Była ucieleśnieniem marzeń. Jej matka śniła o niej na długo zanim jeszcze przyszła na świat. Piękność, o migdałowych oczach i tak delikatnej cerze, że nawet najmniejsze zadrapanie sprawiało, że na twarzy widniały szramy jak po bitwie. Ona jednak nie lubiła siedzieć w miejscu i słuchać moralizatorskich kazań o życiu. Pamięta karcący głos matki; jej nerwowe ruchy, gdy musiała opatrywać jej pozdzierane kolana. Jej słowa powtarzane jak mantra: „żadnych blizn, żadnych blizn” i smród maści, która miała ułatwiać gojenie. Eliza miała być idealna.
W dzisiejszych czasach przecież tak trudno jest być przeciętnym.
Eliza jednak nie chciała być doskonała. Była mistrzynią włażenia „z deszczu pod rynnę” Jak na złość nosiła krótkie spódniczki, które odsłaniały małe pamiątki z dzieciństwa: zszyte kolano, kilka dziur po ospie i mnóstwo świeżych zadrapań. Prezenty od dzikich kociąt, które uwielbiała niańczyć.
Eliza Snyk miała być jedną z tych cudownych dziewczyn, które w niedziele chodzą na basen i na tenis, a w tygodniu uczą się i biegają na lekcje języków. Gdzieś w napięty grafik wciskają pierwsze randki, pierwsze imprezy i spotkania z podobnymi sobie przyjaciółmi.
Nie. To nie było w jej stylu. O ile miała jakikolwiek styl. Nosiła sprane koszulki, które kupowała online za olbrzymie sumy, zupełnie nieadekwatne do jakości. Lubowała się w szarych gałganach, które zaplątywała na szyi jak najdroższe apaszki i czapkach podobnych do tych, które noszą zwykle bezdomni. Rysowała na palcach mikrotatuaże. Małe napisy, coś o sile, potędze i pieniądzach.
Miała szesnaście lat i głowę zupełnie wypłukaną z planów. Żyła z dnia na dzień, bo tak właśnie lubiła. Nie chciała myśleć o szkole średniej, nie teraz, gdy pojawił się w końcu kolejny odcinek jej serialu, a niebo było tak pięknie granatowe.
Dochodziła druga, jej mama jeszcze nie wróciła, a dookoła roztaczał się piękny bajzel. Matka posprząta jak wróci. Nie zwróci jej nawet uwagi, bo nie będzie chciała wdawać się w bezsensowną kłótnię.
Zagrzmiało. Syk i nagle czarny ekran laptopa. Wysiadł nawet elektryczny zegarek w białe kropki, a zaraz po nim kolorowa lampa. Nastała ciemność, bo pomimo wczesnej pory, burzowe chmury zupełnie zasłoniły słońce. Eliza na chwilę zacisnęła ręce, a razem z dłońmi skurczyły się małe napisy na skórze. Dziś były to: Siła, Wiara, Odwaga, Niezależność i Ironia.
Wiara w siebie, ma się rozumieć. Eliza nie wierzyła w Boga, wiedziała przecież, że jeżeli będzie wystarczająco mocno chciała, to dokona cudów. Po co jej jakiś Bóg ze średniowiecznych ikon. Na cholerę jej księża, kościół, nudne kazania. Sama sobie wygłosi kazanie - o niezależności duszy ludzkiej. Nie. Nie ma żadnej duszy, jest tylko ciało. Powłoka, którą trzeba spersonalizować. Jak telefon, który dostała od matki kilka miesięcy temu.
Eliza spojrzała na pomazane kłykcie. Pośliniła i starła słowo „Wiara”. Nie do końca zmyty napis pokryła nowym - „INDYWIDUALNOŚĆ”. Pisała to tak długo, aż nie mogła odczytać liter.
Wyjrzała za okno. Jeszcze nie padało, jednak bure gołębie pochowały się w szczelinach bloków. Zamarło życie, był tylko pusty świat i Ona. Ona ze swoim planem.
Idąc w dół ulicy zmieniała zdanie kilkukrotnie. Myślała o małej rybce nad obojczykiem, lecz zaraz potem wpadł jej do głowy pomysł pół lwa, pół człowieka. Nanosiła w wyobraźni demoniczne kucyki na żebra, znicze, świeczki, kolorowe laurki. Może coś bardziej… innego? Guzik spływający krwią?
Miało być alternatywnie. Inaczej. Dziko. Przecież w końcu odważyła się wyjść z ciemnego mieszkania, w wiadomym celu. Mocny makijaż miał dodać jej lat. Zwykle używała tylko kredki i jakiegoś przypadkowego błyszczyka. Teraz, w swoim diabolicznym makijażu, czuła się tak pewnie, jak tylko było to możliwe.
