"Próbujesz mnie przestraszyć?" II Dobrej zabawy!
“Oj tam, oj tam…” mruknął pod nosem i uśmiechnął się słabo do znajomego. “Nic nie próbuję, ja po prostu jestem straszny.” spojrzał czarnymi źrenicami na drugiego i pokiwał głową. “Nic na to nie poradzę.”Widok śmierci, krwi, wnętrzności. Nic na niego już nie działało. Seryjni mordercy i ich sposoby zabijania, gwałciciele, pedofile, ciała zmasakrowane, pobite, uduszone, zmiażdżone… lista jest długa, ale Kostucha zawsze ma na te widoki jeden wyraz twarzy, jedno spojrzenie. To tylko ciała. Chociaż wie, ile to było bólu. Jednak śmierć w końcu przychodziła i dawała ukojenie, była niemal błogosławieństwem dla większości przypadków, modlących się w ostatniej chwili o nią. I tego nie raz był świadkiem. Potem spotykał ich dusze i od razu wiedział kto zasłużył na taki koniec, a kto miał duszę anioła i został oszukany przez niebiosa. Kilka razy złamał zasadę, rozmawiał z nimi przed śmiercią, nie raz zdecydował się pomóc, za co płacił słoną karę, musząc przyjąć na siebie ból, jaki odebrał danej ofierze. Najczęściej jednak pomagał stworzeniom nieludzkim, to kruszyło jego serce, które miał dzięki ludzkiemu ciału. Widzieć ból stworzenia, któremu nikt nie pomoże. Nawet weterynarze nie byli na tyle wykształceni, na ile powinni w tych czasach. Leczyli tylko podstawowe choroby, które mogli porównać z ludzkimi. Jakby zapominali o zwierzęcych cechach, ich umiejętnościach szybkiej regeneracji i przede wszystkim tego jak niewiele trzeba było, aby wyzdrowiały. Oddawał im życie, ale czasami zabierał je do siebie, leczył ciepłem, jedzeniem i odpoczynkiem. Zawsze wiedział co było przyczyną zbliżającej się śmierci.To wszystko było jednak częścią jego bytu. Nie było to nazbyt dobre, czy niesamowite dla Kostuchy. Żył tyle wieków, że mała pomoc zwierzętom była niemal dla niego hobby i kara też nie była zbyt duża. Wiedział, że nie uratuje wszystkich zwierząt świata, czy wszystkim umierającym ludziom, tym bardziej nie odczuwał żadnego zwątpienia w przynoszenie pomocy. W końcu samemu wierząc, że to dla niego tylko rozrywka.
Tego dnia usłyszał dzwonki dosyć wcześnie. Czwarta rano. Szybko ubrał czarny dres. Uśmiechał się na jego widok, zamówił go przez Internet, na stronie sklepu, który wykorzystywał gotyckie krzyże jako logo. Ozdabiały one kaptur, ramiona, biodro i pierś na wysokości serca. Uwielbiał to, uwielbiał gotyk i czasami tęsknił do życia w tamtych czasach, tyle zdążyło się zmienić…Ubrał płaszcz i kapelusz, po chwili już idąc wąską ścieżką w głąb parku. To było mylne. Nazywanie go parkiem, ale dzielnica nie miała wyjścia. Prawda była taka, że to zaczarowane miejsce mogło nie mieć końca. Raz wchodząc w ten park, dusza mogła się zgubić. Słyszał o tym i doświadczył tego. Natura pochłaniała na tyle, że nawet nadczłowiek się w nich zagubić, podziwiając piękno. To był już mit, historia rozpowiadana przez starszych bogów, że tylko nimfy mogą pomóc, ale tylko jeśli chcą, takiej zagubionej duszy. Wiedział też, że półbogowie i bogowie, których moce miały coś wspólnego z naturą, nie mogły się tu zgubić… te myśli pochłonęły go zanim zobaczył przed sobą ciało kobiety. Wisiała na sznurze, rękami mocno trzymając sznur, nogami przebierając szybko, kołysząc się. Łapiąc za ostatnie chwile życia, szukając powietrza, aby odetchnąć. Walczyła. Lethe stał, wpatrując się w tą pasjonującą walkę. “Po co się chciałaś zabić, kiedy tego teraz nie możesz przyjąć.” powiedział cicho, zanim usłyszał zgrzyt sznura. Ciało opadło bezwładnie. Usta wypuściły ostatni tlen, który chował się w płucach. Po co chwili dziewczyna stała obok niego i mówiła. “Popełniłam błąd, chcę wrócić.” zaczęła płakać. Lethe czekał. Jej szlochanie stało się głośne, nieznośne. Kruki głośno krakały, odlatując. Kiedy umarły szlochał, straszyło to wszystkie stworzenia podziemi, które były na ziemi. Nie po to stamtąd uciekły, aby słuchać najstraszniejszych skowytów męczenników.Złapał ją za włosy i pociągnął głowę do tyłu, wściekły. Zamilkła zaskoczona. “Park Sohee, wybrałaś wolę grzesznika, umęczyłaś swoją duszę, wysyłam Cię do piekła.” wyszeptał w jej usta i musnął je z obrzydzeniem. Odsunął się od niej, szybkim krokiem wracając do dzielnicy, kiedy jej dusza znikła, czekając w kolejce na podróż do podziemi.Szedł szybko, zmęczony. Nie wiedział, że minęła godzina odkąd się tu pojawił. Dziewczyna ponad pół godziny szarpała się na sznurze zanim straciła przytomność, a następnie umarła przez uduszenie. Schował ręce w kieszeniach, kiedy zamyślony, z całych sił wpadł na kogoś. Sprawiając, że pojawiająca się znikąd sylwetka, upadła z hukiem na ziemię.Był to młody chłopak, miał plecak, więc student. A zawartość plecaka tak głośno upadła, że Lethe wmyślach szacował ilość książek, które dźwigał na swoich chudych barkach nieznajomy. Pochylił się nad nim zapominając, że ma kapelusz. Kapelusz, który wtedy opadł. I zanim Lethe zorientował się, że w oczach chłopaka pojawił się znikąd, było już za późno na naprawienie sytuacji. Zobaczył przerażenie rysujące się na twarzy nieznajomego.“Próbujesz mnie przestraszyć?” usłyszał niepewny głos.Lethe złapał swój kapelusz i wyprostował się, słyszał to zdanie za dużo razy. W szoku tego zdarzenia, cofnął się do tyłu i zanim zdążył wymyślić jakąś wymówkę, ruszył przed siebie, zaglądając tylko za siebie, czy aby chłopak za nim nie podąży. To oznaczało by kłopoty. Nikt nie powinien znać jego prawdziwego zawodu.









