Międzynarodowy smalltalk, włoski Lidl, szkalowanie Polski
To był mój pierwszy tydzień we Florencji. Robimy zakupy ze współlokatorem. Coś tam rozmawiamy. – Cześć chłopaki – zza póki z drylowanymi oliwkami wyłania się pracownica, blondynka po trzydziestce. Uśmiechamy się i wymieniamy pozdrowienia. Pani pyta, co robimy we Florencji. Tłumaczymy, że przyjechaliśmy na studia. Odtąd za każdym razem, kiedy odwiedzam pobliskiego Lidla, mój wzrok poszukuje rodaczki. Zawsze trochę porozmawiamy. Staram się mówić po włosku, żeby nie generować atmosfery polskiego getta na środku niemieckiego dyskontu, gdzie tydzień kuchni włoskiej trwa nieustannie.
Zostańmy w temacie kuchni. W zeszłym tygodniu byliśmy w Rzymie. Poszliśmy do zatłoczonej piekarni z odgrzewaną pizzą na wagę. Pełno Włochów, trochę mniej turystów. Za ladą Polka. Przyjechała zaledwie miesiąc temu, a już mówi po włosku, podczas gdy ja studiuję na włoskim uniwersytecie, a po włosku to przeważnie przepraszam i dziękuję.
Inna sytuacja i chyba najważniejsza ze wszystkich: stoję w kolejce i nagle słyszę rozmowę w polskim języku. Cieniutki głosik szepcze mi do ucha, żebym nawiązał z rozmowę z krajanami. Zagłusza go najniższy możliwy bas ziewający – pooo cooo? No bo co mnie łączy z tymi ludźmi? Nic. Są tak samo obcy, jak cała reszta kolejki. Tylko nudniejsi, bo doskonale wiem, co jedzą, jak mieszkają i w jaki sposób zwykli spędzać Gwiazdkę. Straszna nuda.
Pytanie „Skąd jesteś?” to największy klasyk międzynarodowej gadki-szmatki.
Słyszę je codziennie, a później przeprowadzam dokładnie taką samą rozmowę jak wczoraj, przedwczoraj i jeszcze wcześniej. Zauważyłem, że jak już mówię o Polsce, to przeważnie źle. Sam sposób, w jaki wygłaszam, że jestem from Poland, w uszach tych wszystkich Hiszpanów i Szwajcarów musi brzmieć co najmniej, jakbym mówił o zakażeniu Aids albo wyjawiał pokrewieństwo z tymi Hitlerami.
Kiedy oni opowiadają o swoich krajach, może i jest w tym jakiś dystans, ale taki wyuczony i kurtuazyjny. Holenderka opowiedziała, że pierwsze, co zrobiła po przyjeździe do Florencji, to kupiła rower – w końcu jest Holenderką. Wszyscy śmiali się radośnie. Ależ ci Holendrzy zabawni z tymi ich rowerami! Niby autoironia, ale fakt, że najzdrowsza forma transportu miejskiego jest szczególnie popularna wśród Holendrów, trudno traktować jako przytyk, prędzej zmyślny networking. To samo Sultan, kolega który jest Kazachem. Jakiego obrazu Kazachstanu nie miałbyś w głowie, Sultan zmieni twoje postrzeganie. Całkiem spoko kraj, pomyślisz. Płacą dwie dychy za fryzjera, zupełnie jak w Zawierciu.
(Czy termin „networking” ma polski odpowiednik? Chyba to zbyt nieautentyczna sytuacja, żebyśmy na to mieli niewulgarne określenie.)
W jednym z poprzednich wpisów wspominałem Malika. Jak Malik mówił o swoim kraju, to w najgorszym razie neutralnie, a przeważnie z poważaniem. A pochodzi z Pakistanu. Trzy najnowsze informacje traktujące o Pakistanie, które wyświetlają mi się na stronie tvn24, dotyczą:
uwolnienia małżeństwa, które w niewoli spłodziło trójkę dzieci, więc to musiało trochę potrwać
rodziny byłego premiera, która jest na celowniku czyli pewnie ktoś chce ich pozabijać
związku pakistańskiego wywiadu z terrorystami, a co za tym idzie konotacji całego państwa z bebokiem, którym media straszą świat, jak on długi i szeroki
Przyznajcie, że w świetle tych doniesień, życie w Pakistanie bywa uporczywe. Tymczasem Malik przedstawił na tyle pozytywny obraz swojego kraju, że pojechałbym tam na wakacje z całą rodziną.
Kiedy ja zacząłem opowiadać mu o Polsce, prawie się posrał. Był przerażony, jak mu powiedziałem, że w Polsce mógłby dostać wpieprz pod byle budką z kebabem.
Ja nie mam natury piarowca. Moje opowieści o Polsce nie kształtują pozytywnego publicity. Są bezpardonowym roastem. Rozmówcy bywają zakłopotani: nie wiedzą, jak interpretować moje żarty i czy wypada się z nich śmiać. Coś na zasadzie autoironicznego niewidomego. Kiedy delikatnie parskniesz z jego żartu, będzie zadowolony, ale kiedy wybuchniesz gromkim śmiechem, wkurwi się i zacznie cię okładać swoją laską Daredevila.
Nie jestem fanem dumy narodowej i nie podoba mi się traktowanie narodowości jako czegoś, co miałoby człowieka definiować. Ludzie pytają, skąd jestem, a nie kim jestem.
Jedyne, co mnie irytuje bardziej, to fakt, że robię dokładnie to samo.
Nie jestem lepszy, bo jak poznaję nowych ludzi, to nie są Laura, Thomas i Charlotte, tylko Niemka, Norweg i Francuzka. A oni nie poznają żadnego Dominika tylko Polaka – kolejnego pokemona w klaserze międzynarodowych znajomych. To jest obosieczny miecz, bo taki sam klaser mam w głowie, na WhatsAppie i na Facebooku.
Tak się zastanawiałem, jaka odpowiedzialność ciąży na mnie jako na Polaku za granicą? Czy to, jak mnie tutaj postrzegają, może rzutować na tym, co sądzą o całym, wielomilionowym narodzie? Nie powinno, ale chcąc nie chcąc mogę być ich koronnym, namacalnym argumentem w dyskusji o Polakach. O ile komukolwiek chciałoby się o nich dyskutować. Mogę powiedzieć o życiu w Polsce wszystko i uwierzą mi na słowo. Jak zwykle, staram się mówić prawdę. A że później wychodzę na autoironicznego, to inna sprawa. Chyba lepiej tak, niż pewne sprawy przemilczać i przez resztę życia mieć na sumieniu Pakistańczyka.
Autokar kontra samolot - czym dotrzesz do Florencji szybciej, wygodniej i taniej
Co tam u was? Bo ja siedzę sobie na balkonie i co jakiś czas odrywam oczy z ekranu laptopa, żeby zerknąć na Apeniny. Wiedzcie, że to jest mój pierwszy wieczór we Florencji, kiedy tak sobie siedzę i piszę. Miną wieki, zanim zdążę się nasycić tym widokiem.
Nie wiem, czy mogę to nazwać przeprowadzką. Fajnie to brzmi, ale trochę za bardzo ostatecznie. Tak jakbym planował zasadzić tu drzewo, spłodzić syna i otworzyć budkę z krakowskimi kreplami. A ja nie zapuszczam tu żadnych korzeni! Przeciwnie – nie wiem, czy się tu przyjmę. To miasto mnie onieśmiela. Opowiem wam, jak tu trafiłem.
Co byś wybrał; półtorej godziny w przestworach czy czternaście godzin w autokarze?
Postawiłem na to drugie, Wyruszyłem w rejs z asfaltowym żeglarzem. Jakbyś się chciał wybrać do Włoch autokarem, nie wstydź się. Wcale nie oszalałeś. To rozwiązanie ma swoje „za” i „przeciw”. Sam ocenisz, czy te „za” są na tyle dobre, że „przeciwy” nie mają większego znaczenia. Pewno dotarła do ciebie wieść gminna, z której wywnioskowałeś, że:
że podróż samolotem jest szybsza
że jest mniej uciążliwa
ale że w zamian swoje kosztuje, a autokarem zaoszczędzisz.
