
seen from Türkiye

seen from Italy
seen from Czechia
seen from Russia
seen from Russia

seen from Türkiye

seen from Türkiye
seen from South Korea

seen from Finland

seen from Canada

seen from Canada

seen from Australia
seen from Canada

seen from Poland

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from United States
seen from India

seen from Indonesia
seen from Italy
I used to hope that we'd never become parallel lines
...because how do you let go of a person that felt like home?
You came home late, when I was so mad Had my break-up speech ready Then you kiss my face, It's the way you persuade me
Anthony “Tony” Tremaine, son of Anastasia Tremaine and the Baker
Glory Days Films (part 1 of 2)
Little Mix - F.U. (Live) (video)
F.U.- Nawarzyłeś sobie piwa, zdrajco
Opis: Louis i Harry są małżeństwem i mają dziecko, które jest “przylepą” Lou. Lou ma własny biznes, który wiąże się z okazjonalnymi wyjazdami w delegację. Podczas jednej z nich Harry umawia się ze swoim kochankiem w ich domu, co wywołuje przerażenie małej dziewczynki, a co za tym idzie, wcześniejszy powrót Louisa z wyjazdu. Po nakryciu męża na zdradzie, pierwszą myślą Louisa jest ochrona dziecka, jednak pamięta o zemście. Niedługo potem wnosi o rozwód, a Harry nagle się budzi i zaczyna doceniać wszystko, co związane z Louisem, więc chce naprawić ich związek. Reszta pozostawiona kwestii autorki, podkreślony jest jednak happy end.
gatunek: komedia
beta: @englishmuffins74
Ode mnie: zapraszam!
Siedział na krześle przy bogato nakrytym stole i dziobał widelcem kawałek indyka z ulubioną salsą Harry’ego, ze wzrokiem utkwionym w otwartej przestrzeni przed nim. Kątem oka widział jak Alex kręciła się przy torcie weselnym; ubrana w długą sukienkę, z której brzoskwiniowe paski ładnie komponowały się z jej różaną skórą, białe i granatowe pasowały do jego krawatu, a czarne stanowiły odpowiedni kontrast, by razem stworzyć bajeczną całość w swej prostocie. Aura dziecięcej radości unosiła się nad nią i zdawała się zarażać każdego w jej pobliżu, a on nie powstrzymywał uśmiechu na myśl, że jego córka nie mogła być piękniejsza i wspanialsza.
Do końca nie wierzył w to, co się działo. Nie mógł przyjąć do świadomości, że znowu jest na weselu, zna tylko połowę ludzi wokół niego, a Harry w ślubnym garniturze biega po całym placu i dba o komfort gości, będąc po prostu szczęśliwym panem młodym. Jego świeżo ścięte włosy nie kręciły się już jak dawniej, jednak wciąż wyglądały dobrze, otulając uśmiechniętą twarz i zdobiąc ją dodatkowo złocistobrązowymi refleksami w prezencie od australijskiego słońca. Szerokie ramiona i proporcjonalna talia kusiły zebranych opinającym je materiałem idealnie dopasowanej marynarki i Louis na moment zatonął w tym widoku, by przypomnieć sobie wszystko, co łączyło go z tym mężczyzną i co sprawiło, że znaleźli się w miejscu, w którym teraz byli.
Zegarek na jego nadgarstku zapiszczał, sygnalizując porę karmienia dla jego zwierząt, jednak z westchnieniem odnalazł odpowiedni przycisk z boku tarczy i wcisnął go, a potem mimowolnie spojrzał na godzinę, jaką wskazywało urządzenie. I na to jego serce zatrzymało się na krótką chwilę, obraz przed oczami stał się zamglony i po prostu musiał się napić soku, by jakoś uczcić godzinę, o której równo dwa lata temu pierwsza rana pojawiła się na jego sercu.
-Twoje zdrowie, Harry.-Mruknął pod nosem, unosząc nieco szklankę do góry, zanim upił się z niej jeden, spory łyk. Wzroku nie spuszczał z postaci bruneta, który zrobił jeszcze parę kroków, a jego garnitur w mgnieniu oka zastąpiła luźna koszulka i ciasne jeansy, kiedy podszedł do parapetu w ich domu, nieobecne spojrzenie lokując w oddali za oknem. Louis westchnął na ten widok i włożył kolejną parę spodni do torby podróżnej, a potem tylko z troską wymalowaną na twarzy obserwował, z jakim zaangażowaniem ich maleńka córeczka wyjmowała je i na powrót kroczyła z nimi do szafy rodziców.
-Lexi…- Powiedział w końcu, widocznie rozbawiony. Powtórzył to jeszcze raz, by zdobyć uwagę pięciolatki, a gdy to się nie udało, kucnął przy niej i złapał jej drobne nadgarstki w swoje dłonie, zerkając jej przy tym prosto w duże, błękitne oczka. - Piegusie…
-Zostań.- Odrzekła tylko, a chowała się w tym duża dawka smutku pomieszanego z desperacją, której Louis nie mógł znieść, więc opuścił głowę pod ciężarem jej spojrzenia zza szklanej tafli łez.
-To tylko tydzień, przecież już o tym rozmawialiśmy.
