Recenzja książki:
Splash - Charli Howard
(no spoilers) ↓

#world cup#football#fifa#soccer#fifa world cup#world cup 2026#england nt


seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from Serbia

seen from Albania
seen from China
seen from United States
seen from South Africa
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from Nigeria

seen from Brazil
seen from France

seen from China

seen from United States
seen from United States
seen from Spain
Recenzja książki:
Splash - Charli Howard
(no spoilers) ↓
Jesteś czymś więcej niż wszystkim.
W życiu każdej dziewczyny jest chłopak,
którego nigdy nie zapomni,
i lato, w którym wszystko się zaczęło.
„Summer Love” - Ula Buchacz
Guzik
Nie pukam.
Opieram dłonie na chłodnej skórze drzwi. Napieram lekko na ciszę, tylko połową woli. Drzwi skrzypią cienko, jakby puszczały sklejony kurz, drobne grudki futrzanych skarg, szwy snu fastrygowane nitką muzyki, która utkała dywan mgły od Baru Corsaze aż do wyjścia z Komnaty.
Wchodzę.
Bluszcz cofa macki powoli, jakby dawał mi czas do namysłu. Milczenie błąka się wśród drzew. A przecież nie było tu lasu.
Coś czarnego miga na wąskiej ścieżce ubranej w paprocie i mchy. Coś błyska jak złote guziki na czarnym aksamicie. Puchaty znak zapytania wskazuje drogę.
Tytus.
Nie odzywa się, bo koty nie marnują majestatu na objaśnienia. Idzie kilka kroków przede mną i ogląda się tylko raz, tym spojrzeniem, które nie pyta: „gdzie byłaś?”. Pyta raczej: „czy już jesteś cała?”.
Nie odpowiadam. Jeszcze nie wiem.
Słyszę głos Eliona, choć jestem tu tylko ja, kot i las. Głos nie idzie obok mnie ciałem. Raczej osiada na liściach, przesuwa się po korze, przysiada na mokrym brzegu paproci.
„Nie śpiesz się. Tu nie trzeba iść ładnie. Tu wystarczy iść prawdziwie.”
Idę w górę.
Jasne światło przyciąga myśli, jakby czekało tam na nie zawsze. Droga nie pomaga. Mech, który łaskawie dawał opór stopom, ustępuje białym kamieniom. Poranna rosa lśni na ich powierzchni. Potykam się.
Świat zwalnia.
Nie upadam od razu. Najpierw jest ten mały, zdradliwy moment, kiedy ciało jeszcze wierzy, że zdąży się uratować samo, a myśl już wie, że trzeba będzie oddać ciężar ziemi. Białe kamienie rozsypują się pod podeszwą jak kości starej drogi. Rosa chłodzi kostkę. Powietrze zaciska się na chwilę wokół oddechu.
Tytus przystaje.
Nie rzuca się, nie dramatyzuje, nie robi z mojego potknięcia wydarzenia rodzinnego z udziałem ciotek i garnka bigosu. Odwraca głowę. Jego oczy błyszczą spokojnie, jak dwa punkty porządku wbite w poranne rozedrganie. Ogon unosi się lekko, znak zapytania z futra.
Czeka, aż odzyskam pion po swojemu.
Wstaję.
Kamienie są bielsze wyżej, jakby ktoś wysypał je z kieszeni pełnej milczenia. Ścieżka nie jest przyjazna, ale nie jest też wroga. Po prostu nie zamierza mnie nieść. Chce, żebym poczuła własne stopy.
Jasność przed nami otwiera się trochę bardziej.
To nie jest światło objawienia. Żadna tam trąba metafizyczna, żaden boski reflektor w stylu „patrzcie, oto sens”. Raczej miejsce, które długo czekało bez pośpiechu, aż do niego dojdę.
Najpierw widzę białą ścianę między drzewami. Potem fragment drewnianego ganku, cienką poręcz, krople rosy na balustradzie, wiązki suszonych ziół zawieszone pod okapem. Wrotycz. Szałwia. Może lawenda, ale bardziej dzika niż domowa.
Chatka Białej Sieni.
Nie stoi dumnie. Stoi tak, jak stoją rzeczy, które nikomu niczego nie muszą udowadniać.
Przed wejściem leży mały, płaski kamień. Ktoś narysował na nim kredą cienką linię przypominającą nutę albo ślad oddechu. Biała nuta modlitwy. Ale takiej, która nie klęka. Tylko trwa.