Niebo nabrało koloru rdzy i popiołu. Spojrzała w górę, szukając inspiracji. Ptak. Niech będzie to ptak. Rozszarpany ptak, który zamiast wnętrzności będzie miał drogocenne kamienie. Uśmiechnęła się, będąc zadowolona ze swojego pomysłu. Ludzie oglądali się za nią, co jeszcze bardziej budowało jej pewność siebie. Jeszcze tylko chwila i jej manifest indywidualności stanie się faktem.
***
Salon był nieco obskurny. Z zewnątrz wydawał się być właśnie taki, ale wierzyła, że to tylko pozory. Niestety. Szare odrapane ściany, tanie plakaty, jeden fotel i jeden rosyjski telewizor. Pomyślała, że gorzej być nie mogło. Grubawy mężczyzna zmierzył ją wzrokiem, po czym uśmiechnął się, oblizując wargi.
- Serduszko dla chłopaka?
- Nie. – Wypaliła stanowczo, lecz zaraz po tym cała pewność siebie ją opuściła. Jak we mgle widziała siebie, fotel, śmiech faceta, kilka szkicy. STOP. Wyrwała się jak z amoku.
Usiadła na zielonym fotelu, zamrugała kilka razy i wybiegła pozostawiając zupełnie skołowanego mężczyznę. Biegła przed siebie, przeklinając naprzemian swoje niezdecydowanie i głupotę.
Zaczynało kropić. Zostawiła w salonie torebkę z dokumentami, kluczami i pieniędzmi. Była ubrana jak ulicznica, a matka może dziś nie wrócić do domu. Haruje jak wół, często sypia w pracy. A nawet, jeżeliby wróciła, pewnie nie słuchałaby jej tłumaczeń. Nieważne.
Schowała się pod markizą jakiejś cukierni z francuską flagą. Gdy poczuła zapach drożdżówek i lukru, zdała sobie sprawę jak bardzo jest głodna. Oparła się o ścianę budynku i starała się zapomnieć o głodzie. Padało coraz mocniej, a rdzawy kolor nieba nie znikał. Mogło się wydawać, że ktoś przepuścił świat wraz z nią przez negatyw.
- Fajnie biegasz, mała. – Usłyszała obok siebie głos. Odwróciła głowę, mrużąc kocie oczy. – Widziałem jak wybiegłaś od tego starego, obleśnego tatuażysty. Nikt normalny nie dałby sobie zrobić u niego dziary.
- Widać jest ze mną jeszcze w porządku. - Eliza uśmiechnęła się od niechcenia, próbując zbyć chłopaka. Był niezły, o ile mogła tak powiedzieć o człowieku, który wyglądał jak uliczny pijak. Trochę za duże ciuchy, przymała skórzana kurtka i broda dawały dość interesujące połączenie. Miał jednak piękne niebieskie oczy, smukłe dłonie i proste, szlachetne rysy twarzy.
- Mogę ci polecić, młodego, fajnego gościa. Mój kumpel, zrobi ci, co chcesz. Zupełnie od ręki.
- Nie mam pieniędzy. – Powiedziała, zaciskając dłonie na kościstych kolanach.
- Coś się wymyśli. – Mruknął uderzając butem w chodnik. Na chwilę zapanowała cisza, zważywszy na sytuację – dość niezręczna. Chłopak zagryzł wargi i już miał odejść razem ze swoim łaciatym parasolem, gdy usłyszał Elizę. A właściwie jej brzuch, który domagał się czegokolwiek. Lodów, ciastka, jabłka, surowego mięsa. Jej żołądkowi było wszystko jedno, aby tylko zatkać to piekielne ssanie.
- Poczęstowałbym cię czym ale niczego przy sobie nie mam.
- Nie jestem bezdomną. Nie chcę twojej litości.
- Serio? Nie to nie. – I ruszył ponownie w stronę starych kamienic. Coś w niej drgnęło. Może fakt, że jest piekielnie głodna, że chce postawić na swoim i że w zasadzie czeka ją nocowanie na klatce. Wiedziała, że nie wróci po swoje rzeczy sama. Ale…
- Jak ci na imię? – Krzyknęła za nim i nie czekając na odpowiedź dogoniła go. Zupełnie mokra złapała go za przegub i starając się przekrzyczeć poszum deszczu mówiła bez sensu o tatuażyście, torebce, matce, martwym ptaku.
-Dziś i tak już pewnie zamknął. Rano spróbujemy odzyskać twoją torebkę.
Nie zaprotestowała, tylko cicho wyraziła zgodę na to, by pójść z nim - chłopakiem wyglądającym jak bezdomny, w nieznane jej miejsce.
Zabili ją i zgwałcili, wydaję mi się, że w tej kolejności, bo to byli dziwni ludzie.
Morał z tej bajki jest taki: Podczas burzy, nie idź pod rękę z nieznanym ci bezdomnym, do jego kolegi, by wytatuował ci na udzie martwego ptaka.