-Chcę z tobą.- Usłyszał natychmiast i nie zdołał powstrzymać cichego parsknięcia na to, jak stanowcza była jego córka w tak młodym wieku. To przyszło do niego w postaci lekkiego ukłucia w serce; obawa przed przyszłością, w której miał przestać sobie radzić z jej uporem i kolejnymi buntami, jakie pamiętał nawet z własnej młodości. Wszystko wskazywało na to, że Alex przywłaszczyła sobie jego geny w całości i nie wahała się ich używać, co jednocześnie napawało młodego rodzica dumą i strachem o każdy kolejny dzień. Wiedział doskonale, jak dał popalić swojej mamie w praktycznie każdym okresie jego życia; od niemowlaka, kiedy to lubił wspinać się na wszystko, tylko po to, by zaraz z tego spaść, przez przedszkole i szkołę podstawową, gdzie chętnie wdawał się w bójki i rozstawiał wszystkich po kątach, na liceum kończąc dość efektywnie- poprzez wieczorne ucieczki z domu przekonując się, jak wiele kości może sobie złamać człowiek, żeby po tym wszystkim wciąż żyć. Mimowolnie roześmiał się na te wspomnienia i pokręcił głową, zanim uniósł ją i na powrót spotkał się ze wzrokiem swojego dziecka; tym razem standardowo ciekawskim, z nutką zafascynowania wszystkim, co robił jej tata, nieco ukrytym pod ściągniętymi brwiami, wyraźnie sygnalizującymi Louisowi, że musi jej natychmiast wyjaśnić powód swojego śmiechu, by ona mogła dzielić z nim ten moment.
-Jesteś najsłodszym uparciuchem na świecie, moja droga.-Skwitował prosto, po czym pstryknął delikatnie nosek dziewczynki i pozwolił sobie zatracić się w sposobie, w jaki nieuchwytny artysta schował całe piękno świata w ruchomym obrazie jej szerokiego uśmiechu, gdy tylko odnalazła w oczach ojca potrzebną jej miłość.
-To weź mnie ze sobą, tatusiu.- Podskoczyła nagle dla dodania sobie dramatyzmu w próbie przeciągnięcia szatyna na swoją stronę, w której to ona miała rację i powinna być na zawsze przyklejona do jego nogi, by być tak blisko, jak nikt inny na całym świecie. To miejsce się jej należało, jednak wciąż zauważała, że pozostali nie do końca się z nią w tym temacie zgadzają, przez co musiała walczyć o każdą chwilę z nim, tylko czasami symulując chorobę w celu ominięcia przedszkola. -Tak.- Odpowiedziała sama sobie, zauważywszy w oczach rodzica nadchodzący protest. Drobne rączki położyła na obu policzkach mężczyzny i zetknęła ze sobą ich nosy, eskimoskim pocałunkiem odwlekając moment, którego tak bardzo chciała uniknąć, a Louis nie mógł nic poradzić na to, jak bardzo rozpływał się za każdym razem, gdy to się działo.
-Kochanie ty moje, wiesz, że nie mogę… - Spróbował, jednak Alex położyła mu palec na ustach, uciszając go w ten sposób, by sama mogła pokręcić ich głowami na jego słowa i westchnąć przesadnie głośno.
-To nie tak, tatusiu. Mów za mną.-Poprawiła w skupieniu, po czym przeczyściła gardełko, zezując nieco oczy w próbie utrzymania kontaktu wzrokowego.- Wezmę Lexi do lewka.- Podyktowała wolno i wyraźnie.
-Wezmę Lexi do lewka…
-Tak!
-…, gdy tylko przywiozę go do naszego ogrodu.
-Niee!
Dziecięca stópka uderzyła z obruszeniem w podłogę w tym samym momencie, w którym Louis roześmiał się wesoło, a całość skończyła się mocnym buziakiem wyciśniętym na maleńkich, malinowych ustach, z których ta dolna została natychmiast wydęta zaraz po tym.
-Masz taaakie piękne ocka… One ksycą-
-Krzyczą, skarbeńku. Nie seplenimy.-Szatyn wszedł jej w słowo, za co został ukarany pojedynczym zmarszczeniem gęstych brwi dziewczynki. Teatralnie wywróciła jeszcze oczami, zanim ponowiła swoje słowa, tym razem z zaciętą miną pilnując, by tata jej nie przerwał.
-One krzycą, tatusiu. Będziesz tam płakał. Lewek-
-Lew.
-Ale słuchaj, jak mówię!- Krzyknęła poirytowana, po czym wypuściła głośno powietrze i zdecydowała się zasłonić mu buzię obiema rączkami, prawie chichocząc, gdy Louis polizał jej dłonie dla żartu.- Oj, nie wolno!
-Pepaszm.- Burknął w odpowiedzi w miarę możliwości, na co Alex jedynie przycisnęła rączki do jego ust jeszcze mocniej.
