Z dna szuflady: “Królestwo.” Część 4 (2013.08.26 12:17:09)
Przede wszystkim pragnę powitać Cię za pośrednictwem tegoż listu w naszym pięknym królestwie i życzyć Ci udanego pobytu.
Piszę do Ciebie osobiście, jako że uznaję i doceniam Twe starania o mą rękę.
Radość przepełnia me serce na wieść, że przybyłeś z tak daleka na prośbę mojego miłościwie panującego ojca Króla Stanisława Lubowida zwanego Mądrym tylko po to, aby dowieść mi swojego męstwa i poddać się kilku próbom, które odbędą się jutro i wyłonią zwycięzcę, a co rozumie się samo przez się- mego przyszłego małżonka.
Żywię nadzieję, że Twoje intencje są szczere i uczciwe.
Życzę Ci powodzenia w nadchodzących zmaganiach.
- O rzesz w mordę, list od samej królewny Edetty…- Gebels zaglądał Roberowi przez ramię uśmiechając się ironicznie- a to ci dopiero zaszczyt panie czarowniku.
- Zamknij się- warknął Rober składając delikatnie list i chowając go do kieszeni spodni.
- No, no panie czarowniku, a to was szczęście uśmiechem obdarzyło.
- Otrzymaliście właśnie panie list od królewny pisany własnoręcznie przez jedną z jej służek.- Gebels wyraźnie ignorował nakazy czarownika.
- I z tego na ile mi wiadomo list ten jest oryginalną kopią numer trzynaście. Na szczęście ostatnią, jakie najwyższy urzędnik królewski roznosi dzisiaj od świtu jak jakiś cholerny chłopiec na posyłki.
- Zamknij się Gebels, nie jesteś najwyższym urzędnikiem królewskim. Jesteś, co najwyżej najgrubszym.
Gebels w odpowiedzi na te słowa w końcu zamilkł.
Czarownik słysząc narastającą pośród tłumu wrzawę ruszył energicznym krokiem w stronę szeregu strażników oddzielających tłum poddanych od miejsc, na których już za chwilę miała zasiąść rodzina królewska. Gebels bez słowa ruszył jego śladem zachowując jednak na tyle duży odstęp, aby nie prowokować już więcej obelg pod swoim adresem.
Rober był już w połowie drogi, kiedy przed podniecony tłum wyszedł ubrany dostojnie mężczyzna i donośnym głosem oznajmił:
- Szanowni poddani! Niech zapanuje cisza!
Rozmowy i liczne śmiechy powoli ustały i już po chwili słychać było tylko śpiew ptaków i pobrzękiwanie rozgrzanych słońcem zbroi strażników miejskich.
- Szanowni poddani!- kontynuował mężczyzna- Jako nadworny herold mam obowiązek przekazać wam straszne nowiny!
Rober zatrzymał się w pół kroku słysząc te słowa i zaczął uważnie przyglądać się heroldowi.
- Dzień dzisiejszy zmienił się w ostatniej chwili z wspaniałego w tragiczny! Drodzy poddani! Król nasz, miłościwie panujący Stanisław Lubowid zwany Mądrym NIE ŻYJE!
Pośród zgromadzonego tłumu przetoczył się pomruk zaskoczenia, gdzieniegdzie zapłakały pierwsze kobiety, mężczyźni zaczęli szeptać między sobą zdejmując nakrycia głów.
- Tak drodzy poddani! Z wielkim smutkiem potwierdzam tę straszną nowinę! Nasz król NIE ŻYJE! Kostucha przyszła po niego nieoczekiwanie, kiedy to w swoich komnatach przygotowywał się do powitania was szanowni poddani przed turniejem o rękę córki swej, miłościwej księżniczki Edetty!- herold zawiesił na chwilę głos, po czym ostatni raz powtórzył- KRÓL STANISŁAW LUBOWID MĄDRY NIE ŻYJE!