Czy podróż samolotem jest szybsza? Stanowcze „tak, ale”
Właściwy lot trwa półtorej godziny, a podróż autokarem planowo powinna wyrwać z twojego życiorysu siedemnaście godzin. Trudno to zestawiać, autokar samolotu nie prześcignie i w bezpośrednim porównaniu wypada po prostu smętnie.
Tylko pamiętaj, że sam lot to tylko wisienka na torcie, a do niego dochodzą godziny ukryte, które spędzisz na podróży na lotnisko, z lotniska i na czekaniu przy odprawie. Nie lecisz do Florencji, tylko na lotnisko w Bolonii, z którego tak czy siak jedziesz autokarem i to zajmie ci kolejne kilka godzin.
Moi współlokatorzy, którzy lecieli samolotem, wyszli z domów w okolicach 7:30, a we Florencji byli o 15:30. W sumie dotarcie na miejsce zajęło im osiem godzin.
Ja wyszedłem z domu po 16, a na miejscu byłem o 11:30 następnego dnia. Podróż, ze wszystkimi dodatkami zajęła mi coś w okolicach dziewiętnastu godzin, czyli trochę więcej, niż powinna, ale w zestawieniu z lotem już nie tak tragicznie. Po prostu, przebiegała nie od samego rana do popołudnia, tylko od popołudnia do rana następnego dnia. Całą noc przespałem jak suseł.
Trudno w ten sposób obiektywizować uciążliwość, ale w tym punkcie nadrabia autokar.
Kiedy Magda Gessler nawiedziła Zawiercie ze swoją rewolucją i lektor miał zamknąć to miasto w lakonicznym opisie, opisał je jako „mało malownicze”. Jeżeli byłeś w Zawierciu, nie powinny bawić cię żarty z Sosnowca. Nie wpadłbym na to, że istnieje połączenie Zawiercie-Florencja, a tu proszę! Było coś surrealnego w autokarze podstawiającym się pod anonimowym przystankiem autobusowym w mało malowniczym Zawierciu.
Gdybym wybrał samolot, czekałaby mnie wyprawa na najbliższe lotnisko. Musiałbym polegać na uprzejmości dobrodzieja, który by mnie tam zawiózł, albo dotrzeć tam samemu. Więc albo jestem zależny od czyjejś uprzejmości i czyjegoś wolnego czasu, albo taszczę wielkie bagaże, przesiadając się z jednego środka transportu do drugiego. To jest kłopot, zwłaszcza kiedy do portu lotniczego masz daleko. W tym wypadku, bardziej komfortowym rozwiązaniem jest autokar, który praktycznie podstawia ci się pod dom.
Do stacji w Gliwicach zjechało kilka pomniejszych sindbadzików, a tam już czekał Sindbad ogromny, piętrowy, majestatyczny.
Byłem pod wrażeniem, zwłaszcza że pod nogami miałem tyle miejsca, że spokojnie przemyciłbym swoją rodzinę trzy pokolenia do tyłu, krowę czempionkę i wszystkich moich czytelników, czyli ty też byś się zmieścił.
– Dokąd pan zmierza? – trochę filozoficznie zagaja do mnie babeczka z fryzurą na wokalistkę Arcade Fire. Odpowiedziałem, że na studia. Wyjaśniłem, na jakie i na jak długo, chociaż nie pytała i raczej mało ją to obchodziło. Zapowiadała się podróż w całkiem sympatycznym, nielicznym towarzystwie z tyłu górnego piętra autokaru. W tym momencie zakotwiczył następny sindbadzik, a z niego wysypało się mrowie ludzi. Z jakiegoś powodu, każdy wybierał się do Włoch.
Koło mnie dosiadł się luj.
Rozwalił się jak pan na włościach. Nawijał przez telefon o tym, że znalazł pracę w Austrii i miał jechać z jakimś kolegą, ale ten zachlał i ma dołączyć przy następnej okazji. Szybko pobiegłem schować do luku duży, podręczny bagaż. Miał siedzieć koło mnie i cała drogę raczyć mnie polskimi słodyczami i plątaniną powerbanków. A tak ustąpił Błażejowi, który wyrusza rozsławiać nasz naród ciężką pracą fizyczną. Stwierdziłem, że skoro mam z nim spędzić tyle czasu, może dobrze byłoby nawiązać jakąś relację. Może będzie miał coś ciekawego do powiedzenia.
Jak tylko skończył rozmawiać, a ja zbierałem się, żeby podać mu rękę, obsługa wyrzuciła go z autokaru.
– Współpasażerowie zgłosili podejrzenie, że jest pan pod wpływem alkoholu. Niepokoi ich pana zachowanie. Czy pił pan alkohol?
– Tak, piłem wczoraj – odpowiedział zdezorientowany.
– Zgodnie z regulaminem, tere fere morele, nie może Pan kontynuować podróży. Przykro nam, ale musi Pan opuścić pokład.
– Czy dostanę swoje bagaże?
– Tak, po wyjściu z autokaru.
– Super.
I sobie poszedł.
Ja tam nic od niego nie poczułem i nie zauważyłem, żeby zachowywał się jak pijany (czy niespełna rozumu). Ot, Błażej jak Błażej, z całym szacunkiem dla wszystkich Błażejów, którzy to czytają. To nie o was.
Ta pani od fryzury z Arcade Fire gruchała na cały autokar, że to nie jej wina, że wyrzucili Błażeja. „Wcale się nie skarżyłam” – męczyła wszystkich pasażerów i przynajmniej kilkanaście osób, z którymi przeprowadziła co do słowa taką samą i równie długą rozmowę.
Nie wiem, ile załogi pozostałoby na pokładzie, gdyby kazać dmuchnąć w alkomat wszystkim pasażerom.
– Ej, myślisz, że jak zjemy te cukierki, to nie będzie czuć gorzały? – mruczy jeden pan do drugiego. Odwracam się, a panowie wyszczerzają się do mnie w porozumiewawczym uśmiechu: jakbyśmy trwali we wspólnej konspiracji i jakby ich zachowanie miałoby budzić mój podziw.
Był jeszcze siwy chłop w czerwonej koszulce Fila i sztruksowej kurtce.
Wciąż kręcił się po autokarze. Stał nad jedynym pasażerem, który chciał go słuchać i coś tam do niego pierdział. Dukał wulgarne historie i wtajemniczał cały autokar w meandry swojego życia prywatnego. Wszyscy wiedzieli o jego byłej żonie, alimentach, żółtych papierach i mogli recytować na wyrywki najdrobniejsze szczegóły z ostatnich czterdziestu lat jego życia.
– Proszę Pana – jedyna odważna zwróciła się do niego podczas postoju. – Wciąż podkreśla Pan, jaki to nie jest dobroczynny, a całą drogę przeszkadza Pan pasażerom. Wszyscy próbują spać. Proszę zachować ciszę.
Chłop się obruszył. Zaczął obrażać ją, a potem ogół pasażerów. Nikt się nie odezwał, ja zresztą też nie.
– Przysięgam, że jak się pan odezwie jeszcze raz, to pana…
I nie pamiętam, jakiego słowa użyła. Teraz mam wrażenie, że „zapierdolę”, ale może zachowała nerwy na wodzy i użyła łagodniejszego odpowiednika. Dodała jeszcze:
– … i nikt nie zdradzi, co zrobiłam, skoro wszyscy tacy cisi i spolegliwi .
Fajnie pojechała pasażerów Sindbada. Fajnie pojechała mnie. Ale przyznaj wytrwały czytelniku, że to obsługa powinna przejąć inicjatywę. No i finalnie przejęła. Zainterweniował kierowca i scena przypominała animację z Simsów.
