Nierecka Star Trek: Strange New Worlds - The Griffin Incident 4x2
Autor: xetnoinu, 1.08.2026
Drugie podejście do odcinka. Za pierwszym poszły kapcie w ekran. Ochłonąłem. Jeszcze raz.
Zaczyna się intrygująco. Plumkajacy dźwięk naprowadza prom z La'An, Kirkiem i Spockiem do zaginionego dziewięć lat temu okrętu z trzystoma osobami.
W dialogu pojawia się już coś dziwnego. Oni w tym promie wracają ze Zjazdu Przyszłych Przywódców Federacji. Hmmm. Serio? Dopiero co była wojna z Klingonami i przetrzebienienie szeregów i zasobów. A teraz takie dość elitarne i nieinkluzywne personalne imprezy o władzy zamiast o współpracy i rozwoju w galaktyce? Federacja to nie firma z wyjazdami dla wyścigu korpo-szczurów. Wymyślenie takiej nazwy zdradza głębokie niezrozumienie idei ST. Ale to na szczęście tylko zbitek słów bez konsekwencji w fabule. Na dziś.
Potem mamy wygodne pisanie. Pierwszy raz w dziejach chyba zwiad szykuje latarki jakby już wiedząc, że nie będą nawet próbować włączyć światła. Ale ok. Wybaczam. Bo Kirk potwierdza istnienie Scoutów we Flocie. To już gdzieś było ale teraz tak na bogato w dialogu na pierwszym planie a ja Star Trek: Scouts uwielbiam :) No i usłyszałem, że Kirk jak JR wola: Chodźmy śmiało.
Wracając do sceny przed czołówką. Ona zawiera kluczowe dla fabuły forshadowingi czyli zwiastowania, jak to ja nazywam.
Kirk ma zabawkę (wzorniczo LEGO z Zakazanej Planety) dla swojego syna (tego, o którym w wersji kinowej nie wiedział). Wspomniany jest aspekt kobiety, jaka jest stworzona dla Spocka. Tu dla zmyłki to ma być La'An. Oraz jest motyw, że La'An nie do końca umiała się odnaleźć (jako potomkini Khana) na owym Zjeździe Przyszłych Przywódców... Oczywiście pamiętamy, że w Zakazanej planecie mamy złą istotę/emanację czyiś myśli, co w efekcie morduje załogę.
Krótka scena praktycznie zwiastuje całość zagadnień odcinka.
Na samym dryfującym nieuszkodzonym wraku La'An, Kirk, Spock dziwią się, że nic nie działa prócz sztucznej grawitacji. Nieuki nie znają żółtopudełkowej historii tej technologii, co się nigdy nie psuje. ;)
Słyszymy pierwszy omam - płaczące dziecko, jak się okaże Kirka. La'An nie słyszy. Spock chyba też. Ale wszyscy widzą obcy artefakt z czerwonym światełkiem, jaki się aktywował na ruch ręki. Dzynks włączył infrastrukturę ...reaktora warp. Mimo to światło się nie włączyło i latarki są potrzebne. Za to kolorystyka ciemnicy rodem z Tronu Dziedzictwo. Ładna.
Nikt w całym odcinku nie zastanowi się, co to za urządzenie i co ono robi!!! (Pilota BSG nie widzieli). Spock odczytał wcześniej z trikordera, że jest bezpiecznie i to jest sprawa dla Sekcji 12 (Archiwum X Floty). Koniec. (Rzucam kapciami w ekran).
To jest wstrząsające, bo w tym momencie skończył się tradycyjny eksploracyjny Trek. Bo to była zapowiedź finału, gdzie nie zbadawszy nic - nawiedzony okręt odholowano do owej Sekcji 12!
Zatem odcinek nie jest o zagadce, gdzie jest załoga, co jej się stało, jak temu zapobiegać, jak z tym czymś walczyć, jak to się rozprzestrzenia, jakim cudem okręt przeleciał sobie w nicość pół sektora bez śladu. O tym ten epizod nie jest.
To przebija piąty sezon Discovery, gdzie poszukiwano głupot między innymi tysiącletniej wody w butelce, urządzając biegi z miseczkami z Ikei. Bo serio tam chciano jednak coś wyjaśnić i coś uzyskać, była misja i cele - był Trek, tu nie.
Zatem istota odcinka to horror wobec postaci, co ma nam coś ciekawego o nich powiedzieć.
I tu wchodzimy w źle napisany horror. W sensie on jest dobrze napisany jako po prostu odcinek krwawego strachu ale źle jako Star Trek.