Dopiero za drugim razem zaskakująca nowina dotarła do wszystkich zgromadzonych. Żołnierze zdjęli hełmy, kobiety szlochały w objęciach mężów, dzieci dotychczas biegające pomiędzy nogami zebranych stały cicho wpatrzone w swoje brudne stopy.
Wypalona słońcem ziemia na dziedzińcu zamkowym chłonęła słony deszcz łez.
Czarnoksiężnik stał nieruchomo podnosząc wzrok na otwory okienne zamku. Za którymś z tych okien była Edetta. Jego królewna, którą miał dzisiaj osobiście poznać, zobaczyć błysk jej oczu i uśmiech na jej ustach.
Zamiast tego na jej twarzy gościły teraz łzy, a to bardzo psuło mu humor.
Czarownik zamyślił się tak bardzo, że nie usłyszał Gebelsa zbliżającego się z głupią miną na tłustej twarzy.
- Oj, oj, oj panie czarowniku. A to ci dopiero tragedyja. Tego chybaś nie przewidział do cholery.
Rober nadal w milczeniu wpatrywał się w puste okna zamku.
- Oj panie czarowniku… I cały twój plan psu pod ogon. Kraj w żałobie, królewna w żałobie, nawet nie pomyśli o weselu. Przyjdzie ci poczekać jeszcze kilka lat na następną okazję, a przez ten czas… kto wie, piękny kwiat jej kobiecości gotów zwiędnąć i pogubić płatki. I co teraz będziemy robić?
Rober odwrócił się powoli i dwa razy klepnął Gebelsa otwartą dłonią w klatkę piersiową.
- Ja ożywię króla, a ty Gebels umrzesz powoli na tym dziedzińcu, bo już mi nie jesteś potrzebny.- Mówiąc te słowa czarownik ominął Gebelsa, który zaczął gwałtownie łapać powietrze chwytając się za pierś, i spokojnym krokiem ruszył w stronę głównej bramy. Po drodze zatrzymał się jeszcze w stajni. Stajenny z grobową miną wydał mu jego konia, który zarżał radośnie widząc swego pana.
Nim Rober dotarł do zwodzonego mostu na bramie powiewały już czarne proporce. Strażnicy pilnujący wejścia zdążyli już zdjąć hełmy i stali niczym posągi ze spuszczonymi głowami.
Żaden z nich nawet się do niego nie odezwał, nikt nie zadawał głupich pytań, nikt się nie naprzykrzał. Najwidoczniej śmierć ukochanego króla wstrząsnęła nawet awangardą chamstwa w królestwie.
Czarnoksiężnik udał się w stronę niewielkiego zagajnika w kierunku, z którego przybył jakiś czas temu.
Po drodze zauważył, że w na polanie, gdzie zostawił zwłoki „błędnego rycerza” pozostały tylko pokrwawione resztki zbroi i jedna nadgryziona ręka. Przejechał jeszcze kawałek aż znalazł się po drugiej stronie wzniesienia tak, że nikt stojący na zamkowych murach nie mógł dostrzec ognia i dymu z jego obozowiska.
Czarownik rozsiodłał konia, rozniecił niewielkie ognisko i niemal natychmiast zasnął oparty o pobliskie drzewo. Spał spokojnie. Wiedział, bowiem że, z nieumarłym wierzchowcem pasącym się nieopodal nikt, ani nic nie zakłuci mu snu.
Nazajutrz do pogrążonego w żałobie zamku wjechał na starej klaczy nieznany nikomu z twarzy jegomość.
Przejechał przez główną bramę zignorowany przez żałobników tak samo jak dzień wcześniej.
Edetta uniosła zaczerwienioną od ciągłego płaczu twarz i spojrzała nieobecnym wzrokiem na drzwi komnaty, w której rozpaczała od wczoraj nad ciałem ojca.
Jeszcze kilkanaście godzin temu, tuż przed powitaniem z poddanymi mówił jej jak bardzo ją kocha i jaki jest z niej dumny.
Chociaż była świadoma, że ojciec jest już stary i kiedyś umrze w najstraszniejszych koszmarach nie przewidywała jednak, że ten okropny dzień nadejdzie tak szybko.