Patrzyłem przez okno, jak Sims-kierowca grozi palcem Simsowi-chłopowi. Ten drugi tylko udawał skruszonego. Kiedy tylko usłyszał stłumiony szmer rozmowy, wyrzucił:
– Przepraszam bardzo! Państwa zachowanie mi przeszkadza! Proszę zachować ciszę!
Nie traktujcie ten anegdoty jako potwierdzenia dla tendencji. Z mojej rozmowy z pasażerami, wynikało, że często podróżują autokarem i takiego debila jeszcze nie spotkali. Tak było i nie będę ściemniał na swoim własnym blogu, że było inaczej.
Tak czy siak, komfort podróży oceniłbym wysoko.
Pokładowa ubikacja była całkiem wygodna i przypominała tę samolotową. Z jeszcze wygodniejszych można było skorzystać na kilku postojach. Jak już wspominałem, i wspomnę jeszcze raz, bo to jest ważne, miałem mnóstwo miejsca na nogi. Mogłem umilić sobie czas przy seansie Babci Gandzi. Jako człowiek, którego jedna recenzja została podliczona do bazy mediakrytyka, mogę wygłosić fachową opinię, że puszczenie tego akurat filmu było trafną decyzją. Z tytułową babcią utożsamią się starsi pasażerowie, a z gandzią ci młodsi, którzy noszą koszulki „po co chodzić, skoro można latać” kupione na Krupówkach.
Rozumiem, dlaczego kolejnym filmem było RV: Szalone Wakacje na Kółkach z Robinem Williamsem. Cały film rodzina jedzie autokarem. Oglądanie autokaru w autokarze, super ekstra koincydencja. Wytrzymałem cztery minuty, po czym stwierdziłem, że film jest beznadziejny i zacząłem słuchać nowego Comics Weekly.
Z istotniejszych braków, skonsternował mnie brak WiFi (w sindbadziku z Zawiercia nie dość, że było, to jeszcze działało!) i brak kontaktu, żeby podładować sobie telefon (nie wiem, czy coś takiego jest w autokarowym standardzie, ale bym się nie obraził).
Ile takie luksusy kosztują?
Koszt mojego biletu wyniósł mnie 209 złotych. Bez zniżki, w specjalnej ofercie dla tych, którzy płacą przez internet. Nie było żadnych ukrytych kosztów. W obu autokarach mogłem skorzystać z minibaru (głównie napoje i słodkości, większość kosztowała 4zł/1€, więc chyba rozsądnie.
Trudno powiedzieć, ile zapłaciłbym za lot, bo koszty zmieniają się z dnia na dzień. Uśredniając za sam lot, na czysto i bez kosztów dodatkowych, wybuliłbym cztery stówy. A pamiętajcie, że do tego dochodzą dodatkowe wydatki. Na przykład za bagaż rejestrowany. Do autokaru mogłem zapakować ogromną walizkę ważącą jakieś 26kg, całkiem dużą torbę, kolejną na laptop i jeszcze taką małą, podręczną. A mógłbym więcej, gdybym zdołał.
W ten sposób dotarłem tutaj, na balkon z widokiem na Apeniny. Do miasta, które będę poznawał przez kolejne miesiące. Nie będę ściemniał: tudominik.pl staje się blogiem monotematycznym. Będę opisywał moją relację z Florencją. To, jak mi się tu żyje, jak studiuje i co czuję postawiony w zupełnie nowych okolicznościach.
Jeżeli masz ochotę mi towarzyszyć, możesz polubić mój facebook, śledzić mnie na Instagramie i zasubskrybować na YouTubie. Zwłaszcza polecam to ostatnie, bo o ile oglądanie mojego ryja nie stanowiłoby dla ciebie przyjemności, Florencja powinna ci się spodobać.
patrzyła mi prosto w oczy i próbowała mi się wwiercić w duszę
A to wszystko wewnątrz gigantycznego, lukrowanego pączka. Kilkanaście godzin Sindbadem od twojego miejsca zamieszkania. Mówię poważnie.
San Donato wygląda inaczej od centrów handlowych, do których się przyzwyczaiłem. Nie wiem, dlaczego pączek jest święty, ale zgodnie z nomenklaturą na samym środku ma dziurę, która przebija go na wylot. Naokoło sklepy: drogeria, H&M, jakieś włoskie odzieżowe, spożywczy Coop, Media Markt przemianowany na Media World, na górze coś tam jeszcze. Ludzi sporo, ale nie do przesady. Trochę więcej teraz, kiedy w wolnej od sklepów dziurze porozstawiały się świąteczne stoiska. Nic czego nie uświadczysz w centrum Katowic.
Jest tylko jeden powód, żeby nawiedzić Pączka, niesprowadzający się do trwonienia Euro. Hotspot nosi taką samą nazwę, jak galeria, która przyciąga nim okolicznych przechodniów. Prędkość nie jest zawrotna, czasami do reszty traci impet, ale generalnie pozwala ci naściągać zapas seriali na komórkowym Netfliksie. W mieszkaniu nie mam nielimitowanego internetu, stąd żeby oszczędzić, muszę korzystać z gościnności takich miejsc jak San Donato. Ten przepastny opis możesz potraktować jako moją kontrybucję, podziękę za dwa sezony Lady Dynamite, jeden sezon Big Mouth i niezliczonej reszty.
Tym razem wpadłem ściągnąć drugi sezon Easy. O ile centrum handlowe w wersji kabrio zdaje egzamin latem, w tym krótkim okresie, kiedy Florencja jest nieznośnie zimna, staje się tymczasowym wrzodem w tyłku. Siedziałem jak dziewczynka z zapałkami. Telefon ściągał dzielnie odcinek po odcinku. Dobrze, że przyszedłem z zakupami, bo inaczej na mój widok nikt nie kupiłby historyjki, że jestem klientem. Nagle podchodzi do mnie dziewczyna. Miała na imię Hanna.
Jak przesuniecie ten post na samą górę, zobaczcie dwoje oczu i kropkę, taką jak u Hindusów. Dziewczyna za nic nie wyglądała na Hinduskę, ale ta ordynarna kropka nadawała jej orientalnego kontekstu. Wyglądała jak krwawy strup. Miałem wrażenie, że jestem tym chłopaczkiem z Szóstego Zmysłu i oto nawiedził mnie duch klientki, której zabójca stwierdził, że Donat zasługuje na więcej niż jedną dziurkę.
Coś tam zaczęła po włosku. Ja że nie rozumiem. No to ona, że po angielsku. W porządku. Wytłumaczyła, że ma wykonać ćwiczenie i zapytała, czy mogę jej w nim pomóc.
ZADANIE
Było proste i nieszczególnie zobowiązujące. Miałem w milczeniu patrzeć jej w oczy. Ona miała robić to samo, a ponadto notować informacje, które odczytała z mojej twarzy. Na sam koniec mięliśmy skonfrontować prawdę o mnie, którą sobie domniemała, z prawdą prawdziwą. Jak i ty, uwielbiam słuchać o sobie (nawet totalnych głupot), więc się zgodziłem.
PRZEBIEG
Był krępujący, zwłaszcza na początku. Zanim na mnie spojrzała, pochyliła się przy modlitwie. Ręce złożone jak w kościele. Oczy zamknięte. Poczułem się, jakbym wlazł do jakiejś świątyni. Klasycznym Pawłowem wyciszyłem telefon komórkowy, żeby powiadomienia o tym, że kolejny serial o bigamistach, nie zakłóciły spontanicznej ceremonii.
Trochę się śmiałem, jak zaczęła się we mnie wpatrywać. Zakrywałem usta dłonią, ale to nie pomagało. Widziałem, że dziewczynie też zbiera się do śmiechu. Nie chciałem, żeby dowódca zboru ściął jej głowę, więc odtąd starałem się powstrzymywać. Ilekroć zaczynałem się uśmiechać, szybko powracałem do poważnej miny i robiłem tiki, jakby natarczywa mucha usiadła mi na nosie.
