Ignac z siodła wysadzony
Przez wiele lat sądziłam, że Borejkowie mają być typowymi inteligentami i dziwiła mnie nieco zmiana w ich przedstawieniu w ostatnich powieściach Jeżycjady. Ostatnio coś mi kliknęło i zrozumiałam, skąd to się bierze — że to było tam od początku. I wszystko nabrało sensu.
Inteligencja to nieco ulotna grupa skupiona na wykształceniu i wartościach: lekarze, prawnicy, pracownicy naukowi, często zaangażowani w działalność charytatywną, religijną, patriotyczną. Przez dziesięciolecia nie byli wielką elitą, bo najpierw mieli nad sobą szlachtę, która nawet trochę zubożała mogła błyszczeć swoim pochodzeniem, a potem byli ograniczeni wymuszoną komunistyczną równością. W wolnej Polsce spora część takich inteligentów nabrała wiatru w żagle i wybiła się zarówno finansowo, jak i prestiżowo. W zapomnienie poszła postać lekarza niosącego pomoc i kaganek oświaty prostym mieszkańcom wsi mimo braku profitów i wygody; taki lekarz w wolnej Polsce zaczął kupować auto z salonu, budować willę, jeździć na zagraniczne wakacje i dorabiać w Luxmedzie, co brzmi znacznie mniej nobliwie, nawet jeśli wspierał z przekonaniem dzieła charytatywne.
Inteligencja, w związku ze swoją ulotnością, nie była bądź nie jest (czy inteligencja jako taka jeszcze istnieje?) grupą jednorodną. Byli tam zawsze ludzie, dla których wykształcenie było przede wszystkim drogą do lepszego, wygodniejszego życia — ot, taka bardziej klasyczna klasa średnia, co nie znaczy, że niezwracająca uwagi na wartości. Byli tam też ludzie, których sensem życia była praca organiczna, użyteczność własna, do czego wykształcenie było bardziej narzędziem — których pewnie najbardziej kojarzymy z etosem inteligenckim, z działaczami społecznymi, z tym lekarzem na wsi, z nauczycielką-siłaczką. Ośmielę się przypuścić, że była to w istocie podgrupa najmniejsza. Była też jeszcze jedna podgrupa — szlachty wysadzonej z siodła, szukającej sobie miejsca w nowym świecie, gdzie ziemskich majątków już nie ma, a pochodzenie i herb nie grają większej roli. Spora część wpadała do pierwszych dwóch podgrup, ale nie Borejkowie.
Czy zamiłowanie Ignacego Borejki do filologii klasycznej to wzniosłe zainteresowanie inteligenta? Jeśli tak, to dlaczego tak gładko przeszło w pater familias i czarną polewkę? Dlaczego jeszcze w tym wszystkim Mickiewicz jest aż tak ważny? Bo w istocie Ignacy nie jest wzorem inteligenta bujającego w obłokach, ale dziedzica szlachty wysadzonej z siodła. Nie ma już wielkiego rodu Borejków, nie ma dworku; jest Ignacy i Roosevelta 5. Borejkowie są jak polscy czy włoscy Amerykanie, którzy kultywują zwyczaje swoich przodków, które jednak w oderwaniu od ojczyzny stają się jakąś karykaturą czy potworniakiem* dawnej kultury, z Busią, goblakami, pulpetami w spaghetti i "W imię Ojca" funkcjonującym bardziej jak jakieś magiczne błogosławieństwo niż najzwyczajniejszy element religii znany właściwie w każdym języku, a jednocześnie wierzą, że są lepsi i czystsi kulturowo niż ci, którzy dostosowali się do zmieniających się okoliczności.
*Gwoli wyjaśnienia: nie mam nic do polskich czy włoskich Amerykanów, a już na pewno nic do pulpetów w spaghetti; chodzi mi tylko o pewne zjawisko i rzadziej występujące specyficzne nastawienie.