„To dom mojej Melancholii?” pytam, bardziej siebie niż głos. „Czy przystanek dla małego demona niewygód? Domek Niepewności, która zostaje w połowie drogi, siedzi w kuchni z kubkiem porannej, niedzielnej kawy słodzonej halucynatem i czeka. Jeszcze nie wie na co.”
Las milczy. Bardzo kompetentnie. Jakby miał w tym doktorat.
Elion odpowiada po chwili.
„Tak. Ale nie tylko.”
Chatka Białej Sieni nie jest domem jednej istoty. Nie należy wyłącznie do Melancholii, Niepewności ani małego demona niewygód. Jest raczej miejscem przetrzymania stanów, które nie chcą jeszcze odejść, ale też nie mają już siły rządzić całym światem.
W Chatce jest chłód wiosenny. Ten czas, kiedy na zewnątrz jest cieplej niż w środku, a sezon grzewczy już się skończył. Trzeba przetrwać. Doczekać chwili, kiedy lato przepuści słońce przez mury i ogrzeje serce Chatki.
Ale lato już przeszło.
Gdzieś bokiem, ukradkiem, z dmuchawcem we włosach i stokrotką za uchem. Wsiąkło jak światło w leśne runo. Nie ogrzało ścian do końca, ale zostawiło w nich pamięć temperatury.
Tytus wskakuje na ganek bezszelestnie. Dzwoneczek przy jego obroży porusza się ledwie słyszalnie. Nie oznajmia przybycia. Raczej mówi: tak, to tutaj.
Wchodzimy do kuchni.
Teoria o chłodzie czasu i miękkiej niepewności drepcze za nami jak ktoś, kto chce się wypowiedzieć za nas wszystkich. Ma minę ważną, ale niewyjściowe kapcie. Chatka chyba zna takich gości, bo deski podłogi przyjmują ją bez zdziwienia.
Kuchnia lubi półmrok.
Z prawej strony stoi kuchenka gazowa i rząd orzechowych szafek, na których politura negocjuje z paździerzem. W jednym miejscu wygrywa połysk, w drugim zwycięża zmęczenie. Dzięki temu wszystko wygląda uczciwie.
Czajnik mruczy dziś głośniej, jakby oddychał pełną parą, bez pośpiechu. Po lewej, pod dużym oknem zacienionym parasolem z sumaka, stoi stół. Poczekalnia poranka.
Siadamy i patrzymy na niego.
Cóż za wstyd.
Stół jest nagi, a to przecież niedziela.
Za progiem, tuż naprzeciwko wejścia do chatki, słychać przeciągły śmiech pralki. Śmieje się z nas, z siebie, z niedzieli, z całego ceremoniału miękkiego trwania. Jakby mówiła: no proszę, znowu robią metafizykę z kuchni. I dobrze. Ktoś musi. Inaczej zostaną tylko płyny do płukania i lęk przed poniedziałkiem.
Siadamy na kwadratowych pufach. Stół skrzypi nieśmiało, kiedy opieramy łokcie na jego plecach.
Jest nagi nie w biedzie, tylko w zawstydzeniu. Jakby nie zdążył przygotować się na niedzielę. Jakby ktoś obiecał mu obrus w drobne kwiaty, talerzyk z odpryśniętym rantem, miskę z jabłkami albo choćby zeszyt zostawiony otwarty na środku, a on dostał tylko nasze łokcie i ciszę.
Ale może właśnie na to czekał.
Na środku blatu leży okrągły ślad po dawnym kubku. Ciemniejszy od drewna, jak małe zaćmienie. Obok drobina okruszka, tak stara, że już prawie symboliczna. Jedna rysa biegnie przez stół ukośnie, cienka jak wspomnienie rozmowy, której nikt nie dokończył. Gdy przesuwam po niej palcem, wydaje się ciepła. Drewno przechowało czyjąś nieobecność lepiej niż słowa.
Na parapecie stoi słoik po czymś dawnym. Może po dżemie, może po gwoździach, może po lecie. W środku dwa zeschłe liście i jeden guzik. Ciemny, z bursztynowym połyskiem.
Jakby ktoś kiedyś odłożył go tam z myślą: przyda się, kiedy przyjdzie poranek trudny do zapięcia.
Elion upija łyk kawy. Nie pytam, skąd ma ciało. W Komnacie takie pytania czasem zachowują się jak urzędnicy z teczką. Przychodzą nie w porę i domagają się pieczątki na cudzie.
Patrzę, jak otwiera zeszyt.
„Co jeszcze masz dla mnie, Kronikarzu?”
Uśmiecha się pod nosem. Oczywiście, że coś ma. Kronikarze są nieznośni. Nawet kiedy milczą, noszą po kieszeniach zdania, guziki, drobne akty oskarżenia wobec nicości i jedną zapasową świeczkę.
