Najgorsza jazda w życiu...
Hejka misiaki...
Aua... A zgadnijcie co tak boli? Tak! Brawo! To moje połamane palce u ręki... Beznadzieja. A teraz wam opowiem jak to było...
No więc jak zwykle w niedzielę pojechałam moim autobusem do stajni na trening. Już i tak źle się zaczęło bo Fire Star (moja klacz, jakby ktoś nie czytał wcześniejszych postów) nadepnęła mi na palca i zdjęła pół paznokcia. Bardzo mnie bolało ale i tak wsiadłam na konia, bo miałam umówiony teren z Klaudią. Pojechałyśmy do lasu i zaczęło lać. Totalna porażka bo byłyśmy jakieś 5 kilometrów od stajni, a było potwornie ślisko. Zaczęłyśmy więc wracać s t ę p e m do stajni przez tą burzę która się rozpętała. A zapowiadali tylko pochmurnie... Meh... Nagle piorun walnął tuż koło nas. Angelo (koń Klaudi) się spłoszył, ale tylko podskoczył z lekka. Za to Fire Star poniosła mnie tak, że nie byłam w stanie jej zatrzymać. Kiedy w końcu się zatrzymała, zrobiła to w stylu Westernowym no i wyleciałam z siodła prosto do rowu. Tak właśnie złamałam na szczęście tylko palce.
Tą jazdę uznaje za totalnie NAJGORSZĄ jazdę w życiu. No nic. to chyba na tyle. Do zobaczenia konne misiaki!
(z góry przepraszam że wczoraj i przedwczoraj nie wrzuciłam, ale najpierw byłam w szpitalu, a nazajutrz strasznie mnie bolało)