- Moja pani!- drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wbiegła jedna z jej służących.
W normalnych okolicznościach królewna pewnie zwróciłaby jej grzecznie uwagę, aby zachowywała się przyzwoicie. Dzisiaj jednak było jej zupełnie wszystko jedno.
- Co sprawiło, że przeszkadzasz mi w żałobie?
- Moja pani…- służąca z trudem łapała oddech- Moja pani, na zamku jest człowiek, który mówi, że potrafi uleczyć twojego ojca.
- To… to niedorzeczne… mój ojciec nie żyje- Mimo wszystko serce królewny biło coraz szybciej.
- Wiem pani- służąca z podnieceniem przestępowała z nogi na nogę- Wiem jak to brzmi, ale mężczyzna ten twierdzi, że twój ojciec nie umarł, tylko zapadł na bardzo rzadką, ale jednak uleczalną chorobę. Uważa, że może go uleczyć i chce z tobą rozmawiać wasza wysokość.
Edetta wstała powoli i podeszła do okna.
Od wczoraj nie spoglądała na królestwo, które teoretycznie nie miało następcy tronu.
- Każ przyprowadzić tutaj tego mężczyznę moja droga, i miejmy nadzieję, że mówi prawdę.
Rober czekał cierpliwie w głównym holu zamku. Lekki uśmiech powrócił na jego usta, wiedział on, bowiem że niedługo stanie w końcu twarzą w twarz ze swoją wybranką.
Służka zbiegła szybko po wielkich schodach prowadzących na górne piętra zamku. Rober wpatrywał się w nią uśmiechając się półgębkiem i wyobrażając sobie jak potyka się i łamie kark.
Nic takiego się jednak nie stało. Służąca podbiegła do czarnoksiężnika, skłoniła się lekko i uprzejmym gestem zaprosiła go na górę.
Edetta zdecydowała się w końcu wstać z krzesła i odejść na chwilę od ciała swego ojca złożonego na katafalku pośrodku komnaty.
Podeszła do okna i z cichym westchnieniem spojrzała na królestwo pozbawione króla. W tej samej chwili drzwi do komnaty otworzyły się i do środka wszedł wysoki, trzydziestoletni mężczyzna odziany w skromny, acz elegancki szaro-czerwony kubrak, szyte na miarę atłasowe spodnie i wysokie skórzane buty z miękkiej skóry.
Nawet przez piekące od łez oczy królewna dostrzegła uwodzicielski młodzieńczy blask w jego niebieskich oczach.
Nieznajomy skłonił się lekko królewnie, po czym podszedł do spoczywającego na katafalku króla i ucałował z szacunkiem jego królewski pierścień.
Edetta ze wzruszeniem w oczach spoglądała na całe zajście. Płacz po raz kolejny zaczął wzbierać jej w gardle jednak, kiedy spojrzała w oczy nieznajomego smutek ustąpił miejsca zaskoczeniu, bowiem nieznajomy uśmiechał się dobrotliwie.
Tajemniczy gość podszedł do Edetty, opadł na jedno kolano i ucałował aksamitną dłoń księżniczki, która to mimowolnie powędrowała w kierunku jego ust. Edetta drgnęła lekko czując na skórze ciepło męskich warg.
- Witaj moja pani- powiedział pięknym wibrującym głosem nieznajomy.
- Powstań dobry człowieku- królewna nadaremnie starała się ukryć drżenie głosu.
- Pozwól pani, że się przedstawię, na moich ziemiach, poddani zwą mnie Rober, jestem rycerzem herbu Ognistej Lilii.
Edetta schyliła się i delikatnie ujęła młodzieńca za rękę. Rober uśmiechnął się paskudnie czując dłoń królewny zaciskającą się na jego palcach. Nie podniósł jednak głowy. Niesforny kosmyk jasnobrązowych włosów opadł mu na oczy. Dopiero wtedy Czarnoksiężnik podniósł się szybkim ruchem głowy jakby od niechcenia odgarnął włosy.