Nie jest to odcinek o eksploracji i zagadce tylko ma nam rozwinąć przez fabułę postaci. Takie w dziejach ST też oczywiście były. No to zobaczmy, jak to leci dalej.
Spróbuję to zrekonstruować i pokonać podstawowy problem odcinka. Jest nim zasadnicza trudność w odróżnieniu omamów od rzeczywistości - oraz całkowite niewyjaśnienie źródła zjawiska.
Każda z trzech postaci jest przez scenariusz grilowana z okazji swoistych redconów zaistniałych w SNW. Tak ... redconów.
Kirk poprzez wszystkie dialogi potwierdza, że wie, że ma syna i nawet ma dla niego prezenty. Do kosza idzie połowa fabuły starego filmu, w tym też fakt, że w przyszłości Spock o tym synu Kirka nic nie wie. Okazuje się, że niemożność bycia ojcem (Kirk podświadomie nie chce nim być/nie umie/boi się) połączona z etosem obrony syna oraz brata, oraz trauma po przepustkowym własnym zajętym pracoholizmem patoojcu - te aspekty definiują go. Obca istota/patogen/ zjawisko stosunkowo najprościej zablokowała samoobronne działania właśnie Kirka, który okazał się totalnie bezradnym dostawcą pizzy w tej psychologicznej rozgrywce. Na plus dla scenarzystów, że zastosowano manewr z Dziecka Rosemary i tu dziecka Kirka nigdy nie zobaczyliśmy, przez co perypetie najsłabszej ofiary się znośnie oglądały. Aby widownia miała jasność, że Kirk był tu najsłabszym ogniwem - dostał porządną kosę w brzuch od La'An na koniec.
Spock jest ciekawiej rozpisany. Choć skończyło się to ponownym rzucaniem kapciem w ekran w moim przypadku. Jego wnętrze psychologiczne zdominowane jest aspektem ludzkim i wolkańskim. I tu wchodzą dwa redcony SNW.
Okazuje się, że w jego głowie on ma problem z T'Pring, z którą w SNW, jak oświadcza, rzekomo zerwał czyli oficjalnie anulował zaręczyny. (Totalnie nie wiem kiedy, ale przypuśćmy, że gdzieś się zająknął). Przypominam taki stan rzeczy jest w jawnej sprzeczności z TOS: Spock Amok.
Spock ma też problem z byciem uczuciowym świszczypałą czyli byciem istotą emocjonalną bardziej niż logiczną (co od wielu odcinków uskutecznia SNW, totalnie nie zmierzając do charakteru, jaki miał Spock Nimoy w TOS).
Stąd teraz usłyszymy, że w głowie Spocka z SNW ów świszczypała wkłada w dialog urojonej T'Pring mądrości rzędu "Nie byłam dla ciebie wystarczająco dobra" lub że twoje idiotyczne wakacje były jednak cudowne i o cudowny Spocku teraz to doceniam. Powinna jeszcze paść na kolana i całować mu stopy. Brrrr!
Tak idiotyczny powrót T'Pring (wiem, że urojonej) ale jednak - aż mnie skręciło że złości. Nie wolno tak niszczyć jednej z najciekawszych i fantastycznie zagranych postaci trzeciego planu w SNW. Nie wolno!!!
Spock poddany grilowaniu na dwa redcony zaczyna się samookaleczać. Idą nożyce w ruch (a nie powinien to być trikoder medyczny?) i odcina sobie szpice w uszach. Jest to dla mnie symboliczne nawiązanie do odcinka, gdzie miał ludzkie uszy, bo go pewni obcy źle złożyli (moja teoria) i stał się totalnie Spockiem przeciwnym do charakteru Spocka w TOS. Zatem pomysł z uszami uważam za symbolicznie bardzo dobry. Może to sygnał, że Spock znormalnieje czyli otrzyma cechy z TOS.
Scenarzyści zadbali też o pomieszczenie ambulatorium. Ono się ciekawie zmienia. Od idealnie czystego z pustymi łóżkami (na jednym stos worków na ciała) przez stopniowe zapełnianie łóżek owymi workami, potem pojawiają się ciała w workach i nasycają się antygrawitacyjnie krwią, po worko-zmartwychwstanie urojonej T'Pring po finał. A finał to powrót Spocka do logiki (pomijam, że przez pięciokrotne powtórzenie jednego zdania) i ukazanie rzeczywistego wyglądu pomieszczenia: jest brudne, opuszczone a na stołach 8 szkieletów z ranami kłutymi). Ewolucja wizualna łóżek - postarano się.