Im dłużej patrzyliśmy sobie w oczy, tym bardziej oddalałem się od atmosfery świątecznego jarmarku w centrum handlowym. Tęskniłem za tym spojrzeniem, kiedy Hanna co jakiś czas notowała coś w swoim brulionie. Było w nim coraz mniej napięcia, a coraz więcej melancholii. Udawałem, że jestem obrazem. Nie próbowałem jej zrozumieć, tylko byś jak najbardziej zrozumiały. Niczego nie skrywałem i niczego się nie wstydziłem. Jestem ciekawy, czy jakiś przechodzień zwrócił na nas uwagę, kiedy tak siedzimy i na siebie patrzymy.
REZULTAT
Nadszedł nagle. Okej, powiedziała bezlitośnie wybijając mnie z tego zimowego transu, teraz przeczytam ci moje spostrzeżenia i powiesz mi, czy trafiłam. Kibicowałem jej. Jestem dumnym właścicielem duszy i nie chciałem jej wynajmować amatorce.
Sport odgrywa w twoim życiu ważną rolę. Widzę piłki. Nożną. Albo tę małą, od tenisa.
A ja jestem ostatnią osobą, którą można oskarżyć o upodobanie piłek. Piłki mnie stresują. Przerażają. Uważam, że świat wolny od tych obłych paskudztw byłby piękniejszym miejscem. A w tenisa grałem tylko w GTA V. Puściłem, że chcę rozegrać gem i potem musiałem grać z pół godziny i byłem w rozsypce.
Pochodzisz z niewielkiej miejscowości na południu Francji z „li” w nazwie.
Nie trafiła. Ale naprowadziłem ją, że przyjechałem do Florencji z miasteczka na Ł. Także było zimno, ale nie lodowato. Kalesony zostają w szufladzie.
Jesteś po trzydziestce.
Pudło. Mam dwadzieścia trzy lata, a mentalnie chodzę do ósmej klasy szkoły podstawowej. Do tego goliłem się tego dnia. Mimo to, poczułem się dziwnie połechtany. Ponoć facet po trzydzieste osiąga apogeum swojej przystojności. Tak dobrze nie wyglądał nigdy wcześniej i nie będzie taki piękny nigdy później. Miło, że ktoś uznał mnie za człowieka u szczytu formy. Z drugiej strony, jeśli tak miałby wyglądać szczyt mojej formy, oddaję się do reklamacji.
Twoje ulubione kolory to zielony i pomarańczowy.
Nie chciałem zrobić jej przykrości, więc nie wykrzyczałem, że to najgorsze kolory, jakie znam. Tym razem jej moc zadziałała, bo odgadła moją konsternację i zrobiła smutną minę. Ale kiedyś bardzo lubiłem zielony! To był mój ulubiony Power Ranger! Trochę się rozchmurzyła i przeszła do następnego punktu.
Twoi rodzice nie mieszkają w tym samym mieście.
Patrząc na statystyki, miała pięćdziesiąt procent szans, żeby trafić w dziesiątkę. Zrobiła smutna minę, jak powiedziałem, że się rozwiedli. Nie umiem nazwać jej miny, kiedy szybko dodałem, że całe szczęście, że to zrobili.
Grasz na jakimś instrumencie. Albo bardzo chciałbyś grać. To jest instrument klawiszowy. Pianino?
Prędzej bym chciał, niż rzeczywiście gram, ale fakt, że mam swój syntezator i bardzo za nim tęsknię, bo nie zabrałem go do Florencji. Jeżeli oglądaliście moje filmiki na YouTubie, wielokrotnie w tle plumkają melodyjki mojego autorstwa. Wymyśliłem dużo piosenek. Całą szufladę. Jeżeli którąkolwiek usłyszysz, to po moim trupie.
Widzę słowo. Unforgettable.
I wiecie co? Tak jak nie trafiła z piłkami, kolorami i resztą tego gówna, tym mnie zażyła. Rzeczywiście zależy mi na tym, żeby dać się zapamiętać. I nic nie przeraża mnie porównywalnie do bycia zapomnianym. Pomnik trwalszy niż ze spiżu. Bycie kimś niemożliwym do zapomnienia. Jakkolwiek niskie to i płytkie, moje jak niewiele innych rzeczy. Kiedyś mi się śniło, że mnie wykopują z grobu, żeby zrobić miejsce świeższemu nieboszczykowi. A ja awanturuję się z grabarzami, żeby dali mi odpoczywać. Wiecie, wiecznie odpoczywać.
Niestety, ten niezapomniany to mógł być taki wytrych. Każdy mógł się z tym utożsamić, bo nikt nie chce być zapomniany. Ty też nie. Chcesz coś po sobie zostawić. Choćby durnego bloga na tumblrze, tak jak ja. Albo kręcisz jakieś pierdoły na YouTube i czekasz, aż ktoś to w końcu zobaczy. Albo zmuszasz się do rzeczy, które nieszczególnie cię bawią, ale w imię jakiejś niedookreślonej wizji ciebie odciskającego trwałe piętno. Choćby jakaś pierdoła, byle była większa, niż ty sam.
Później trochę rozmawialiśmy, wyluzowani jak po butelce wina i kiści winogron. Pytała się o mnie. Opowiedziała o sobie. O hinduskim czymś, w którym bierze udział od trzech lat. O zdrowej żywności i niezdrowych toksynach. O nauczycielu, który podobno jest bardzo mądry i zabawny. Według Hanny, zna sposoby na dłuższe utrzymanie młodości. Patrzę na jego zdjęcie i zapytałem, ile ma lat.
A ile być mu dał?
No z siedemdziesiąt przynajmniej.
Ma czterdzieści lat.
Co ty gadasz?
Najwyraźniej kolejny szewc na bosaka. Ale przynajmniej się uśmiechał. Hanna też się uśmiechała. Zacząłem się denerwować, że te zabawy w patrzenie sobie w oczy i wesołe quizy zapoznawcze to wstęp do krótkiej historii, która skończy się moim procesem za zamordowanie kolejnej żony Romana Polańskiego. Ja jestem naiwnym człowiekiem, więc może bym się nabrał, gdyby nie fakt, jak wiele spostrzeżeń Hanny okazało się chybionych.
Z drugiej strony, jakby chciała mi zaimponować i perswadować mi swoje rzekome umiejętności, poleciałaby większymi banałami. W swoich spostrzeżeniach nie byłaby taka precyzyjna. Sprawiła wrażenie, jakby rzeczywiście trenowała. Rzuciła coś, że zaprasza na spotkania, podała wizytówkę z obrazkiem uradowanego czterdziestolatka, który wygląda na siedemdziesiąt. Na tym skończyło się nasze spotkanie. Dziewczyna opuściła San Donato i wyruszyła praktykować te swoje czary mary.
Zajrzałem potem do internetu i sprawdziłem stowarzyszenie, do którego należy Hanna. Ponad sto tysięcy subskrybentów na YouTube. Cztery tysiące sześćset dziewięćdziesiąt filmów z tym strojnisiem z wizytówki. Oddziały na kilku kontynentach. Książki. Strona internetowa ze sklepikiem. Kursy jogi. Niby fundacja, ale jednak biznes.
I wiecie co, miliony czytelników Dominika rozsiane na całym świecie? Na daną chwilę nie planuję przystąpić do sekty, ale to ćwiczenie, z patrzeniem w oczy i zgadywankami, brzmi jak fajna zabawa. Spróbuję się w nią wgryźć. Tutaj albo w Polsce. Nieważne. Nie jestem pewien, czy będę o tym tutaj pisał. Jeżeli to będzie ciekawe, to może dam znać.
wolałbym być Włochem, mniejsza o to, że Włosi nie istnieją
Jeżeli czytałaś mój poprzedni tekst, to pewnie jesteś skonsternowana. No jak to? – myślisz. – Dopiero co napominał, żeby nie szufladkować ludzi poprzez ich pochodzenie, a teraz dokłada się do stawki dziesiątek takich samych, durnych, stereotypowych wpisów. Co za hipokryta z tego Dominika!
