Budzik zadzwonił o 7:50, wczesna pobudka jak na moje standardy. O 9 rano musiałem być gotowy na czekającego kierowcę. Prawie pół godziny i dwie kontrole policyjne później wylądowałem u stóp Phnom Bakheng, położona na wzgórzu świątynia wyrasta ponad drzewostan dżungli i z jej górnego tarasu można podziwiać widoki na Angkor Wat i Siem Reap. Wejście nie było szczególnie trudne, jako że podąża się ścieżką dla słoni, skoro one wejdą to i człowiek da radę. Bakheng była główną królewską świątynia od połowy XI w. i poświęcona była hinduskiemu bogu Sziwie. Spędziłem tam dłuższą chwile rozkoszując się widokami na dalekie równiny i majaczące na horyzoncie wzgórza. Następnie udaliśmy się do Angkor Thom, czyli do Miasta Angkor. Zostawiłem kierowcę przy największej świątyni Bayon i ruszyłem zwiedzać najpierw Bayon a później resztę miasta, a raczej tego co z niego zostało. Bayon zostało zbudowane przełomie XII i XIII w. od początku jako świątynia buddyjska i została zbudowana z ogromnym rozmachem, bardzo bogato zdobiona ogromnymi podobiznami buddy i robiąca wrażenie zarówno z zewnątrz jak i od środka kiedy chodzi się po wąskich korytarzach i wyższych tarasach. W drodze do kolejnego zabytku okazało się niestety, że bateria w moim aparacie wyczerpała się. Czyżbym aż tyle fotek natrzaskał? Stwierdziłem, że nie będę zwiedzał bez robienia fotek, bo jakże to, w końcu fotografowanie to moje ulubione zajęcie. Trochę zły na siebie, że nie spakowałem zapasowej baterii, chociaż byłem przekonany że ją miałem ze sobą, znalazłem mojego kierowcę i tu czekała mnie niespodzianka. Mój kierowca oświadczył mi, że będę musiał zapłacić mu więcej za zawiezienie mnie do hostelu i z powrotem do Angkor Thom. Muszę przyznać, że ciśnienie mi skoczyło momentalnie i delikatnie rzecz ujmując powiedziałem mu co o tym sadzę i że wynająłem go na cały dzień nie tylko po to żeby mógł spać kiedy ja zwiedzam. Zrobiło się niemiło i zagroziłem mu że nie pójdę znaleźć kogoś innego jak będzie podskakiwał. Nie dość że byłem zły na siebie, bo będę tracił czas to jeszcze teraz to. Porządnie już wkurzony zawieziony zostałem do hostelu, a tu nowa niespodzianka! Za nic nie mogę znaleźć zapasowej baterii chociaż jeszcze dwa dni temu ją ładowałem. Nie będę wytykał palcem ani sugerował co się mogło stać, ale jestem pewien że nie zgubiłem jej, bo w poniedziałek się ładowała, kiedy ja zwiedzałem Angkor Wat a we wtorek spędziłem dzień praktycznie w hostelu i na mieście bez aparatu. Po pół godzinie przetrzepywania wszystkich bagaży dałem za wygraną i kazałem kierowcy zawieźć się do miasta gdzie liczyłem, że może uda się kupić tanią baterię zastępczą. Swoją kupiłem za raptem 7 funtów, niestety tu za tą samą chcieli 30 dolarów, zdziercy! Już porządnie zły zapłaciłem kierowcy i rzuciwszy w jego kierunku "you're not needed anymore" poszedłem na zakupy. Wróciłem do hostelu zanurzyłem się w basenie na chwilę żeby się odstresować i poszedłem na piwo na Pub Street! Pomogło po kilku piwach stres już przeszedł, w końcu to wakacje.