-Lewek będzie płakał.- Kontynuowała uparcie, zostawszy przy swojej wersji, teraz, gdy miała pewność, że nikt jej nie przerwie.- Ja musę jechać. Kto was przytuli? Nie mów, że pan przytulas, nie wziąłeś go, jak jechałeś wtedy! I gdzie on był, jak go nie było?!-Spytała oskarżycielskim tonem, a zaraz potem wypuściła głośno powietrze, chcąc się uspokoić.-On nie jest dobry, tatusiu, tylko ja jestem dobra, ja cię ytulę, lewka, nie będziecie płakać, ‘cuję!- Mruknęła poważnie, a tłumaczenie całej sytuacji swojemu tacie była dla niej tak wyczerpująca, że z nerwów zaczęła zjadać niektóre sylaby, a nawet i całe słowa. Cały czas patrzyła głęboko w oczy rodzica, a gdy dodała:- Musisz mnie wziąć.-, zaczęła manipulująco kiwać głową w górę i w dół tak długo, aż znudziła się brakiem reakcji szatyna i sama nieco poruszyła jego policzkami, zachęcając go do odwzorowania jej ruchów. Przez chwilę tkwili właśnie tak; wzajemnie bujając do siebie głowami w kompletnej ciszy, wpatrzeni w oczy o tej samej barwie, po brzegi wypełnione niczym więcej, niż ogromnym uczuciem.- Wezmę majtki i możemy jechać.- Alex stwierdziła w końcu i uciekła do swojego pokoju, zanim Louis w ogóle miał jakąkolwiek szansę, by zaprotestować.
Pozostało mu tylko patrzeć za nią i śmiać się cicho na bijący od jej maleńkiego ciałka optymizm oraz urok bioderek, kołyszących się w rytm piosenki o podróży z tatą, którą wymyślała na poczekaniu, od czasu do czasu zacinając się w zastanowieniu nad kolejnym rymem.
-Nie wiń jej.-Z kąta pokoju rozbrzmiał niski głos i szatyn instynktownie skierował wzrok w stronę swojego partnera, który wciąż tylko stał przy oknie i wbijał tępe spojrzenie w nieokreślony punkt przed sobą. Jego twarz pogrążona była w zadumie, brwi miał nieco ściągnięte i oczy lekko zmrużone, przez co uwidoczniły się jego zmarszczki mimiczne, i kiedy nie mówił, stanowił postać zamrożoną w czasie, niczym w pięknej rzeźbie zbudowanej pod wpływem szału weny najlepszego z artystów. Louis podniósł się z kucek i poprawił spodnie, zanim zaczął powoli się do niego zbliżać, a Harry w tym czasie po prostu mówił dalej, tonem ponurym, jeśli nie wręcz bolesnym:- Dokładnie tak przekonałeś mnie do związku, czyż nie?-Spytał sam siebie, z tego, co Louis zdążył wydedukować z faktu, że brunet nawet nie dał mu szansy na odpowiedź.- Patrzyłeś mi w oczy i wygłosiłeś swoją filozofię o tym, jak to siły wyższe zdecydowały, że musimy być razem, bo z nikim innym nie zaznamy szczęścia. A gdy nie odpowiedziałem, sam zacząłeś poruszać moją głową, sądząc, że w tej sposób mnie hipnotyzujesz. A gdy się zgodziłem, odszedłeś tak samo; kręcąc biodrami i śpiewając o niebie, do którego ja ciebie wpuściłem.
-I spójrz, gdzie teraz jesteśmy.- Starszy odrzekł z czułym uśmiechem na ustach i rozłożył ramiona, by zmaterializować swoje słowa.-Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, mamy własny dom i naszą kochaną królewnę.- Wymienił wszystko z pełną dumą, a w jego oczach rozbłysły szczęśliwe diabliki, na które Harry w końcu zwrócił uwagę, skupiając wzrok na jego twarzy. Mgła zniknęła z jego spojrzenia, a zieleń tęczówek nagle stała się znacznie intensywniejsza, gdy Harry zrozumiał jego słowa. Niezdolny do utrzymania ciężaru, jaki został na niego zrzucony przez Louisa, zmusił tylko jeden kącik ust do uniesienia się w krzywym uśmiechu, a potem opuścił głowę i przekrzywił ją nieco w bok, natychmiast zagryzając wargę do krwi.
-Ta… -Mruknął pod nosem tak cicho, że niewiele brakowało, by szatyn to stracił i skazał na bezdźwięczne rozbicie się o ściany pokoju.-Wszystko, o co mogłem w życiu prosić.
Louis bez słowa objął ramionami talię swojego męża i pozwolił, by ten zawiesił swoje na jego szyi, zanim położył głowę na jednym z nich, nosem trącając ucho szatyna. Prawa dłoń starszego zaczęła wędrówkę po szerokich plecach, podczas gdy lewa pozostała w ich dole i masowała kojąco lędźwie, gdy w końcu zebrał się na odwagę, by spytać:
-Wszystko w porządku?
-Po prostu boli mnie głowa, nie przejmuj się mną.- Otrzymał w odpowiedzi słabe wyznanie, po czym brunet pociągnął cicho nosem, tym samym wysyłając niepokój w dół brzucha Louisa.-Jak wiele razy jeszcze wyjedziesz w te swoje delegacje?-Spytał nagle, na moment wpędziwszy szatyna w oszołomienie. Martwa cisza zagościła między nimi, atmosfera niezręczności zawitała do ich serc i pozostawiła w nich spustoszenie, przez które nagle ciężko było im oddychać w swojej obecności, jednak to nie sprawiło, że Louis wypuścił swojego partnera z ramion i wybiegł z pokoju w bezcelowej gonitwie za świeżym powietrzem. Trwał przy nim wciąż, bo wierzył, że właśnie to było jego zadaniem.