Na koniec La'An. To jest drobny redcon, bo to nowa postać. W odcinku Czterech i pół Wolkanów ona zamieniła się w Wolkankę. Dla widowni jasne było że raczej w Romulankę (ale to w dialogach tamtego odcinka nie padło). Redcon polega na tym, że kiedy personifikacja istoty/patogenu w osobie urojonej Harper/La'An czyta w umyśle La'An to pada raz: "Nie jesteś Khanem, potworem, Romulanką." Innym razem "Jesteś jedną z nas " wśród galerii kilkuset zombie wokoło.
Grilowanie La'An jest na dziś najmniej jasne, bo ewidentnie tworzy podbudowę pod jakąś jej woltę lub większe uwolnienie przemocy wewnętrznej wynikającej z genów augmentacyjnych.
Dziwnym ruchem scenariuszowym było wprowadzenie nagle postaci urojonej ekipy ratunkowej. Bo jaki był w tym interes obcego/patogenu? Jaki? Pomyślmy.
W przypadku Kirka miało to sens i pomysł, że urojony Sam niby sam złapał się w poszukiwanie swojego z kolei syna. I śmierć urojonego Sama serio dobiła psychologicznie Kirka pizzowego słabeusza.
W przypadku La'An dodało to do jej przeżyć nieomal zabicie łże-Ortegas w transporterze. Ale nie zmieniło to prawdziwej La'An ... chyba.
W przypadku Spocka - nic nie dało dodanie tej urojonej ekipy! On jedyny sam się wyswobodził mentalnie, choć nic to nie dało praktycznie. Jedyne co nam po tym to, że umysł Spocka podświadomie chciałby aby Una nie szanowała T'Pring. Po co to komu?
Odcinek finalnie to deus ex machina. Rzeczywisty okręt Enterprise, bez postawienia nogi na wraku, ściąga transportem trzy osoby na pokład. Dziwnym trafem nagle obca istota/patogen/Harper przestaje działać także na Kirka i La'An. Cud.
Odchodząc od analizy fabuły warto zwrócić uwagę, że ten odcinek to niestety nowy standard przemocy wizualnej w ST. Jeśli ktoś marudził na wiercenie w oku Icheba w serialu Picard to ono było tam po coś i robiło wielką zmianę w postawie Siedem. Tu krwawe odcinanie uszu, paluszków czy wysysanie wnętrzności w próżnię ze zbliżeniami - to niespotykany do tej pory w ST poziom zbędnej przemocy wizualnej. A już sam odcinek pokazał, że można przerazić się i przejąć synem Kirka nigdy go nie widząc.
Strona technobełkotu to już apokalipsa. Obce coś/patogen - przyczyna zdarzeń objawia się czasem jako uwaga: ujemne jony. Nawet słowo anion uznano za zbyt trudne. Pominę rzeczywisty sens tego chemicznego bezsensu.
W turbowindach ery TOS są takie rurki. Trzeba je chwycić i powiedzieć, gdzie winda ma jechać. La'An wydaje polecenia windzie jak w TNG, mając niedotknięte za sobą dwa takie wichajstry. Biorąc pod uwagę, że był odcinek gdzie Una i La'An robiły wyścig w windzie, której polecenie będzie przyjęte i rzucały się na te drążki - to wstyd, że tu tak wyglądała sterowanie w windzie.
Odcinek jako zombie horror o przetrwaniu jakoś się broni. Jako Star Trek nie. Leży i kwiczy od głupoty ten anionowy redcon. Promuje idiotyczne pomysły scenariuszowe niszczące odbiór filmu kinowego z synem Kirka i epizod Spock Amok. Odcinek nie bada tego, co w historii najciekawsze czyli zjawiska/obcego/patogenu personifikującego się tu jako zombie Harper z ostatniej sceny na holowanym okręcie.
Nikt nie szuka zaginionej załogi tego uszkodzonego okrętu, bo uważnie oglądając jest luka między 300 osób załogi a listą ofiar: 13 uduszeń, 8 śmierci od tam kłutych, 237 przesyłów w próżnię. Ale w tym nieTreku nikogo to nie obchodzi.
O ile poprawia się tu nieco Spocka to Kirk (którego aktora lubię) wyszedł na łamagę i przegrywa, a urojona T'Pring to obraza majestatu i niegodna tej postaci popłuczyna nawet jak na Spockowe urojenie. Słaby i kanonicznie szkodliwy odcinek, choć jako zombie horror sprawnie zrobiony.