Królewna uśmiechnęła się niewyraźnie widząc ten gest.
Jednak jej uśmiech szybko znikł, kiedy myśli powróciły na dawne tory.
- Sir Roberze, dotarły do mnie wieści jakobyś potrafił przywrócić życie mojemu ojcu, czy to prawda?
Rober delikatnie uwolnił swą dłoń z uścisku królewny, odszedł krok do tyłu i zerknął w stronę stojącej wciąż przy drzwiach służącej.
- Wybacz, jeśli to zabrzmi nieodpowiednio moja pani, ale o takich sprawach wolałbym rozmawiać tylko z Tobą.
Edetta jakby przez chwilę nie rozumiejąc, o co mu chodzi wpatrywała się w Robera, ale po chwili skierowała wzrok na służącą, która natychmiast wyszła kłaniając się swojej pani.
- Teraz, kiedy jesteśmy już sami możesz mówić śmiało dobry człowieku, pozwól jednak, że spocznę. Ostatnie wydarzenia pozbawiły mnie dawnej energii.
- Ależ oczywiście moja pani- odpowiedział młodzieniec widząc jak królewna ciężko opada na krzesło ustawione przy oknie.
- Tak, więc powiedz mi, Sir Roberze, czy naprawdę potrafisz przywrócić do życia mojego zmarłego ojca?
- Przywrócić do życia? Ależ nie moja pani, nie zajmuję się zakazanymi sztukami nekromancji. Oboje przecież wiemy, że tego typu działania są sprzeczne z naszą religią i karane natychmiastową śmiercią.
- Ale przecież mówiłeś panie…
- Wybacz, że Ci przerwę moja królewna, ale twój ojciec żyje i nie potrzebuje czarnej magii, żeby powrócić do rządzenia królestwem.
- Ale, jak to?- Wyraz twarzy Edetty o mało nie wywołał u Robera wybuchu śmiechu, powstrzymał się on jednak i mówił dalej.
- Postaram się ci wszystko wytłumaczyć moja pani. Otóż twój ojciec zapadł na bardzo rzadką chorobę zwaną siostrą śmierci. Dolegliwość ta jak już wspominałem dotyka bardzo nielicznych osób i w jakiś niewyjaśniony sposób odrywa je od rzeczywistości. Można powiedzieć, że jest to rodzaj bardzo głębokiego snu.
- Ale mój ojciec nie oddycha, jego skóra jest blada i zimna, nadworny medyk…
- Nadworny medyk moja pani jest człowiekiem raczej prostego pochodzenia, nie widział tyle świata, co ja. Zapewne potrafi wyrwać ząb, albo zaszyć ranę, ale nie ma pojęcia o chorobach takich jak siostra śmierci. Gdybym nie przybył w porę król skończyłby w grobowcu.
Edetta splotła dłonie na kolanach i zaczęła cicho szlochać.
- Ależ nie płacz moja pani. Teraz, jeśli oczywiście pozwolisz ja zajmę się twoim ojcem i najdalej po północy będziesz mogła znowu z nim porozmawiać.
- Naprawdę?- Prawie krzyknęła królewna- czy to nie sen, aby?
- Żaden sen moja królowo- Odpowiedział z uśmiechem czarnoksiężnik.
- Nie jestem jeszcze królową dobry człowieku, nie tytułuj mnie tak.
- Kiedyś będziesz moja pani- Rober uśmiechnął się jeszcze szerzej- Kiedyś będziesz.
Słońce powoli zachodziło nad królestwem Morandii. W komnacie z ciałem króla trwały gorączkowe przygotowania do wyrwania Stanisława z objęć siostry śmierci.
Na wyraźne polecenie Robera przed drzwiami do komnaty wystawiono straże. Do komnaty wstęp miał tylko Rober, Edetta i jej najbliższa służąca.
Na rozkaz czarnoksiężnika poparty skinieniem głowy królewny, do komnaty wniesiono kilkanaście grubych świec, wiadro wody, trzy szklane puchary oraz dzban najprzedniejszej gorzałki z królewskich zapasów.