-Harry, wiesz, że-
-Jak wiele, Louis?-Harry ponowił pytanie, tym razem kładąc na nie odpowiedni nacisk, który zmusił szatyna do odpowiedzi, której chciał uniknąć.
-Wiele.- Odrzekł jedynie, wzdychając przy tym ciężko. Poczuł, jak młodszy kiwa głową w zrozumieniu w zagłębieniu jego szyi, zanim zdecydował się pochylić i przycisnąć swoje wąskie usta do jego skroni.
-Zrób coś dla mnie.- Harry napomknął nieśmiało w przestrzeń między nimi i zagryzł wargę, zaraz potem wypuszczając gorące powietrze wprost w karmelową skórę swojego małżonka.
-Cokolwiek.
-Nie dzwoń do mnie w czasie tej delegacji.-Powiedział i to było zupełnie inne; brunet włożył w to całą stanowczość, na jaką było go stać, przez co jego słowa nie brzmiały na prośbę, a raczej przyjęły postać rozkazu, który przeciął serce Louisa niczym najostrzejszy z mieczy.- Chcę nauczyć się funkcjonować podczas twojej nieobecności. To się nie uda, jeśli wciąż będziesz dzwonił. T-to tylko sprawia, że czuję się jeszcze gorzej…
-Skoro tak sądzisz…-Louis odrzekł po chwili zawahania.-Nie będę dzwonił.
- Dziękuję. Tak będzie mi łatwiej, uwierz…
-Wierzę we wszystko, co powiesz, skarbie.-Zapewnił już bez sekundy zastanowienia, z mocą równą tej Harry’ego, ponieważ tak właśnie było i nie musiał o tym nawet dwa razy myśleć.-Kocham cię.
-Ja ciebie też.- Harry wręcz wymruczał te słowa w szyję swojego partnera, po czym wyplątał się w jego ramion i stanął przed nim o własnych siłach, jeszcze tylko pocierając zmęczone oczy.
-Hej, co powiesz na to, żebyś położył się i odpoczął, kiedy ja zabiorę Lexi na lody, żeby wyjaśnić jej, dlaczego nie może jechać ze mną?
-Jasne, Lou. Dziecko zawsze na pierwszym miejscu.- Po raz kolejny wymusił krzywy uśmiech, na co Louis pocałował delikatnie jego usta, by zaraz potem wyszeptać w nie ciche zapewnienie o tym, że on zawsze jest na równi z ich córką, dzieląc z nią miejsce najważniejszych osób w jego życiu.
A gdy już to zrobił, odwrócił się leniwie w stronę drzwi i wyszedł z sypialni, kierując się wprost do pokoju Alexandry. I po części była to wina ślepego zauroczenia swoim mężem, a po części zwyczajnej niemożności, że nie zauważył, jak za jego plecami Harry uśmiechał się złośliwie w wyrazie samozadowolenia, gdy wyciągał z kieszeni telefon.
Z każdym krokiem w kierunku swojej córki, otoczenie powoli się zmieniało. Ściany mieszkania opadły z niemym hukiem i rozpłynęły się w świeżym powietrzu na placu przy starym dworku, a ciało jego córki podrosło, by następnie zostać okryte materiałem długiej pasiastej sukienki, na którą w okolicach ramion spłynęły gęste, brązowe włosy, czyniąc ją na powrót jego wspaniałą prawie siedmioletnią księżniczką. Ze swojego miejsca przy weselnym stole obserwował, jak zmarszczyła brwi, odzwierciedlając dokładnie jego obecną mimikę, po czym wzruszyła ramionkami, wrzuciła dwie dżdżownice do kieliszków z szampanem pary młodej, opadła na całe stopy i szybko podbiegła do ojca, który jedynie uśmiechnął się wystarczająco szeroko, by jego białe zęby ukazały się w pełnej okazałości, a oczy na moment niemal zniknęły, zostawiając po sobie tylko zmarszczki w zewnętrznych kącikach. Pojedyncza żyła na jego szyi odznaczyła się na opalonej skórze, a on pokiwał bezwiednie głową kilka razy, zamykając usta i zwijając je dumnie, tak, że jego policzki na ułamek sekundy stały się wklęsłe, jeszcze bardziej podkreślając jego wysokie kości policzkowe.
Alex wspięła się na kolana Louisa i rozsiadła na nich wygodnie, natychmiast opadając pleckami na pierś taty i ze zniecierpliwieniem czekając, aż ten obejmie ją swoimi kochającymi ramionami. I gdy to się stało, zadowolona odchyliła główkę do tyłu, by móc jeszcze otrzymać zasłużonego całusa w usta pomalowane bezbarwnym błyszczykiem o smaku pomarańczy.