Celna uwaga, moja wymyślona czytelniczko! Nie uważam, żebym spędził w Toskanii wystarczający czas, żeby snuć poważne społeczne obserwacje. Nie uważam też, że obraz Florentczyków daje mi perspektywę na Włochów jako takich. Głównie dlatego, że – a co się będę, pojadę z grubej rury:
Włosi nie istnieją!
Massimo d’Azeglio powiedział słynne Abbiamo fatto l'Italia, ora dobbiamo fare gli italiani co znaczy Stworzyliśmy Włochy, teraz musimy stworzyć Włochów. To istotne słowa – szczególnie dla orędowników tezy, iż narody są produktem polityków. Koniecznie sprawdźcie książkę dr Marka Migalskiego na ten temat. Nazywa się Naród Urojony, prawie jak u Dawkinsa. Jest ciekawa.
To zdanie, które przekopiowałem z wikicytatów żeby nie zrobić literówki, streszcza historię powstania Włoch. Poszczególne małe królestwa zjednoczyły się w jedno, może nieszczególnie duże, ale przynajmniej o gustownym kształcie pantofla. Ale co z tego, że królestwa zintegrowały się politycznie, skoro mieszkańcy tych wszystkich królestw wciąż czuli się mieszkańcami ich i niczego ponadto?
W grę nie wchodziły jedynie stadne emocje, ale też konkretne, obiektywne argumenty: mieli swoje języki, zwyczaje, odrębności i swoją kulturę. Ludzie z różnych regionów mieli ze sobą mniej-więcej tyle wspólnego, co współcześni Polacy z Czechami czy Słoweńcami. Czyli dla postronnych coś tam ich łączyło, ale z ich perspektywy nie tak wiele.
Misja Ezeglio, żeby z Toskańczyków, Wenecjan, Genueńczyków i z całej reszty zrobić Włochów, teoretycznie się powiodła, ale w praktyce regiony do dzisiaj zachowały swoją autonomię. Tak jak ostatnio Katalończycy, niektórzy mieszkańcy bogatszych regionów chcieliby się oddzielić od Włoch. Zwłaszcza od tych ubogich i południowych, w których być może nie czułbym się takim biedakiem, jakim poczuwam się we Florencji. Chętnie się tam wybiorę.
Ileż się można wymądrzać! Pora na konkretną anegdotę. Tak w ogóle, odtąd będę nazywał Włochów Włochami, ale weź to proszę w cudzysłów.
Kiedy do mojego mieszkania wpadł właściciel, pokazałem mu sos boloński mojej roboty. Plasterki marchwi i selera naciowego duszone na wytrawnym, czerwonym winie w towarzystwie mielonej wołowiny. Dwa ząbki czosnku. Kilka listków świeżej bazylii. Do tego nieprzesadnie dużo pasaty. Całość bulgocze sobie na najmniejszym możliwym ogniu.
Nicola, bo tak nazywa się właściciel, najpierw pokiwał z uznaniem, po czym określił mój sos ciekawą, polską interpretacją. Kiedy ja próbowałem zrobić to jota w jotę, jak włoski Bóg przykazał.
Musiał wcisnąć swoje trzy grosze. Był podekscytowany, kiedy tłumaczył mi niuanse odróżniający mój sos od tego, który robiła mu mama. Cieszył się, że jestem żywo zainteresowany i zasypuję go pytaniami.
Włosi uwielbiają, jak komplementujesz ich kulturę.
Choćbyś poddawał ich język drastycznym katuszom, docenią, że przynajmniej próbujesz się nim posługiwać. Są dumni, że przepadasz za ich kuchnią, gotujesz ich pastę i pieczesz pizzę, mimo, że oczywiście robisz to tragicznie, ale całkiem dobrze jak na Polaka.
Pamiętacie, jak w rozmowach z obcokrajowcami robiłem sobie jaja z Polski? No u nich to by nie przeszło. Zgodzę się, że są Polacy, u których też by to nie przeszło i to jest ich całkiem sporo. Niemniej wydaje mi się, że nawet oni miewają do swojego pochodzenia większy dystans, niż poznani przeze mnie Włosi.
Kojarzysz stereotyp o Francuzach udających, że nie znają angielskiego i wymuszających na tobie mówienie w ich języku? U Włochów to jest posunięte do ekstremum. Mało, że nie chcą rozmawiać po Angielsku, to jeszcze nie umieją. Kiedy jestem na uniwersytecie i pytam o coś przechodnia, ten rozkłada ręce i mówi, że Io non parlo Inglieze.
I znowu: jasne, że zdarzają się Włosi mówiący po angielsku, zresztą o wiele lepiej ode mnie. Nie dysponuję żadnymi badaniami, żadnymi danymi statystycznymi na temat znajomości angielskiego wśród młodych mieszkańców Florencji. Po prostu, moje dotychczasowe doświadczenia pozwalają mi sądzić, że Włochy nie są przyjaznym miejscem dla kogoś, kto chciałby się tu dogadać po angielsku. Musisz mieć szczęście, żeby trafić na anglojęzycznego Włocha. Myślę, że większe, niż Polaka.
Jednoznacznego powodu nie znam i do głowy przychodzi mi tylko jeden. Wyobraź sobie, że we włoskich multipleksach wszystkie filmy puszczają z włoskim dubbingiem.
Wiem o jednym florenckim kinie, które wyświetla filmy po angielsku. Niestety, są to jakieś czarno-białe klasyki i nowego Thora raczej tam nie obejrzę.
Gwoli sprawiedliwości, obejrzenie filmu z włoskimi napisami w multipleksie, który odwiedziłem, jest możliwe. Taka możliwość zdarza się w każdy wtorek o dziewiętnastej trzydzieści. Jedna projekcja w tygodniu!
Jak ci Włosi mają się nauczyć angielskiego, skoro nie mają z tym językiem kontaktu? Że niby w szkole? Pokaż mi kogoś, kto nauczył się mówić po angielsku chodząc do szkoły.
Okej, skoro całą narodowość Włochów włożyłem już w cudzysłów, nazwałem ich nacjonalistami i językowymi ignorantami, pora o nich powiedzieć coś miłego! Nie nazywam się Patrykiem Vegą, żeby pozostawić swoich czytelników z tak posępnym obrazem!
Szkoda, że moi rodzice nie byli Włochami. Wydaje mi się, że jako Włoch byłbym szczęśliwszym człowiekiem.
To jest piękne, rozsiąść na ławce i przyglądać się, jacy ci ludzie są wobec siebie. Jakkolwiek nie wierzyłbym w narody, nic nie poradzę na to, że widzę różnice. Może to przez ten ich melodyjny język, a może przez toskańskie słońce, ale tutejsi ludzie są czuli i serdeczni, zwłaszcza wobec dzieci. Nie przypominam sobie, żebym przebywając w parku nie spotkał ojców, którzy po całym dniu w biurze grają z dziećmi w piłkę. Albo matek, bez różnicy. To piękne, ile serca ci ludzie okazują psom. Spędzają godziny bawiąc się z nimi i biegając. I jakie te psy zadbane, jakie wychowane!
To jest piękne, zobaczyć uśmiech na twarzy kogoś, kto spogląda w twoim kierunku i nie sprawdzać w przednim aparacie telefonu, czy wszystko w porządku z twoją twarzą i czy skubaniec się właśnie nie wyśmiewa.
To jest piękne, że ci ludzie są na tyle asertywni, żeby swoim stylem życia manifestować prawo do relaksu. Każdy człowiek, niezależnie od nacji i innych orientacji, lubi spędzać miło czas. Nie uwierzę ci, jeśli powiesz, że uważasz inaczej.
Moja sytuacja z internetem jest różowa, ale należy dodać, że jest to wyjątkowo siny odcień różu. Mimo dramatycznych okoliczności, udało mi się wstawić na YouTube filmik, w którym zobaczysz mój pierwszy spacer po starym mieście Florencji. Minęło tak niewiele czasu, odkąd tu przyjechałem, a mój ówczesny zachwyt nad każdą mijaną pierdołą bawi mnie już teraz.
