W marnej służbie Jej Królewskiej Mości. Akt II, część 4 – Diva
Kamera w bok. W pokoju Enigmy nie dzieje się nic (i nie stanie się nic aż do końca – propsy dla G. Turnaua), ale drzwi obok żyje Diva. I mimo tego, że minął dopiero miesiąc, mam sporo do powiedzenia na jej temat.
Hmmm. Nie dało się jej nie zauważyć od pierwszych sekund w Ashurst. Najbardziej wszechobecna, najbardziej wygadana, ekspansywna, apodyktyczna, starająca się narzucić wszystkim swoją wolę sucz spośród podopiecznych. Jeśli wcześniej pisałem o sawantach, to ona jest im nabliższa. Śpiewa – całkiem nieźle. Ma na koncie pierwszą nagrodę w brytyjskiej edycji „Mam talent” w wersji dla niepełnosprawnych (nie czepiajcie się słów, proszę, mogę to nazwać sprawnymi inaczej, odrębnymi , innymi, w każdym razie sens jest w tym, że to ludzie z niestandardowym mózgiem – i ja bym bardzo chciał, żeby kiedyś Dżumhurijja Bolandijja dorosła do poziomu robienia programów, które pokazują, że tacy ludzie też mają talent).
OK, nie o tym teraz mowa. Kiedy rozmawiasz z Divą, bardzo łatwo jest się pomylić i zastanowić „co ona tu robi?”. Mówi dużo, myśli logicznie, używa argumentów i kontrargumentów. Może nie wie wszystkiego i ma braki w edukacji, ale kto ich nie ma... Wygląda normalnie. Ale tak naprawdę jesteś non stop o krok od piekła, które czeka, żeby wydostać się na powierzchnię. Użyj niewłaściwego słowa i w ciągu sekundy, bez ostrzeżenia, rozmowa przerodzi się w wybuch histerii. To też autyzm – tylko w mniej znanej formie. Jakie są „niewłaściwe” słowa? Zdziwisz się. U Divy to może być „nie”, „poczekaj” albo dowolna wzmianka o Enigmie. Bez sensu i logiki, ale nie przychodzi się do pracy z ludźmi z autyzmem, żeby tego od nich żądać.
Przykładowa sytuacja: przyjechali do nas ludzie z centrali, żeby obejrzeć stan techniczny chałupy. Cieknące krany, nieszczelne okna, takie tam. Ja akurat siedzę z Divą i wychodzę ze skóry, żeby „nawiązać więzi” z nią i jej umysłem, bo jak sama wielokrotnie dała mi do zrozumienia, nie współpracuje z byle kim. Jak na osobę z autyzmem, maniery ma iście lordowskie (do czasu). Na szczęście okazało się, że jako osoba po trzydziestce mam niejakie pojęcie o muzyce, która ją kręci (aktualnie lata 90. i wcześniej), i potrafię zidentyfikować sporo utworów po urywkach tekstu, które mi śpiewa – więc jest nić porozumienia. Zarobiłem na respekt, zaznajamiając ją ze Status Quo.
Diva robi porządek w pokoju, ja stoję na korytarzu. Wchodzą techniczni.
- Hej, możemy wejść do pokoju Enigmy?
-OK, ale chyba śpi, poczekajcie.
Kątem oka widzę furię w oczach Divy. I po chwili następuje wybuch.
-NIE ŻYCZĘ SOBIE, ŻEBYŚ TAK PRZY MNIE MÓWIŁ!!!
- A ja nie życzę sobie, żebyś tak reagowała. Poza tym, o co ci tym razem chodzi?
-NIE MUSZĘ WIEDZIEĆ, CO ROBI ENIGMA!!!
- Ja nie mówiłem do ciebie, tylko do tych panów.
-ALE JA TU JESTEM I MASZ MNIE RESPEKTOWAĆ!!!
- Której części poprzedniego zdania nie rozumiesz? Ci ludzie przyjechali z centrali i oglądają dom, żeby stwierdzić, co jest do naprawy. Zdaje się, że mówiłaś mi parę minut temu, że chcesz mieć pokój pomalowany na brzoskwiniowo. Idź i powiedz im to, masz właściwych ludzi na właściwym miejscu.
-MASZ MI NIE MÓWIĆ O ENIGMIE!!!
-Nie usłyszałem jednego słowa...
-...proszę.
-Tak lepiej.
W całą tę wymianę zdań wtrącili się starsi opiekunowie, którzy przypomnieli Divie nie po raz pierwszy, że jestem tu nowy i nie wiem jeszcze wszystkiego, łącznie z (długą) listą Słów, których się przy Niej Nie Mówi. Poza tym, jej gwiazdorzenie wcale jej nie pomaga.