-Łobuziara.- Louis skomentował tylko, na co ona wyszczerzyła drobne ząbki i przełożyła długie włosy na jedno ramię, by móc obrócić się na kolanach ojca i drugim oprzeć się o jego pierś bez ryzyka zaplątania choćby jednego kosmyka w spince od jego krawatu. A potem już tylko obserwowali, co dzieje się wokół nich, dopóki ich uwagi nie zwrócił mężczyzna z mikrofonem, zapowiadający pierwszy wspólny toast młodej pary. Na to oboje zmarszczyli identycznie brwi, a gdy zobaczyli, jak Harry wraz ze swoim mężem przechylają kieliszki cali rozanieleni, tylko po to, by już sekundę później zaczął się razem krztusić szampanem po ujrzeniu dwóch robaków w kieliszkach- Alex przyłożyła małą dłoń do swoich ust, rozszerzając oczy w jednoczesnym zaskoczeniu i rozbawieniu, a Louis roześmiał się w jej włosy tak bardzo, jak nie śmiał się już od dłuższego czasu. Dziewczynka, wciąż asekuracyjnie osłaniając buzię, zaczęła chichotać równie głośno, jak tylko zauważyła, że może, bo nie musi się przejmować awanturą między jej drugim tatą i nowym wujkiem, gdy jest w opiekuńczych ramionach swojego tatusia. I nie straszne jej były sztylety, lecące w jej stronę z oczu Zayna, który stał wraz z Harrym w pewnej odległości od niej, bo nawet jeśli wydał się jej z początku niebezpieczny, wyglądając zupełnie tak, jakby chciał ją skrzywdzić, to jego wzrok natychmiast złagodniał, gdy tylko Louis uniósł dumnie głowę i zmrużył na niego oczy, pozbywając się jakichkolwiek emocji z napiętej twarzy.
I to otworzyło kolejną zabliźnioną ranę.
Ciężar z jego kolan zniknął, a gdy na nie spojrzał, zobaczył jedynie swoje czarne robocze spodnie zamiast tych garniturowych. W dłoniach trzymał kierownicę, jedna jego stopa była luźno ułożona przy drzwiach, druga zaś delikatnie uciskała pedał gazu, gdy patrzył na drogę przed sobą. Z radia nie płynęła przyjemna muzyka, zamiast tego telefon w samochodowym uchwycie wyświetlał na ekranie rozmowę ze współpracownicą, z którą był w kontakcie podczas całej podróży do domu.
-Cieszę się, że załatwiliśmy to tak szybko.- Łagodny kobiecy głos przeciął wieczorną ciszę, wyrywając szatyna z zadumy.-Nie ma nic lepszego od wcześniejszego powrotu do domu.
-Tak, ale nie sądziłem, że ten lew jest w aż tak złym stanie.- Przyznał, podrapawszy się niezręcznie w tył głowy. Mrok otulał swoim płaszczem całe miasto i tylko przydrożne latarnie prowadziły go do domu, współpracując z gracją z lampami w jego aucie. Zachmurzone niebo nie błyszczało milionami gwiazd większych i mniejszych, jakby w zapowiedzi czegoś złego, o czym Louis nie miał jeszcze pojęcia.- Jak można tak wykończyć samca w tak krótkim czasie? Co oni mu robili?
-Nie wiem, Louis. I tak szczerze, nie jestem nawet pewna, czy chcę wiedzieć. Jest noc, my mamy za sobą ciężką podróż, nie jestem w stanie o tym myśleć.- Jade mruknęła po drugiej stronie słuchawki i Louis skinął zgodnie, nawet jeśli nie mogła tego zobaczyć.-Po prostu zawieźmy go do mnie, tam się nim zajmę, a jutro, jeśli jakkolwiek mu się polepszy, przeniesiemy go do jego boksu, tak?
-Poczekaj, mam drugą rozmowę na linii.-Odpowiedział i natychmiast wysunął rękę, by zaakceptować kolejne połączenie, już nawet nie przejmując się swoją koleżanką, jak tylko skojarzył swój numer stacjonarny. - Harry?- Zapytał od razu, ze zmarszczonymi brwiami nasłuchując cichego szlochu, dobiegającego do jego uszu z głośników telefonu.
-Tatusiu!
-Lexi?!-Wrzasnął spanikowany, gdy usłyszał głos swojej córeczki, a na myśl przyszła mu wysokość, na jakiej w domu znajdował się ich telefon stacjonarny. Nie chciał nawet myśleć, jak jego maleństwo się tam dostało, to była zbyt przerażająca perspektywa, by męczyć się z nią przez resztę drogi do domu.
-Tatusiu, chodź do domu! T-tata-
-Co z tatą?- Szatyn mimowolnie wszedł jej w słowo, a zaraz potem przeprosił raz, a potem jeszcze raz za przepraszanie jej w tak ważnej chwili.- Mów, słońce, mów.
-Tata j-jest w pok-kkko-
-W pokoju, mów dalej.
-On krzyczy! I tak dziwnie piscy, tatusiu, ja się boję! -Alex wykrzyczała szeptem, a serce Louisa przyspieszyło znacznie na samą myśl o tym, że jego rodzina jest w niebezpieczeństwie.- J-ja bym tam posła, bo mówi-mwiłeś mi, że jestem bardzo dzielna, ale ja nie jestem! Ja nie chcę. Tatusiu, chodź tu.
