Piękno Instagrama.
Dzisiaj artystą może być każdy, kto tylko tego zechce. Są artyści-fotografowie, który za sztukę uważają swoje ciało - jej wyważoną harmonię, proporcje, strukturę skóry i to, w jaki sposób układa się na nim światło z okna. Twarz, która staję wizytówką, reklamą produktu - naszej osoby. Ładnie opakowanie zapewnia inne życie, wieczną aprobatę oczu i myśli. Wszystko, co robi piękny człowiek, również staje się piękne. Dzisiejsze śniadanie, z kolorowym filtrem, by podkreślić karminową barwę truskawek na talerzu, dym papierosów, wypływający z ust, to wszystko takie piękne! Nawet marka papierosów jest super, gdy artysta Instagrama uwieczni ją na zdjęciu.
Czasem na Instagrama trafiają rzeczy tak głębokie, że swoim niezrozumieniem ocierasz się o bycie zwykłym, szarym człowiekiem, który nic nie rozumie, nie rozumie sztuki. Ale to nic, prawdopodobnie jako jeden z wielu, nie łapiesz przesłania autora. Często on sam nawet nie wie, co symbolizuje uwieczniona na ciemnym tle puszka po szparagach z dopiskiem “Alelluja hungry boys”, albo kwiatek na skrawku twarzy i dorysowane paintowo łezki.
Niektórzy traktują tę sztukę jak zabawę, całkiem ciekawą, luźną formę ekspresji. Czasem po prostu chcą przypomnieć o swoim znaczącym istnieniu, o tym, że oni wciąż są zajebiści i opierają chude nogi o ścianę. Czasem jednak to wykracza ponad zdrową zabawę i zmienia się w chorobę cywilizacyjną. Uzależnienie od uwieczniania każdej nieznaczącej nawet chwili po to, by czarować innych, maczać swoje życie w artystycznym, insagramowym filtrze. Codziennie zdjęcia tej samej twarzy, w różnych fryzurach, makijażach, przy różnym oświetleniu, w różnym otoczeniu. Przecież trzeba niektórym przypomnieć o swoim pięknie, prawda? Nie ważne, że widzieli naszą twarz już wiele razy, przecież codziennie jest coraz ładniejsza, trzeba ją pokazywać.
Czasem mam wrażenie, że najbardziej aktywne osoby na Instagramie to ludzie samotni i zakompleksieni. Pokazują roznegliżowane ciała, by znaleźć podziw i uspokoić się, odetchnąć z myślą, że wszystko jest z nimi w porządku, a nawet lepiej, ponad przeciętną. Są najpiękniejsi! Dopóki... dopóki lajki drastycznie nie zmaleją, bez wyraźnej przyczyny. Co wtedy robić? Dodać nowe, lepsze! Przecież trzeba się podobać, bez tego nie będziesz niewidzialny i nieszczęśliwy. Gdzie jesteś, jeżeli nie w internecie? W swoim pokoju - czyli zupełnie sam.
Nie piszę nic odkrywczego, to taka myśl pisana pod wpływem zjawiska, które zaobserwowałam na własnym fejsbuku, bo tak naprawdę nie mam Instagrama, ale czasem oglądam schematyczne zdjęcia przypadkowych ludzi. Przeglądając jak zwykle tablicę, obserwuję jednocześnie jak wszystko drastycznie się ujednolica. Zjeżdżam w dół i wciąż widzę to samo. Piękne, dziewczęce twarze, wszystkie inne, ale takie same. Układają się w taki sposób, by ich nos wydawał się jak najzgrabniejszy, wydymają usta, przechylają głowę, by uwidocznić kości policzkowe, unoszą brwi i włala - wszystkie jesteśmy piękne. No i zmiękczający filtr, rzecz jasna, bo cera musi być gładka, a oczy błyszczące. “Ale sztunia” “Pięknie!” “Idealna *_*, rozsypują się nieśmiertelne, niezastąpione od lat opinie, które można by skwitować gęstym rzygnięciem. Zgrabne brzuchy i dopisek “po treningu”, żeby nie było, że się negliżują bez powodu. Zjeżdżam i widzę to samo, innych ludzi, ale w tych samych sztucznych, wykadrowanych opakowaniach. Przed monitorem garbimy się, na monitorze lśnimy. I tak sobie myślę, że gdyby ludzie mieliby wstawać zwykłe zdjęcia, bez żadnych min, zrobione za pierwszym razem, z wielkim nosem, pryszczem, złym światłem, to nie robiliby tego w ogóle.
Ciągle udowadniamy sobie i innym, że jesteśmy piękniejsi niż w rzeczywistości, w naszej błędnej rzeczywistości, odbieranej przez oczy. Wciąż gonimy ideały nas samych, widząc ich plecy, nogi rozmyte w biegu, znajome włosy. I nawet gdybyśmy pewnego dnia dogonili wreszcie swojego lepszego siebie, zziajani, zmęczeni światem i odwrócilibyśmy go w swoją stronę - zawiedlibyśmy się. Spojrzelibyśmy wówczas w lustro i zobaczyli siebie, nieidealnych, dokładnie takich, jakich się znamy. A odbicie pożegnałoby cię chichotem, rozpraszając się w powietrzu i zostawiając cię z przekonaniem, że po prostu jesteś brzydki. Brzydki przy gazetce z wyfotoszopowaną modelką. Bo tak naprawdę ideałem samego siebie jesteśmy tylko my i chyba tak właśnie powinno pozostać, bo nie ma sensu uganiać się za iluzją.