Całą drogę nie mówię nic, co głębią intelektualną przebijałoby onomatopeję uaaauuuu. To miasto potrafi robić pierwsze wrażenie i chyba udało mi się uchwycić ten zachwyt. Sprawdźcie, a jak nie, to chociaż spójrzcie na tę twarz z miniaturki: jaka ona radosna, jaka ona pod wrażeniem.
Teraz nie dość, że muszę wypracować znajomość z Florencją, to jeszcze kumpelskie flow z kamerą. Jak przed nią gadam, cały czas odczuwam krępujący respekt, tak jakby przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną w głównej siedzibie iD.
Okiełznanie Florencji powinno pójść ciut sprawniej. Nietrudno o nabieranie dystansu, kiedy na nic człowieka nie stać. Z dominikańskiego budżetu nie wystarczyłoby na pokrycie coperto, a co dopiero na zamówienie czegoś ponad czerstwy chleb zroszony oliwą, zwieńczony pomidorem pokrojonym w kostkę. Nie pomyślałem o tym przed przyjazdem, ale Florencja to miasto dla bogatych ludzi – przynajmniej jeżeli jesteś z Polski i dostajesz wypłaty w złotówkach. Szybko darowałem sobie przeliczanie na peeleny, bo popadłbym w paranoję i jedyna pasta, jakiej bym spróbował, służyłaby do czyszczenia butów.
Uspokoję, że życie florenckiego plebejusza nie jest takie tragiczne. Niektóre produkty są o wiele tańsze niż w Polsce i tak się szczęśliwie złożyło, że są to sami moi ulubieńcy.
Siedzę w kawiarni przy markecie i za filiżankę cappuccino zapłaciłem jeden euro i dwadzieścia centów. A to wcale nie jest najtańsza opcja! Euro to taka średnia, przynajmniej kiedy nie pijesz w ścisłym centrum, w miejscach, których nie wypada odwiedzać bez fedory i kluczyków od Lamborghini. Nie wiem, czy mają tu Starbucksa, ale nawet z polskimi cenami nie utrzymałby się przez tydzień.
Ceny pizzy też są okej, ale jadłem ją dopiero kilka razy i do tej kwestii powrócę ze szczególną powagą. Najbardziej taktowna suma, jaką zainwestujecie w Margerittę, to pięć euro. Tragedii nie ma. Zwłaszcza kiedy nie jesteście parszywymi grubasami i podzielilibyście się nią z kimś jeszcze. Pizza jest po to, żeby się nią łamać i rozdawać.
We Florencji pizza ma jeden rozmiar i jedną grubość ciasta. Broń cię Bóg pytać o grube ciasto. Broń cię Maryja pytać o sos czosnkowy albo ten z tysiąca wysp. Broń cię Dzieciątko Jezus choćby rozważać polanie jej ketchupem. Włosi ogłosiliby żałobę narodową.
Nawet najtańszy makaron z marketu Coop co najmniej dorównuje jakością tym z górnych półek w polskich sklepach. Barilla jest tutaj tak tania, i powszechna, jak nasza Lubella. Za euro kupisz wielką pakę ośmiu, jeśli mnie pamięć nie myli, rogalików rozmiarów 7-daysa, za tyle samo w Polsce ledwo starczy ci na dwie sztuki. Dwa euro zapłaciłem za przepyszną oliwę z oliwek, tyle samo za pękatą, półkilową pakę startego parmezanu, a kilkadziesiąt eurocentów za butelkę passaty. Muszę wam kiedyś pokazać, jak wyglądają tutejsze kioski: między włoskimi czasopismami spoczywa półeczka wypełniona butelkami rozmaitych win. Wino kupicie wszędzie i dowolnej maści. Tutaj wino piją wszyscy, zawsze i wszędzie. Rozpiętość cenowa jest gigantyczna: od wina w cenie nowego iPhona do ordynarnych kartonów za mniej niż euro. Rzecz jasna zazwyczaj kupuję kartony…
Pod względem żywieniowym, mam właściwie tylko jeden palący problem: obszedłem całe miasto i połowę lodziarni, pytałem o lody włoskie, zakręcone, najlepiej maczane w stygnącej czekoladzie z pokruszonymi orzechami.
Patrzyli na mnie jak na kretyna. Niby oczywista sprawa, że wszystkie lody, które ci podadzą, są w pewnym sensie włoskie, ale jednocześnie żadne z nich nie są włoskie. Chyba kolejne włoskie lody, w tym moim pokracznym, nadwiślańskim rozumowaniu, zjem dopiero z wami.
Co tam u was? Bo ja mieszkam we Florencji już tydzień! Gdyby to były wczasy, zacząłbym pakowanie magnesów na lodówkę, kubraków na telefony i breloczków, żeby krewni i znajomi, ilekroć wchodzą do domu, jedzą albo sprawdzają facebooka, mogli wspominać mój wyjazd.
Możliwe, że niedługo przestanę się tutaj czuć jak turysta i będę mógł zacząć opisywać prawdziwe życie w Toskanii. Wiesz, codzienny znój, prozę życia, szarą codzienność i komunikacyjne katastrofy. Przecież na to liczysz, widząc w internecie tekst z Florencją w tytule, co nie? Polaka, który narzeka. Karla Pilkingtona, tylko bardziej i gorzej.
1.Interwencja
Wybraliśmy się ze współlokatorami do jedynego klubu na naszej dzielnicy. Chmara młodych gniewnych, dudniąca muzyka, drogie drinki. Coś tam pijemy i gadamy. Schodzimy na temat mojej osoby.
– Dominik – rozpoczęli klasyczną, sitcomową interwencję. – Mówimy to dla twojego dobra. Żebyś wiedział, jak mogą cię postrzegać ludzie. Nie chcemy cię urazić.
Nieźle się ustawili, bo takich słowach mogą powiedzieć, co tylko zechcą, a chłopiec do bicia Dominik musi przyjmować raz za razem bez zająknięcia, bo przecież dostaje te razy w dobrej wierze, nie żeby urazić...
– Zauważyliśmy, że kiedy rozmawiałeś z obcokrajowcami:
Mówiłeś szybko
Byłeś donośny
Gestykulowałeś
Podnosiłeś ton
Jąkałeś się
I mówiłeś za dużo
Chyba niczego nie pominąłem. W każdym razie mówili dalej: Ich zdaniem, przy pierwszym wrażeniu mogę sprawiać wrażenie kogoś natarczywego, gnuśnego, skłaniającego rozmówcę do postawy obronnej czy skrajnie wydrążenia prowizorycznego tunelu prosto do Australii.
Jesteś zbyt otwarty, usłyszałem. Możesz odstraszać ludzi. A skoro ktoś jest zbyt otwarty, dodałem sobie w głowie, powinien się przymknąć.
Słowa współlokatorów mogłem potraktować na kilka sposobów. Na przykład powiedzieć, żeby pilnowali swojego nosa i tylko Thor może mnie oceniać. Ewentualnie mogłem pokornie przyjąć te uwagi, a zaraz potem poprowadzić desant z odwetową salwą sugestii pod ich adresem. Wybrałem trzecią opcję, której wam jeszcze nie opisałem...
Odpowiedziałem, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
2. Historyjka o człowieku pióra
Lubię powtarzać wymówkę, że jestem człowiekiem pióra. W bezpośredniej interakcji nigdy nie osiągnę poziomu, jaki wydaje mi się, że osiągam stukając w klawiaturę laptopa. Ale czy rzeczywiście jest coś takiego jak człowiek pióra? A może raczej wmówiłem sobie to wytłumaczenie dla własnej wygody? Człowiek pióra brzmi dumniej niż człowiek komunikacyjnie upośledzony.