-Kochanie ty moje, po prostu bardzo ostrożnie zejdź teraz z, na czymkolwiek stoisz. Błagam cię, bardzo ostrożnie.- Powtórzył dwa razy, bardziej chcąc zapewnić samego siebie, że nic się jej nie stanie. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, gdy sięgnął do schowka i zaczął szukać w nim odpowiedniej rzeczy.- Dobrze, księżniczko, teraz cichutko przejdź do korytarza, w dużej szafie, całkiem na dole jest moja czarna kurtka.- Tłumaczył, siląc się na potrzebny im obu spokój. Palcami wymacał policyjnego koguta i wyjął go ze schowka, o mało nie zjeżdżając niechcący na chodnik.-Owiń się nią szczelnie, żebyś nie zmarzła, tak? A gdy już to zrobisz, wyjdź na dwór.- Mruknął, przez chwilę zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł w tej sytuacji. Jednak nic lepszego nie wymyślił, a w słuchawce dało się usłyszeć dźwięki szeleszczącej kurtki, więc postanowił kontynuować to, co jego córka już wcieliła w życiu. -Kucnij przy ścianie z boku domu, tam, gdzie nie świeci lampa, zgoda? Z daleka od światła, musisz się schować. Trzymaj telefon przy uszku, kurtką przykryj się cała i po prostu się nie ruszaj. Za chwilę będę w domu.
Z tymi słowami uruchomił policyjne światła, wystawił je na dach swojego auta i wcisnął pedał gazu do samego końca, na łeb na szyję pędząc do swojej przerażonej księżniczki. Ścinał zakręt za zakrętem, mijał samotne auta na skrzyżowaniach, z precyzją kierowcy rajdowego radził sobie z prędkością, tylko kilka razy ocierając się o śmierć z wszelkiego rodzaju przeszkód; od chodników począwszy, po rowy i drzewa, a nawet zdawało mu się, że raz przez drogę przeskoczył mu kangur, ale nie mógł oddać za to ręki.
Być może zarysował bok samochodu przy wjeździe na swoją posesję, ponieważ wyłączył koguta policyjnego i światła, jednak nie dbał o to tak długo, jak widział małe czarne kłębowisko materiału przy bocznej ścianie domu, jak tylko zaparkował po tamtej stronie. Nie zamknął drzwi po wyjściu z auta, nie chcąc zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Cicho też podszedł do miejsca, w którym widział swoją kurtkę przy murze.
-Lexi…-Wymruczał szeptem, a potem odetchnął z ulgą, gdy dziewczynka poruszyła się przed nim i szybko wpadła w jego ramiona, wciąż osłonięta czarnym materiałem, kurczowo ściskając telefon przy swoim uszku.
-Tatuś.- Powiedziała bardziej do siebie, aniżeli do niego. Jej błękitne, wilgotne oczka spotkały te kochające i pełne troski, przez co nieco się uspokoiła i tylko wcisnęła główkę w zagłębienie jego szyi, wypuszczając z siebie krótki szloch.- Gdzie tata..?
-Zaraz po niego pójdę, nie martw się, królewno. Byłaś bardzo dzielna przez cały ten czas, słyszysz mnie? Ale muszę cię prosić o bycie dzielną jeszcze przez chwilkę, dopóki nie wrócę, tak?
-Pod kurteczką?- Zapytała i Louis uśmiechnął się nikle, gdy układał ją na wycieraczce z tyłu samochodu, wciąż wahając się w kwestii sposobu ochronienia jej.
-Pod kurteczką.- Potwierdził i jeszcze złożył czułego całusa na jej czółku, zanim na powrót okrył ją kurtką, a z kanapy zabrał karabin do usypiania zwierząt i delikatnie przymknął drzwi od strony pasażera, by samemu skierować się po schodkach do domu, w którym rzekomo miało się kryć zagrożenie dla jego rodziny.
Z naładowaną bronią ostrożnie podszedł do sypialni i przystawił ucho do drzwi w próbie wsłuchania się w to, co działo się na nimi. I kiedy, zamiast oczekiwanych krzyków bólu lub jakichkolwiek oznak włamania z porwaniem, napotkał jedynie zamknięte na klucz dębowe drzwi, zza których dochodziły do niego jęki rozkoszy, opuścił karabin wzdłuż swojego ciała, a jego szczęka opadła nieco w ciężkim szoku.
-Zayn! Och, Boże, tak…- Usłyszał wyraźny głos swojego męża i to już zupełnie pozbawiło go wszelkich nadziei na to, by cała ta sytuacja okazała się realnym zagrożeniem, a nie zwykłym aktem zdrady małżeńskiej. - T-tak, właśnie tak.
Było tego więcej, jednak on już nie słuchał; wolnym krokiem ruszył do kuchni, gdzie broń przypiął w rezygnacji do szlufki spodni, a zamiast niej w dłoni ścisnął najtańszą i najmniej przez niego lubianą patelnię, jaką tylko mógł znaleźć wśród ich wyposażenia. Uniósł ją na wysokość swojego wzroku i pokręcił trochę nadgarstkiem, przyzwyczajając się do jej wagi i sprawdzając, czy rączka jest wystarczająco stabilna, a gdy był już wystarczająco zadowolony z tego, co mógł nią zrobić, wrócił do korytarza. Ze skarpetki przy lewej kostce wyjął zapasowy kluczyk do sypialni, dziękując wszelkim bóstwom za to, że postanowił go ze sobą wziąć, po czym włożył go w zamek i przekręcił, bez trudu otwierając nim drzwi.