Rober tylko na chwilę zszedł do stajni po swój tobołek, po czym widząc za oknem wschodzący nad królestwem księżyc nakazał wszystkim obecnym opuścić komnatę.
- Czy nie mogę zostać i obserwować?- Zapytała nieśmiało Edetta widząc palec Robera wskazujący jej drzwi.
- To jest absolutnie niedopuszczalne moja pani. Podczas warzenia mikstur muszę przebywać w pomieszczeniu sam. Nikt nie może mi przeszkadzać.
- Nic z tego moja pani- odparł czarnoksiężnik- Muszę być całkowicie skupiony na tym, co będę robił. Pomyśl, co mogłoby się stać gdybyś pani nieoczekiwanie kichnęła? Mógłbym się pomylić i twój ojciec nigdy by się nie obudził.
Na dźwięk tych słów młoda królewna kiwnęła tylko głową i wyszła.
Rober spojrzał z niesmakiem na martwego króla, zatarł dłonie i zaczął rozstawiać świece, swoją drogą zupełnie niepotrzebne gdyż czarnoksiężnik zawsze wolał pracować w ciemnościach, jednak pozory musiały zostać zachowane.
Kiedy skończył począł otwierać swoje pakunki.
- I niech nikt nie podsłuchuje pod drzwiami!- Krzyknął nieoczekiwanie wciąż grzebiąc w śmierdzących zawiniątkach.
Na korytarzu rozległ się szelest sukni i cichy tupot aksamitnych królewskich bucików.
Czarnoksiężnik pomrukując coś pod nosem wyjął z tobołka małą czaszkę wyrzeźbioną misternie z jakiegoś świecącego, lekko zielonego minerału i ostrożnie położył ją na czole martwego króla.
- Jeszcze nie czas na wieczny spoczynek Stanisławie- szepnął pochylając się nad zwłokami- Twoje stare ciało jest mi potrzebne do zdobycia pewnej ślicznej rączki królewny.
Rober delikatnie zaczerpnął lodowato zimnej wody z wiadra do dwóch pucharów. Do jednego z nich wsypał przygotowany wcześniej jasnoczerwony proszek. Woda w pucharze zaczęła syczeć, po czym zmieniła kolor na ciemnozielony. Nad drugim pucharem Rober wykonał niedbały gest, woda zawrzała. Czarownik wyjął z cholewy swój misternie zdobiony sztylet i włożył jego ostrze do gorącej wody.
Do pustego pucharu wlał gorzałki, wypił wszystko jednym haustem, nalał jeszcze raz, tym razem tylko do połowy. Chwycił sztylet i szybkim ruchem rozciął skórę na nadgarstku króla, po czym podstawił napełniony do połowy gorzałką puchar tak, aby ani jedna kropla krwi nie spadła na posadzkę.
Chwilę zajęło mu wyciśnięcie z martwych żył odpowiedniej ilości krwi. Ranę owinął misternie czystą szmatką znalezioną na komodzie.
Jeszcze raz zerknął przez okno, księżyc był już na tyle wysoko, że nie było go widać z tej strony zamku.
Robert uniósł nad Stanisławem obie dłonie, zaczął szeptać zaklęcie. Powietrze w komnacie zadrżało, świece zgasły. Czarnoksiężnik położył jedną dłoń na piersi króla, mała czaszka na czole Stanisława zaczęła świecić jaśniej.
Rober coraz głośniej intonował zaklęcie głębokim dudniącym głosem. Z jego wzniesionej ręki zaczął unosić się zielony dym.
Jeszcze przez chwilę czarnoksiężnik mamrotał zaklęcie, nagle przestał i uniesiona ręka opadła uderzając Stanisława w pierś. Na moment wszystko ucichło.
Po chwili zasyczała świeca znajdująca się najbliżej Robera, potem druga i trzecia. I nagle wszystkie zapłonęły jak na komendę. Rober zdjął czarną teraz czaszkę z czoła Stanisława właśnie w momencie, kiedy ten zaczynał łapać nierówne oddechy i głośno kaszleć.
