Powtarzałem to niemożliwe zdanie siedząc na wózku inwalidzkim.
Starsza pani leży na noszach i straszy cały oddział, że zaraz zrobi kupę. Kobieta z naprzeciwka czeka na swoją kolejkę już od przeszło sześciu godzin. Była tu pierwsza pierwsza ze swoim urazem kręgisłupa, ale raz po raz ustępowała miejsca pacjentom starszym i trapionym poważniejszymi dolegliwościami, a przynajmniej krzyczącym donośniej i bardziej przekonująco. Zachowuje fason, ale jej jowialny, łysawy chłopak robi głośne uwagi i powoli kapituluje. No i ja, inwalida.
Nic wielkiego, słusznie zauważy czytelnik „serio serio”. Takie rzeczy od czasu do czasu przytrafiają się ludziom.
Zgadzam się, ludziom może i się przytrafiają, ale przecież nie mnie!
Podziwiając swoją lewą nogę obleczoną w gips pozostawałem w stanie wyparcia.
— Będzie pan sobie robił zastrzyk w brzuch, codziennie o stałej porze. Proszę robić te zastrzyki dookoła pępka.
— O mój Boże! Czy mam to robić zgodnie z ruchem wskazówek zegara?
— To nie ma żadnego znaczenia. Zgodnie, niezgodnie… Byleby nie w jedno miejsce, żeby ślady nie zostały.
Przez stres i adrenalinę byłem oddziałowym Karolem Strasburgerem. Dostałem ataku głupawki i beztroski. Chciałem nazajutrz wracać do pracy i nie zdawałem sobie sprawy, co mi się w zasadzie przydarzyło i co to oznacza.
— A jak to tego doszło? — pyta lekarz, jakiś taki wyluzowany i zdystansowany. Czeka na wesołą anegdotę od wesołego pacjenta. Opowiadam.
Odpowiedziałem zdawkowo. Kilka godzin wcześniej skaczemy sobie radośnie z “ówczesną” w parku trampolin. Zahaczyłem o stelarz między jedną a drugą trampoliną. Był obleczony w miękki materac, który okazał się twardszy niż sądziłem. Zaliczyłem lekką wywrotkę, po której wstałem roześmiany i skakałem dalej, tyle że na jednej nodze. Myślałem, że mi przejdzie. Przesadnie nie bolało, ot, czułem kostkę i uznałem to za zwykłe potłuczenie, które się zaraz rozchodzi.
— W Stanach już dawno zakazali takich rzeczy, bo to gówno jest totalnie niebezpieczne. Dorośli ludzie nie powinni wchodzić na takie rzeczy, bo są na to po prostu za ciężcy. Polska jest sto lat za Murzynami, jak zwykle.
To opinia lekarza, ja ją tylko rzetelnie przytaczam i nie ponoszę odpowiedzialności za tych jego „Murzynów”. W szpitalu kazali mi określić skalę bólu w skali od 1 do 10. Ból fizyczny nie był, ani tym bardziej nie jest, szczególnie uciążliwy. Jak dam nodze poleżeć w górze, to go nie ma i mogę zapomnieć, że cokolwiek jest z nią nie tak. Dużo gorszy jest ten niefizyczny ból. Świadomość, że nie mogę wrócić do pracy. I jeszcze jedno, bo to było moje pierwsze pytanie:
— Kiedy będę mógł biegać?
— Hahahah, może pan zapomnieć o bieganiu.
To bolało.
— Bieganie to tylko piętnaście procent, reszta to dieta.
Piętnaście procent? Ale niby czego? Mojego życia? Skąd ty możesz wiedzieć, przystojny lekarzu? Skąd twoja żelazna pewność, iloma procentami mojego życia jest, to znaczy było, bieganie? W szpitalu zadawałem dużo pytań, jak wykonywać podstawowe czynności domowe na jednej nodze. Usłyszałem, że jakoś muszę sobie poradzić.
Jakoś musisz sobie poradzić. Wyobrażam sobie, że coś podobnego słyszą ludzie po amputacji albo z jakimś rakiem.
Nagle przestajesz mieszkać na 3 piętrze, jesteś lokatorem samego czubka K2 albo i Księżyca.
Przejście kawałka swojej ulicy do najbliższej apteki na skrzyżowaniu to specjalna ekspedycja - kulminacyjny moment całego dnia.
Odwlekasz podstawowe czynności, bo po prostu nie chce ci się wstawać z łóżka.
Żeby się umyć, zawijasz w coś zagipsowaną nogę, bo się zamoczy, ale i tak nie jesteś w stanie umyć się dokładnie.
Chodzenie o kulach nie jest takie łatwe, jak mi się wydawało. To jebana mordęga. Najdalej przeszedłem w ten sposób jakieś 500 metrów i wróciłem padnięty, bo ileż razy mogę podnieść się na rękach? Warszawa jest niedostępna dla ludzi męczących się z tym całym gównem zwanym niepełnosprawnością nawet taką chwilową.
Złamana noga to jest poważniejsza sprawa, niż mi się wydawało. Mądry po szkodzie będę zwracał większą uwagę na ludziach, którzy mają trudności w przemieszczaniu się.
Doceniam wszystkich, którzy mnie wspierają, pytają, co u mnie słychać, czy czegoś nie potrzebuje i okazują jakiekolwiek zainteresowanie.
Dziękuję tym, którzy mi pomogli w trudnych chwilach. Świadomość, że istnieją ludzie, na których można liczyć, pomaga.
Roztyłem się niemożliwie od nadmiaru żelków (na kości, zdrowotne!), budyniu (na kości, zdrowotny!), od wybitnej domowej lasagne (na kości, zdrowotna), czekolady studenckiej (na kości), piwa bezalkoholowego (bo zapomniałem wspomnieć, że zastrzyki czynią mnie abstynentem).
Minął mi półmetek tego przymusowego urlopu i myślałem, że wykorzystam ten czas produktywnie: na przykład będę miał więcej czasu na pisanie, albo wymyślanie rzeczy. Przeciwnie, gips wyjałowił mnie z jakiejkolwiek kreatywności i energii.
Nie obrażam się na ludzi w kolejce, którzy nie ustępują mi miejsca. Nie jestem roszczeniowy. Niemniej kiedy po wpisaniu kierowcy Ubera adnotacji, że mam złamaną nogę, ten odwołał kurs, poczułem się okropnie.