Borejkowie nie rzucają cytatami klasycznymi (i Mickiewiczem) i nie mieszkają na kupie, bo są takimi klasycznie wykształconymi inteligentami, dla których wielką wartością jest rodzina. Ich cytaty to ich Busia i pulpety w spaghetti — nowy kod kulturowy, który ma być wyrazem kultury ich przodków. Łacina łączy ich z Sarmatami, z ich znajomością łaciny, odniesieniami do mitów greckich i rzymskich, mitycznym starożytnym pochodzeniem. W czasach dawnej szlachty łacina jednak miała zupełnie inną pozycję jako język, do pewnego stopnia lingua franca i używana regularnie w kościołach, natomiast w czasach Borejków jest już tylko pokryta pokładami (miłego) kurzu. Stąd też Mickiewicz i polonistyka — też łączą ich z kulturą przodków.
Rude włosy i wysokie czoło Ignacego to nie tylko jego cechy fizyczne; to wyraz jego szlachetnego pochodzenia, rzadkiego, wybitnego, które przekazuje w darze swoim dzieciom; bo to nie ich wykształcenie i wartości są miarą ich człowieczeństwa, ale pochodzenie również (czy może przede wszystkim). Borejkowie mieszkają wszyscy razem w małym mieszkaniu jak niegdyś ich przodkowie we dworku, jak Benedykt Korczyński z siostrą Martą i Orzelskimi — ale jest to również zwyczaj, który został przez Borejków przeniesiony z przeszłości bez żadnego względu na okoliczności; rodzina ma się trzymać blisko, mimo że już nie ma przestrzeni i bogactwa. Posiadłość Pulpecji to ojczyzna odzyskana, ojczyzna — czyli dwór, wiejski oczywiście, bo Borejkowie nigdy prawdziwie nie odnaleźli się na miejskim wygnaniu.
Rudy Józinek to dziedzic z przyszłym wąsem i byłą szabelką. Gizela to prosta chłopka i robotnica, mamka i niańka, która wychowała panienkę Melanię, która nie utrzymuje z nią potem bliskich kontaktów z uwagi na swą pozycję jako żona szlachetnego Borejki; Mila też nie szuka swoich rodziców, bo to, co znajdzie, może jej przynieść tylko rozczarowanie, bo nie będą tak szlachetni, jak powinni. Róża, bez wyższego wykształcenia, matka dzieciom, przypomina Helenę Kurcewiczównę według Fryderyka, bo jest szlachetną panną na wydaniu i nie musi być ambitna ani wykształcona. Natalia bierze nawet ślub w kontusiku; jej luby, choć pochodzenie ma słabe, jest jednak rudy i ma wąsy prawdziwego mężczyzny. Kreska, dzięki szlachetnemu pokrewieństwu z Dmuchawcem, wybiera Kmicica lat 80. niczym nowa Oleńka, odtrącając prostego Lelujkę. Naszpan polonista to Mickiewiczowski syn posiadacza ziemskiego.
Borejkowie nigdy, od samego początku, nie utrzymywali z nikim bliskich przyjaźni. Inni pracownicy naukowi byli zbyt ambitni, inżynierowie zbyt praktyczni. O jakiejkolwiek działalności społecznej nie słyszymy, poza Eksperymentalnym Sygnałem Dobra i krótko wspomnianym epizodem antykomunistycznej działalności Ignacego, o czym trudno nawet powiedzieć coś konkretnego. Borejkowie siedzą w swojej bańce, kultywując swoje karykaturalne zwyczaje szlachetnych przodków, próbując zakładać kostium inteligenta, który jednak nie bardzo pasuje, bo jest miejscami zbyt duży swoimi wymaganiami i zbyt mały na ich wielkie ego. Józek, brat Ignacego, idzie z nurtem czasu i staje się zwyczajny, boleśnie zwyczajny i nijaki, niegodny miana Borejki, ot, zwykły mieszczuch. W czasach PRL jeszcze w miarę łatwo było Borejkom bratać się z inteligencją, ale gdy nastała wolna Polska, a inteligencja skorzystała z okazji i rozpłynęła się w klasie średniej, Borejkowie zostali znów z tyłu, tuląc do siebie ten niepasujący kostium inteligenta, a jednocześnie korzystając z obrotności nieszlachetnych, prostych członków rodziny, głównie Floriana i Patrycji. Im dalej czas płynie — coraz bardziej z tyłu, coraz bardziej nieprzystający do otaczającego ich świata, a jednocześnie coraz bardziej butni i pewni siebie, wracając do nowego dworku, tak bardzo im się wszak należącego niczym ich własna ojczyzna; reszty ojczyzny nie potrzebują.