W tym roku nakręciłem krótkie wywiady z ulubionymi twórcami. Dorwałem Włodka Markowicza, Szymona Heda Lieberta i Człowieka Wargę. Każdego z nich cenię, więc w bezpośredniej konfrontacji nie mogło być inaczej – pokazałem najgorsze, co tylko mogłem. Potem oglądałem te swoje wywiady i byłem załamany. W mojej głowie wyglądały o wiele lepiej, niż w bezwzględnej soczewce podręcznej kamery. Patrzyłem na ten chaos w okularach i nie chciałem się z nim utożsamiać. Widziałem, jak sabotuje swoją własną pracę.
Byłem tym bardziej wkurzony, że już wcześniej ćwiczyłem mówienie wolniej, mniej i bardziej zadbanie. Rezultaty przyszły szybko, ale w konfrontacjach z nowymi ludźmi stare nawyki powracają. To są raczej incydenty niż tendencje, ale to nie ma znaczenia, skoro to one konstruują pierwsze wrażenie o mnie.
3. Karabin maszynowy
Nie chcę, żeby ludzie, przebywając w moim towarzystwie, czuli się źle. To kwestia ego. Każdy chciałby, żeby ludzie dookoła mieli o nim dobre mniemanie. A ci piejący, jak to nie mają wyjebane na opinię innych, to już zwłaszcza, stąd umyślnie generalizuję i piszę, że „każdy”. Wiem, jak ważna jest umiejętność budzenia bezpieczeństwa i zdaję sobie sprawę, że kobiety poszukują jej w mężczyznach. Mam w głowie obraz Dominika Idealnego i czasami przypomina mi się, żeby się w niego bawić.
Najgorsze, że znam ludzi, którym zdarza się podnosić ton, mówić głośno i stanowczo i wiesz co? Uwielbiam ich towarzystwo! Quentin Tarantino mówi jak karabin maszynowy, macha rękami i się jąka, a o niewielu rzeczach marzę tak mocno, jak o wyczerpującej dyskusji z Tarantino. Z Czesławem Mozilem zresztą też.
– Co on wziął, że tak się zachowuje? – pytają ludzie, którzy muszą wszamać cztery tablice Mendelejewa, żeby przestać się kontrolować.
Ten konsternujący, jowialny, odważny i transparentny do granic przesady sposób bycia nie przysparza popularności. Nie jest żadną specjalną cechą i nie traktuję go jako błogosławieństwo i przekleństwo. Nie jestem Spider-Manem, tylko gościem, który może odstraszać od siebie ludzi. To jest walka o bycie usłyszanym. Introwertyzm ubrany w halloweenowy kostium hiperekstrawertyzmu . Podskórne uznanie swojej gorszości wobec rozmówcy. To są myśli, które buzują w głowie tak gęsto, że trudno nad nimi zapanować.
4. Później dołączył do nas Malik.
Miał 25 lat, studiował ekonomię, pochodził z Pakistanu i był całkiem wdzięcznym rozmówcą. Na starcie przyjąłem stonowaną postawę, ale spokój Malika udzielił mi się na tyle, że nie musiałem myśleć o takich sprawach jak panowanie nad sobą. To była ciekawa rozmowa i pomimo dużej ilości wina, od początku do końca utrzymana w rezonie, bez darcia się, jąkania i gruchania, przynajmniej z mojej strony. A więc, cytując klasyka, można, jak bardziej, jeszcze jak… Ale cóż z tego, że można, skoro nie wiem, czy warto?
Najmniej kontrolują się dzieci. Potem dorastają i uczą się zachowywać jak należy. Bawią się w dorosłych, a z biegiem czasu zapominają, że to tylko zabawa. Jakiś wymyślony układ reakcji, stworzony tylko po to, żeby ludzie trwali w sferze przewidywalności. Czyli, jak zwykle, wszystko sprowadza się do odwiecznego i krwawego konfliktu między wolnością a bezpieczeństwem.
Podobną rozmowę odbyłem niedawno z ojcem. Uprzedzał, żebym we Florencji hamował swój entuzjazm, bo w przeciwnym razie nie zostanę potraktowany serio. Wiecie, spacerować tymi ciasnymi uliczkami, oglądać zabytkowe katedry, po których kiedyś biegał Ezio... i tłumić swój zachwyt. Spotykać ludzi z całego świata, wszystkich ras i wyznań... i nie jarać się perspektywą ciekawych doświadczeń.
Jeżeli możesz się utożsamić z tym, co opisuję, pewnie w tym miejscu oczekiwałbyś odpowiedzi, jak sobie z tym poradzić. Zachowując się w ten sposób nie jestem ani człowiekiem pióra, ani Quentinem Tarantino. Ty też nie jesteś, sorry, chyba że czyta to Tarantino. Ale czy chociaż jesteśmy sobą bardziej od tych zmanierowanych robotów dookoła? Też nie! Miliony mott piosenek, filmów i książek promowało mityczne „bycie sobą” bez zastanowienia, co to właściwie oznacza.
Jak na człowieka, który myśli poważnie o doktoracie z komunikacji i ma nad łóżkiem plakat Gobana-Klasa, bywam rozmówcą beznadziejnym.. No bo jak to tak: traktować swoją, intersubiektywnie rzecz biorąc, przywarę jako nieodłączny element osobowości? A co z zabawą w lepszą wersję siebie? Po co zacząłem lepiej jeść, trenować i pajacować, skoro wykładam się na fundamentalnym „cześć, jak się masz”?
Oto rada, którą kieruję do samego siebie. Jeżeli masz podobnie, też możesz z niej skorzystać.
To całe bycie sobą to najzwyczajniejsze w świecie lenistwo, sposób żeby zarzucić pracę nad kształtowaniem tego, kim jestem. Nie muszę godzić się na wady i nazywać je swoimi wadami. Jeżeli miałoby to prowadzić do zmiany na lepsze, zmieniajmy się.
Według dyplomu, który dostałem na uroczystej gali z przemowami i zimnymi przekąskami, jestem dobry. O mojej dobroci świadczy też drzewko, które wręczono mi razem z tym, jak lubię myśleć, oficjalnym certyfikatem. Nazywa się Drzewko Dobroci i zwykło się je wręczać ludziom dobrej woli zaangażowanym w pomoc pewnej instytucji.
Na dyplomie jest dedykacja i zacytuję ją w całości:
Za gotowość współpracy i bezinteresowne Prowadzenie Prezentacji Warsztatów Terapii Zajęciowej Województwa śląskiego oraz montaż filmów dokumentujących Warsztat Terapii Zajęciowej.
Czy to, co zrobiłem, rzeczywiście świadczy o mojej dobroci?
Drzewka to coroczna nagroda przyznawana w dniu urodzin Warsztatu. W tym roku przypadły dwunaste. To oznacza, że od dwunastu lat moja mama jest tam instruktorem.
Kiedy zaczynała pracę, byłem dzieckiem jeszcze bardziej niż teraz. Czasem ją tam odwiedzałem. Zabierała mnie ze sobą na wycieczki, gdzie oswajałem się z niepełnosprawnymi uczestnikami warsztatów i z niektórymi zdążyłem zbudować jakąś relację przez te dwanaście lat.
Nie byłem nikim w stylu stałego wolontariusza, ale kiedy zachodziła taka potrzeba i umiejętności, które mam, mogły się na coś przydać, chętnie się w to angażowałem.
Nie wiem, czy zamiana jowialnego, wynajętego wodzireja na jąkającego się i szepleniącego grubaska w okularach nie była aby uwarunkowana cięciami budżetowym. To nie miało dla niego znaczenia, kiedy pani, która jest kierownikiem warsztatu i inne koleżanki mamy dostrzegły w nim potencjał. Zaproponowały mu prowadzenie jednej z największych tego typu imprez w regionie, więc Dominik sprzed jakichś pięciu albo sześciu lat nie mógł odmówić z samego instynktu samozachowawczego.
