Bywały chwile, że kochałem ją, nienawidziłem i znowu kochałem w odstępie kilku minut. Czasami, gdy leżę w łóżku na wpół obudzony i myślę o niej, zastanawiam się, czy to właśnie nie było tym, co ciągnęło mnie do niej najbardziej. To uczucie, że bycie z nią jest jak chodzenie po polu najeżonym minami, jak rozbrajanie tykającej bomby, która może wybuchnąć w każdej chwili, bez względu na moje dobre intencje i otaczających nas ludzi. Ale bycie z nią było też jak doświadczenie pierwszego słonecznego dnia. Jak nikt potrafiła dotknąć mnie do samego szpiku. Słowami lub ich brakiem zabijała mnie tysiące razy, a mimo to sprawiała, że czułem się żywy. Żywy i kompletny. Cały. Obecny. Była i nadal jest zupełnie niepodobna do kogokolwiek, lecz właściwie nie potrafię wskazać, na czym polega jej inność. Bo nie chodzi tu tylko o to, że z nią nigdy nic nie było jasne i proste, że przejrzystość zawsze była zmącona, że nigdy nie wiedziała, kiedy się zatrzymać. Teraz wiem, że nigdy tak naprawdę jej nie znałem, choć gdy byliśmy razem, byłem pewny, że znam ją dogłębnie, od zawsze.
- A.J.Gabryel