Przed sobą miał duże łóżko, w łóżku zaś jeden mężczyzna leżał z głową w jego nogach, nagi, a na jego kroczu siedział nikt inny, jak Harry Tomlinson w całej swej okazałości, odwrócony do niego plecami i tak bardzo pogrążony we własnej gonitwie za spełnieniem, że nawet nie zauważył obecności intruza w sypialni. W przeciwieństwie do jego partnera, który zmrużył oczy na karabin przy nodze Louisa, a potem rozszerzył je w przerażeniu, natychmiast próbując zepchnąć z siebie Harry’ego.
-Haz, Haz, złaź, już!- Krzyczał w panice, wiercąc się pod rozgrzanym ciałem kochanka, a Louis tylko roześmiał się gorzko na ten widok, ponieważ nie był zdolny do niczego więcej. Nie chciał nawet płakać, złość wrzała w jego żyłach, mieszając się z adrenaliną, dzięki której czuł w sobie pragnienie zemsty.
-Cześć, kochanie, widzę, że dobrze się bawisz, bez moich telefonów.- Warknął, a ton jego głosu rozniósł się echem po całym pokoju, przez co Harry otrząsnął się z własnego transu i zastygł w bezruchu, nie wykazując nawet odwagi do stanięcia twarzą w twarz ze swoim mężem.
-Louis?- Zapytał eksperymentalnie, jednak przerwał mu Zayn, wciąż rzucający się pod nim w marnej próbie ucieczki.
-Nie mówiłeś, że on ma broń!
-Sam tego, kurwa, nie wiedziałem! Ma broń?!
- Odwróć się, skarbie, nie przywitasz się ze mną? - Louis wszedł w sam środek ich wrzasków, już znudzony tym, co działo się wokół niego. Jedynym, co czuł, był ponury smród żałości jego partnera, pomieszany z potem i spermą, jednak na dwóch ostatnich odorach wolał się nie skupiać.
-Louis, nie wyciągaj pochopnych wniosków, rozumiesz? To nie tak-
-To nie tak, że jesteś przykuty futrzanymi kajdankami do łóżka, kiedy ujeżdżasz jakiegoś obcego kutasa?- Zapytał z ironią i Harry w odpowiedzi jedynie zwinął usta w wąską linię, zanim do jego uszu nie doszedł dźwięk pociągania nosem.
-Nie, Lou, błagam, nie płacz, ja ci to wszystko wyj-
-Stul mordę, po prostu nie chciałem kichnąć.- Szatyn przerwał mu po raz kolejny, wywróciwszy przy tym oczami.- Widocznie mam alergię na zdradzieckich idiotów. A pan gdzie się wybiera?-Dodał ze zmarszczonymi brwiami, jak tylko zauważył, że Zayn podnosi się z łóżka i zaczyna zbierać w pośpiechu swoje ubrania. Mulat zatrzymał się w miejscu, gdy ręka Louisa chwycił karabin i uniosła go na wysokość jego krocza, i cóż, Louis nie mógł powiedzieć, że nie zadowalał go ten obrót sprawy.- Ciuszki na ziemię, mój drogi. A właściciel grzecznie na kolana przed łóżkiem, jeśli mu życie miłe.
-Lou, błagam-
-Ucisz się, kochanie. Tobą też się zaraz zajmę.- Zapowiedział bez krzty uczucia w głosie, po czym spojrzał tylko na klęczącego przed nim mężczyznę, którego nawet nie znał, a już miał tę nieprzyjemność zobaczenia go całego. Poprawił patelnię w dłoni i uniósł ją na wysokość swojego biodra.- Pierwszy raz będzie za to, że odważyłeś się położyć swoją tanią dupę na mój materac.- Wyjaśnił dokładnie, zanim wziął odpowiedni zamach i uderzył patelnią w nagie pośladki kochanka swojego męża. Stłumione jęki bólu wypełniły jego uszy najpiękniejszą melodią, jednak nie pozwolił temu trwać zbyt długo, zaraz potem na nowo ustawiając naczynie.- Kolejny za to, że bzyknąłeś bądź bzykałeś mojego męża, przyprawiając mi z nim rogi.-Ponownie przemówił głośno i wyraźnie, po czym uderzył po raz kolejny, tym razem już słysząc poprawny krzyk przez zaciśnięte zęby. Kątem oka zauważył, jak Harry drży na łóżku w obawie przed własnym losem, ale to już w żaden sposób go nie ruszało. Wściekłość zalała go po brzegi, gdy wypowiadał trzeci powód.- A to za to, że moja córka narażała swoje zdrowie, a nawet i życie, żeby dostać się do telefonu i zadzwonić do mnie w nocy, twierdząc, że jej tata jest w niebezpieczeństwie. Najmilej odciąłbym wam obu penisy za to, jednak nie mam aż tyle czasu, a i o moją przyszłość bez więzienia muszę dbać jako samotny rodzic. I uwaga, Romeo z przydrożnego kebabu, nienawidzę, gdy moje dziecko się boi.
Z ostatnim uderzeniem powłoka patelni oderwała się od rączki, a ciało Zayna zostało wbite w drewniany stelaż łóżka przez siłę, z jaką Louis roztrzaskał naczynie na jego pośladkach.
-Spierdalaj.- Zakończył z pojedynczym westchnieniem i jego wzrok padł na słoik miodu na stoliku nocnym przy jego stronie łóżka. Natychmiast odrzucił nieprzydatną rączkę patelni i chwycił za płynną słodycz, a potem uśmiechnął się do swojego męża.