Jak tu odmówić komuś, kto cię docenił i odważnie stwierdził, że sobie poradzisz? Nie da się wtedy nie pomóc. Przynajmniej ja tak mam, ale wy też. Nie wiem, czy intencje, które mi przyświecały w chwili, kiedy zdecydowałem się pomóc, były rzeczywiście takie altruistyczne i fajowskie. Oho – palcem wskazującym poprawił okulary przyciskając je do nosa. – Dochodzimy do kwestii, nad którą aksjologowie rwali sobie ostatnie włosy z głowy!
Co świadczy o dobroci: intencje postępowania, czy jego efekty?
Czy dobro może się przytrafić przypadkiem i być czymś w stylu efektu ubocznego?
Albo jeszcze zgrabniej: niezdefiniowanego dotąd przeciwieństwa zła koniecznego?
Trochę namieszałem, ale ufam, że wszyscy nadążają i mogę przejść do odpowiedzi na tytułowe pytanie. Nie ma co zwlekać, bo pośniecie. Miały być poważne deklaracje, a nie Wstęp do Etyki – wydanie drugie poprawione.
Całe szczęście nie jestem dobrym człowiekiem.
Na gali Drzewek Dobroci moje drzewko było brązowe. Gdyby ktoś wpadł na pomysł Drzewek Podłości, być może załapałbym się na platynę.
Najgorszy jestem w myślach. W nich jestem masowym mordercą i szowinistą. W nich powstają nieprzyjemne komentarze na temat wyglądu innych. Nie wiem jak wy, ale ja zło mam w naturze.Powraca wątek instynktu samozachowawczego, dzięki któremu z myśli rzadko zdarza mi się przechodzić w słowa, a ze słów w czyny. To najprostszy mechanizm. Kiedy w moim mniemaniu coś jest złe, to tego nie robię.
Może domyślacie się, że nawet lubię pisać. I to nie tylko notki na bloga i artykuły, ale też opowiadania, powieści i scenariusze. W ogóle, opowiadanie historii to moja ulubiona rzecz na świecie ex aequo ze słuchaniem cudzych. Dobra historia musi mieć wiarygodnie napisanych bohaterów. Wielu autorów popełnia zasadniczy błąd przy kreowaniu złoczyńców. Wiedzą, że coś jest złe, więc to robią, bo chcą być źli. Wtedy krytycy literaccy mówią, że czarny charakter jest płaski. Zresztą nie tylko krytycy, każdy potrafi to wyczuć, bo zna zło jak własną kieszeń. Jakby się zastanowić, wychodzi ono na powierzchnię w kilku przypadkach:
Gdy ktoś traci nad sobą kontrolę pod wpływem emocji.
Gdy ktoś postępuje źle pozostając w głębokim przeświadczeniu, że właśnie zbawia świat. Robi coś źle czyli niewłaściwie, jak zadanie matematyczne.
Gdy zło jest efektem ubocznym czegoś innego, co przynajmniej w mniemaniu ktosia jest dobre.
Nie da się powiedzieć, która z ewentualności jest najgorsza. Wszystkie prowokowały ludzi do najokropniejszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Oczywiście wśród nich są takie, które dla jednych są dobre a dla drugich złe. Ten temat kryje w sobie za dużo niuansów, żebym mógł je wszystkie elegancko wypunktować i w czeluści związać.
Odbiorcy kochają niejednoznaczne postacie, o zło których można się sprzeczać. Wy go nie rozumiecie! – wykrzykują wtedy psychofanki na specjalnie ku temu założonych blogach na Tumblr.
Jak odkryłem, że jestem Hermioną? Dlaczego mam przerąbane? Z jakiego powodu ludzkość powinna być mi za to wieczna? Tyle pytań, na które zaraz odpowiem!
Trudno w to uwierzyć, ale na początku kariery w Szkole Magii i Czarodziejstwa Harry i Ron nie znosili Hermiony. Dziewczynka denerwowała kolegów swoją kompulsywną aktywnością na wszystkich zajęciach. Ostatecznie Hermiona okazała się najfajniejszą, najinteligentniejszą i najbardziej użyteczną postacią w świecie Rowling, a przyszły mąż oraz rzekomy główny bohater nie mieli żadnych przeciwwskazań, kiedy rozstawiała ich po kątach.
O tym, że ja, Dominik, cierpię na syndrom Hermiony, zorientowałem się niedawno. To znaczy symptomy zawsze były widoczne, ale dopiero teraz je zdefiniowałem.
Jako wytrawny masochista, po obronie licencjatu postanowiłem kontynuować naukową karierę. Wprawdzie plany miałem nieco inne, ale ostatecznie wylądowałem na tym samym Wydziale Nauk Społecznych, na który tak narzekałem przez ostatnie trzy lata. Leszek Miller nazwałby to szorstką przyjaźnią.
Dziś nie mam powodu do narzekania. Przeciwnie, muszę swój wydział oficjalnie pochwalić. Z okazji odbywających się wczoraj otrzęsin (czy czegoś takiego) do godziny dwunastej trwały godziny rektorskie. Dla niewtajemniczonych, w takich godzinach rektor (wielka szycha na uniwersytecie) zarządza, że nie odbywają się żadne zajęcia. Mało tego, od godziny dwunastej trwają godziny dziekańskie. Analogiczna sytuacja. Ktoś inteligentny połączy oba fakty i dojdzie do słusznego wniosku, że wydział postąpił nadzwyczaj łaskawie. Widziałem wczoraj, jak dwóch wykładowców podskakiwało na tę wieść ze szczęścia.
Wolny dzień uchronił mnie przed kolejnym atakiem syndromu Hermiony.
Wyobraź sobie, że jesteś na zajęciach. Studenci walczą o takie miejsce, które jednocześnie byłoby najbardziej oddalone od pulpitu ćwiczeniowca i znajdowałoby się jak najbliżej gniazdka. Dziewczyny scrollują katalog butów, chłopaki też coś tam sobie scrollują. Żeby nie było, niektórzy wszystko skrzętnie notują. Prowadzący zajęcia staje na głowie, żeby wprawić w duszną salę trochę życia. Staje na głowie, czasami nawet dosłownie. Niestety, prośba ani groźba nie wygrywa z katalogiem butów. Nieszczęśliwiec wygląda wtedy jak stand-uper, który pomylił hotele i wyszedł ze swoim monologiem na konwencję Prawa i Sprawiedliwości.
Wtedy moja wewnętrzna Hermiona daje o sobie znać. Przejmuję inicjatywę i zaczynam się zgłaszać, odpowiadać na pytania i zadawać kolejne. Mniej lub bardziej celnie, czasami trafię pudło, ale to nieistotne. Ćwiczeniowiec nie ma serca mnie masakrować, bo wtedy skrępowałby usta jedynemu, który otwiera je w innym celu, niż ziewanie*
ZROBIŁEM KIEDYŚ EKSPERYMENT
Zdusiłem w sobie swoją potrzebę zabrania głosu. Wówczas, po kilku minutach krępującej ciszy, zrezygnowana pani doktor zarządziła kolokwium. Oczywiście wypadłem na kompletnego kretyna.
Tego się po panu nie spodziewałam — powiedziała pani ze smutkiem w oczach. Chyba serio myślała, że inteligentny ze mnie gość i się przeliczyła. Powziąłem sobie za punkt honoru udowodnić jej i sobie, że to był tylko wypadek przy pracy, ale to już inna historia.
Nie jestem sam, bo na moim roku jest kilka osób z tą samą dolegliwością. Muszę nas kiedyś skrzyknąć w coś w stylu koła wsparcia. Nie wiem, czy każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale bycie Hermioną (nawet jej głupszą i brzydszą wersją) jest męczące. Ludzie myślą, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy, kiedy nas do ciągłego zabierania głosu skłania najzwyklejsza w świecie empatia.
Jasne, pewnie nie tylko ona, bo swoje robi też awersja do ciszy, albo uporczywa potrzeba ciągłej ekspresji. Tak czy siak, eksperyment udowodnił, że Hermiony są jak nolanowski Batman — nikt ich nie chce, ale każdy ich potrzebuje. Inaczej ludzie spłacaliby warunki do sześćdziesiątki.