strzał tygodnia: Solange - A Seat at the Table (2016)
całkiem fajnie się stało, że Solange zgarnęła Grammy za “Cranes in the Sky”, oczywiście abstrahując od wartości samej nagrody, to dobrze, że zauważa się wartościową muzykę. Dobrze dla Nas, słuchaczy i świetnie dla artystów. Bo tylko człowiek pozbawiony uszu albo ryba, przyznają, że młodsza z sióstr Knowles nie powinna być określana mianem artysty. Oczywiście, z takim backgroundem, przy współpracy z Raphaelem Saadiq, “A Seat at the Table”, jest najmocniejszym strzałem, by nie napisać wyświechtanego jak szmata na wietrze “opus magnum”, w dyskografii Solange. Cóż, długo kazała sobie czekać, bo aż 4 lata od ostatnich nagrań na “True”, ale bez wątpienia było warto, skoro mowa tu o sztandarowych 51 minutach dla neo-soulu i wszystkiego co w okolicach. Gdybym był na cześć z górnolotnością, to napisałbym, że ASATT to monument, krążek, który można postawić w eksponowanym miejscu, nakierować światła i wskazywać młodym adeptom sztuki: “patrz synku! to jest wzór”. W każdym bądź razie pierdolić to, miejscem najnowszego bachora Pani Solange nie jest muzeum, a głośniki, tu, tam u Ciebie za wielką wodą, dziś, jutro, za rok.












