by dać opętanemu złapać oddech. Choć jest to rozwiązanie bolesne i ryzykowne, w obliczu tej tragedii jest ono w tym momencie ostatnią deską ratunku. Po ostatnim, najgorszym dotychczas ciągu alkoholowym najbliższy mi uczestnik tego teatrzyku był w końcu gotowy sięgnąć po to rozwiązanie, lecz niestety stracił je z oczu. Emocje opadły, kłamstwa zostały ponownie wyryte w skałach, a iskierka nadziei, która tliła się w moim sercu, zgasła wraz z pogrzebaniem idei o wspólnej wyprowadzce.
Na nic zdały się moje próby edukacji. Próby wywołania choćby niewielkiej chęci do porzucenia alkoholu rozbijały się o kolejne kłamstwa, w które wszyscy z wyjątkiem mnie uwierzyli, by przypadkiem nie pogłębiać kryzysu, który przecież stanowi szansę na uzdrowienie.
Próbowałem wszystkiego, co mogłem, z całych sił, które mi jeszcze pozostały. Chciałem rozpalić na nowo ogień życia w tych zmarnowanych duszach, które zdają się dalej nie rozumieć położenia, w którym się znajdują. Współuzależnienie jest w nich tak silne, że mam poczucie, że to ja staję się w tym systemie elementem niepożądanym. W systemie, w którym są ostatnie osoby z mojej rodziny, które dotychczas były mi przychylne, i na których wciąż mi zależy.
Wolą zostać, cierpieć i "ratować" alkoholika, bądź raczej to co z niego zostało, od konsekwencji jego picia, niż rzeczywiście tupnąć nogą w ostatecznym zrywie ku wolności od alkoholu.
Gniew, frustracja, żal, smutek, lęk... i głębokie osamotnienie towarzyszą mi od ostatnich dni. Wszystko wskazuje na to, że jedyną osobą, którą jeszcze mogę z tego systemu uratować, jestem ja.
Ja sam.
Dobijająca świadomość tego, że z tym problemem mogę zostać całkiem sam, skłania mój umysł ku najczarniejszym scenariuszom. Wraz z podjęciem decyzji o samodzielnej wyprowadzce czuję się, jakbym właśnie stawał się sierotą, zmuszony de facto do samodzielnego radzenia sobie ze wszystkimi problemami i bez wsparcia rodziny. Jedyne miejsce, do którego potencjalnie mógłbym wrócić, jest opętane demonem alkoholizmu i opuszczenie go może się wiązać z koniecznością spalenia mostu.
Jest to niewątpliwie skok wiary, bo jeszcze nawet nie zacząłem się przygotowywać, a już czuję ogromny, paraliżujący wręcz lęk. Flashbacki, dysocjacja i tym podobne objawy nasilają się w najmniej wygodnych momentach, a mój apetyt praktycznie nie istnieje. Jeśli do końca września uda mi się wyprowadzić i zachować względną stabilność psychiczną, to będzie to bez wątpienia mój najwiekszy dotychczasowy sukces w życiu.
A jeśli się nie uda? Cóż, tak daleko w planowaniu jeszcze nie zaszedłem, jednak jakiś plan B, a w sumie to nawet już C, wypadałoby mieć.