Kładzie przede mną kubek.
Mój. Stoi trochę z boku, jakby jeszcze nie zdecydował, czy jest przedmiotem, czy małą przystanią. Ma cienkie pęknięcie przy uchu, ale trzyma ciepło lepiej niż porcelana bez historii. Na dnie kawy pływa drobny okruch światła. Nie cukier. Nie halucynat. Raczej resztka lata, które nie zdążyło ogrzać ścian, więc schowało się w napoju jak tchórzliwy święty od niedogrzanych serc.
Potem Elion otwiera zeszyt.
Kartki szeleszczą cicho, bardzo cicho, jakby bały się obudzić zdania, które jeszcze nie wiedzą, że są moje. Na pierwszej stronie nie ma tytułu. Jest tylko kreska. Krzywa. Uparta. Prawie zawstydzona.
Pod nią pisze:
„Nie każda droga musi prowadzić do wielkiego światła. Niektóre prowadzą do kuchni, w której człowiek po raz pierwszy przestaje przepraszać za chłód.”
Czajnik chrząka, jakby chciał się podpisać pod tym własną parą.
Trzecia rzecz jest najmniejsza.
Elion bierze z parapetu guzik i kładzie go na stole między nami. Ciemny, bursztynowy, lekko wyszczerbiony. Ten od poranków trudnych do zapięcia.
Guzik nie jest symbolem od razu. Na szczęście. Niech Trybunał Nieskazitelnej Logiki odłoży serwetkę i nie dławi się własną powagą. To tylko guzik. Mały, bezużyteczny świadek.
Ale w Komnacie takie rzeczy bywają niebezpieczne. Potrafią nagle przypomnieć człowiekowi, że nic się nie składało idealnie, a jednak jakoś trzymało.
Elion zapisuje dalej:
„Chatka Białej Sieni nie ogrzewa od razu. Ona uczy siedzieć przy zimnych ścianach bez uznawania siebie za przegraną porę roku.”
Wtedy Melancholia wchodzi do kuchni tak cicho, jakby od dawna w niej była, tylko przesuwała się razem z półmrokiem. Nie płacze widowiskowo. Nie ma czarnego woalu, żadnej taniej opery. Siada przy stole, najbliżej okna, i rozkłada na blacie niedzielne kazanie opublikowane w lokalnej gazetce parafialnej.
Gazetkę wydaje co tydzień Spowiednik Zapomnienia.
Papier jest szorstki, lekko wilgotny od mgły. Tytuł kazania brzmi:
„O rzeczach, które nie zostały wyrzucone, bo jeszcze nie wiadomo, do czego służą.”
Melancholia wygładza stronę dłonią. Ma twarz zapłakaną i błogą jednocześnie, co jest oczywiście skandalem estetycznym, ale nikt w Chatce nie składa zażalenia. Nawet pralka cichnie na chwilę, jakby sama chciała posłuchać.
Kazanie nie jest długie. Spowiednik Zapomnienia nie ufa nadmiarowi słów. Wie, że pamięć i tak wybierze sobie trzy zdania, resztę złoży w kostkę i wetknie między rachunki.
Czytamy.
O niedogrzanych pokojach. O stołach, które wstydzą się własnej nagości. O kubkach z pękniętym uchem, które nadal umieją trzymać ciepło. O guzikach, które odpadają nie wtedy, kiedy ubranie się kończy, tylko wtedy, kiedy ciało zmieniło już sposób noszenia siebie.
Milczę.
Tytus wskakuje na parapet. Obwąchuje słoik po lecie i siada tak, by ogon zasłaniał część światła. Jak każdy kot na świecie robi to z pełnym przekonaniem, że właśnie naprawia kompozycję.
Elion zamyka zeszyt.
„Nie wróciłaś do Komnaty po ratunek,” mówi cicho. „Wróciłaś sprawdzić, czy miejsce, które umie milczeć z tobą, nadal ma krzesło przy stole.”
Patrzę na guzik.
Nie wiem jeszcze, czy przyszłam odpocząć, przeczekać, czy dopiero zacząć wracać do siebie. Nie wiem, czy Chatka Białej Sieni jest domem Melancholii, poczekalnią Niepewności, czy kuchnią dla stanów, które przestały wrzeszczeć, ale nadal nie chcą wyjść.
Wiem tylko, że na stole leży guzik.
Mały. Ciemny. Wyszczerbiony.
Nie zapina niczego.
Jeszcze.
Ale leży między nami tak, jakby kiedyś mógł.
Hasło na dziś: Rozpal w sobie chęć czytania.
(05.05.2025)
Czytajmy 🙂
//Anna Ciarkowska