Druga gówniana bomba wybuchła przedwczoraj, kiedy Diva, w ramach nagrody za dobre zachowanie, miała swoją sesję iTunes. Nie będę tu już znowu wywlekał wszystkiego, co mam przeciwko firmie Apple, i absolutnie totalitarnemu podejściu do używania jej produktów, które sobą reprezentuje – ale w tym konkretnym wypadku tragedia, do której doszło, nie jest wyłącznie winą używania tej czy innej konkretnej marki sprzętu, co raczej ogólnemu niedojebaniu działu IT naszej korporacji, który primo: mieści się w RPA, bo outsourcing, cięcie kosztów i tak dalej; secundo: składa się z ludzi, którzy najwyraźniej zawalili semestr na studiach informatyki, bo rzecz tak prosta, jak ustawienie konta iTunes przekracza ich możliwości i tertio: ludzie z RPA ustawiają konto iTunes dla kogoś w UK? Po co? Jaki sens? Nigga please? Ustalenie konkretów w takim przypadku zabiera wieczność, i nie, naprawdę nie ogarniam korpo-myślenia.
Tak czy siak, Diva miała swoją sesję iTunes, która w założeniu miała się sprowadzić do:
-zakupienia utworów, które chce
-przekopiowaniu ich na stacjonarkę
-zgraniu ze stacjonarki na iPoda
Szanowna załogo, co może się spierdolić?
Odpowiedź: wszystko. Utwory sobie kupiła. Pierwszy element odhaczony. Niestety, po drodze okazało się, że zakupiona muzyka nie mieści się na jej iPoda. Pierwszy atak histerii – odhaczony. (Nawiasem mówiąc, większość staffu zna się na komputerach jak ja na neurochirurgii, więc... ok, o tym za chwilę).
Oszczędzę Wam wszystkich dialogów, które przebyłem z Divą. Jej sesja iTunes miała trwać godznę – trwała siedem i skończyła się tragedią, o której też zaraz. W każdym razie... nie zliczę, ile razy byłem odsyłany od komputera i kazano mi przyprowadzić kogoś, kto zna ją dłużej. Jako że pracuję z nią krótko, najwyraźniej nie znam się na komputerach i nie wiem, czego ona chce. Widzicie logikę? Ja też nie, ale zaczynam.
W końcu zgraliśmy prawie wszystko, poprosiła mnie o jeszcze jeden utwór ponad te, które ściągnęła i... Uuups. O kurwa.
Plik nie może być znaleziony na dysku. Histeria, część druga. Nie umiem obsługiwać komputera, nie znam jej, znajdź mi kogoś kto pracuje z nią dłużej. Naprawdę, ta zależność jest dla mnie niespotykana. Histeria potrwała tak długo, że musiała się skończyć zaaplikowaniem środków uspokajających. Wszystko z powodu jednego – 1 – utworu, który poszedł won.
A to był początek. Kiedy Diva łykała prochy, zajrzałem na dysk. I zobaczyłem, że połowa jej biblioteki utworów poszła w pizdu. Jakieś 3 gigabajty. Ktokolwiek, jakkolwiek to zrobił – nie wiadomo. Aplikacja iTunes pokazuje nadal stan sprzed 2 lat, a twarda rzeczywistość dysku C mówi co innego. Pokazuję to Colinowi. Oczy mu się rozszerzyły i powiedział „przejebane”.
I było przejebane. Gdybym miał opisać całość tego wieczora, doszedłbym do objętości „Ogniem i mieczem”. Ćwiczenie umysłowe dla Was, czytelnicy: spróbujcie najpierw wyjaśnić osobie z zaawansowanym autyzmem różnicę między tym, co pokazuje aplikacja (która ma problemy z bazą danych i którą zewnętrzna firma informatyczna spierdoliła tak, że zdrowy człowiek nie ogarnia od razu) a tym, co jest naprawdę na twardym dysku. I nikt nie wie, dlaczego. Potem spróbujcie wyjaśnić, że nie, nie dostanie swoich ulubionych utworów. To znaczy, może mieć część, ale nie wszystkie. Czyli i tak nie ma jebanego cukierka. Na który, bądźmy obiektywni, zasłużyła, bo sprawowała się dobrze ostatnimi czasy.
Zobaczyłem dużo. Tak naprawdę nie zamierzam tego wszystkiego opisywać. Najciekawsze dla mnie jest to, że widziałem, jak płynnie można przejść od radości do czystej agresji. Na przekór temu, co podpowiada zdrowy rozsądek. Daje do myślenia, szczególnie w kwestii tego, czym są uczucia.
Jakieś półtorej godziny po całej tej chryi, gdzie Diva najpierw latała po ścianach i atakowała wszystko i wszystkich, a potem płakała w kącie, rozpłaszczona jak mokra szmata, pozbierała się całkiem nieźle i poszła zjeść kolację. Akurat zmywałem. I wywiązała się między nami długa rozmowa a propos jej odruchów, uczuć i nie panowania nad sobą.
Diva jest wbrew pozorom bardzo ogarnięta, wie na swój temat więcej niż ktokolwiek inny. Wie sporo o własnej terapii, wie o własnych ograniczeniach. Niestety, jej własny poziom abstrakcji nie zawsze za tym nadąża (powiedzmy, że psychologicznie jest 12-latką zamkniętą w ciele dorosłej kobiety). Jeśli ma kiedykolwiek wyjść do normalnego życia – a jest pierwszą kandydatką – to widzę tyleż za, co i przeciw. Niestety, jak na razie, wielkich szans nie ma. Będę o niej pisał jeszcze potem, bo całości nie wyczerpałem.