-Lou…- Harry zaczął, przełknąwszy głośno ślinę, jednak szatyn przerwał mu pokręceniem głowy w zaprzeczeniu i przymknięciem oczu w geście irytacji, więc uciszył się i opuścił swoją głowę w poczuciu wstydu.
-Będąc w delegacji, za każdym cholernym razem myślałem o tym, jak wynagrodzić swojemu mężowi stracony czas.- Zagaił łagodnym tonem, gdy zaczął wylewać miód na całe ciało swojego skutego partnera.-Martwiłem się, że czuje się tak źle, będąc samemu w domu, gdy ja załatwiam sprawy służbowe i zarabiam na jego wygodnicki tyłek. A co się okazuje? Że zostawiam swoje jedyne dziecko pod opieką małej dziwki, która nie ma nawet tyle sumienia, by wysłać je do którejś ciotki czy babci; po prostu pieprzy się w zamkniętej sypialni, gdy za drzwiami mała płacze i histeryzuje, że jej tacie dzieje się krzywda.
-Louis, pogadajmy.
-Och, zamknij się, mam dość tych twoich pisków.-Westchnął ciężko i schylił się do podłogi, by chwycić z niej bokserki chłopaka i wcisnąć mu je w usta, kneblując je w ten sposób. Upewnił się, że pałeczką do miodu nałożył odpowiednio grubą warstwę między pośladki swojego męża oraz całe jego krocze, a gdy już zużył cały słoik, uśmiechnął się sam do siebie z błyskiem w oku, którego Harry szczerze się przestraszył. - Co my tu jeszcze mamy ciekawego, kochanie? Czym to się zabawiałeś, gdy moja córka wspinała się cała zapłakana do telefonu? Widzę liny! Wspaniale!- Wykrzyczał z wymuszoną ekscytacją i klasnął radośnie w dłonie, tylko śmiejąc się z gwałtownych ruchów bruneta na ich wspólnym łóżku. Poruszył charakterystycznie brwiami, po czym chwycił za linę i kilkoma wprawnymi ruchami związał ze sobą kolana Harry’ego i jego skute kajdankami nadgarstki, wspierając główny supeł paroma dodatkowymi, tak dla zabawy. Ociekającego płynnym cukrem i skrępowanego sznurem, zostawił go w łóżku na chwilę równą napisaniu kilku słów markerem na kartce z notesu, a potem włożył ją między zęby i zacisnął uścisk obu dłoni na linie, by następnie pociągnąć za nią i zrzucić Harry’ego z łóżka. Bez zbędnego pośpiechu przeciągnął swojego byłego partnera po podłodze, wprost do drzwi balkonowych, które otworzył i przez które wypchnął nagie ciało.
Z beztroską wymalowaną na twarzy, ułożył bruneta na trawniku w ogrodzie w odpowiedniej ilości od małego mrowiska przy ogromnej jabłoni, wyprostował się i rzucił mu pojedyncze spojrzenie, oceniając swoją pracę.
-Spróbuj tylko sprowadzić na mnie policję, skarbie, lub w jakikolwiek sposób ubiegać się o prawa do mojego dziecka, a osobiście dopilnuję, żebyś żałował tego do końca swojego nędznego życia, rozumiesz?-Oznajmił spokojnie, a potem pochylił się jeszcze, by przykleić kartkę do odsłoniętego pośladka młodszego mężczyzny i potrzeć swoje dłonie w zadowoleniu, zanim z wesołym uśmiechem na twarzy ruszył do swojego auta, w którym przeniósł Alex na przedni fotel pasażera i wyjechał z terenu swojego domu.
A w jego głowie wciąż odtwarzany był obraz zdrajcy z kartką z napisem „Zdradziecki tyłek- pieprz, jeśli masz ochotę. Najwyraźniej to lubi ;)xx”.
Na przemian z widokiem czerwonych pośladków ubierającego się na chodniku Zayna.
-Czy ktoś chciałby wznieść toast za parę młodą?- Mężczyzna z mikrofonem przywrócił Louisa do rzeczywistości, Alex bawiła się już niedaleko niego, po raz kolejny w pobliżu tortu nowożeńców, a wszyscy goście zebrali się na swoich miejscach przy stole, patrząc po sobie wzajemnie w poszukiwaniu śmiałka.
Szatyn leniwie podniósł się ze swojego krzesła i widelcem zastukał łagodnie w kieliszek, by wszystkie oczy skierowały się na niego, z czego przynajmniej dwie pary nie kryły w sobie zupełnie nic, poza czystym przerażeniem.
-Kurwa, tylko nie on.- Zayn przełknął głośno ślinę, a Louis wykrzywił usta w złośliwym uśmieszku, gdy tylko Harry uderzył czołem w stół.
-Witam wszystkich, nazywam się Louis Tomlinson i jestem byłym mężem młodszego pana młodego.- Niebieskooki zaczął oficjalnie, mrugając przy tym do mulata.- Cóż mogę powiedzieć… Dziękuję za zaproszenie, Zayn, Harry. Niech Bóg ma was w swej opiece.
część druga -->
via lucy_connell Instagram Story 03.09
Ist eine Frau im Begriff ihr Leben zu verändern, beginnt sie bei ihren Haaren.
2:19 p.m.