- No w końcu, już myślałem, że do nas nie wrócisz królu- Czarnoksiężnik odsunął się od katafalku, kiedy nieumarły król próbował wstać.
- Cóżeś uczynił- wycharczał król- Na bogów, byłem już po drugiej stronie… widziałem bramy niebios.
Rober zaśmiał się głośno.
- No to pierwszy i ostatni raz, bo już ich więcej nie zobaczysz. Mam nadzieję, że dobrze się przyjrzałeś, bo teraz czeka cię tylko wieczna pustka.
- Cóżeś mi uczynił!- Ryknął król i rzucił się w kierunku czarownika strącając puchar z krwią stojący na krawędzi katafalku.
Rober zręcznie zszedł mu z drogi i błyskawicznie chwycił kielich.
Nieumarły król odwrócił się w kierunku Robera, w jego oczach płonęła żądza mordu.
- Dość tego!- Krzyknął Rober bardziej zły na siebie za to, że zapomniał o pucharze i uniósł naczynie do ust.
- Wyrwę ci serc…- Stanisław zamilkł i zatrzymał się w pół kroku. Oczy mu zmętniały, ręce opadły wzdłuż tułowia.
Rober odstawił puchar, wierzchem dłoni otarł resztki krwi pozostałe na ustach i z uśmiechem powiedział:
- A teraz grzecznie usiądziesz na katafalku i poczekasz na swoją córeczkę. Kiedy przyjdzie będziesz robił dokładnie to, o czym pomyślę.
Król usiadł i pustym wzrokiem wpatrywał się przed siebie.
Rober schował czarną czaszkę do kieszeni kubraka, otworzył drzwi komnaty i głośno zawołał:
- Jaśnie pani! Król na Ciebie czeka!
Na schodach rozległy się pośpieszne kroki. Pierwsza na piętro wbiegła królewna, a za nią dwaj zdyszani strażnicy zamkowi.
- Ojcze! Ojcze!- Zawołała Edetta widząc uśmiech na twarzy Robera.
- Chodź do mnie córeczko, niech cię uściskam!- Z komnaty rozległ się gromki głos króla.
Strażnicy zatrzymali się na dźwięk królewskiego głosu, popatrzyli na siebie z rosnącym zdziwieniem, po czym ruszyli w kierunku komnaty.
Rober przepuścił biegnącą Edettę, zauważył tylko łzy radości w jej oczach. Jednak zdecydowanym gestem zatrzymał strażników za wszelką cenę próbujących zajrzeć do komnaty.
- Jaśnie miłościwy król Stanisław jest jeszcze słaby i potrzebuje odpoczynku- Powiedział, po czym zamknął im drzwi przed nosem.
- O… ojcze?- Edetta stała wpatrzona w siedzącego króla wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co widzą jej zapłakane oczy.
- Chodź do mnie córeczko- Stanisław uśmiechnął się słabo- Uściśnij tatusia.
- Ojcze!- Edetta rozszlochała się na nowo. Wpadła w ramiona Stanisława i omal oboje nie spadli z katafalku.
Rober stał przez cały czas oparty plecami o drzwi, całkowicie ignorowany przez królewnę, całkowicie skupiony na bezgłośnym wydawaniu rozkazów bezmyślnej skorupie pozostałej po królu Stanisławie.
- Jak się czujesz ojcze? Nie mogę uwierzyć, że wróciłeś.- królewna drżącymi dłońmi ocierała wilgotne oczy i cieknący nos.
Rober z dumą zauważył, że udało mu się pozbawić rodzinę królewską całego majestatu, przynajmniej na tą jedną chwilę.
- Pani, król powinien jeszcze trochę odpocząć zanim wróci do pełnienia obowiązków.
- Nie- Stanisław uniósł się z katafalku i z niewielką pomocą córki podszedł do czarnoksiężnika. Spojrzał mu głęboko w oczy, po czym ujął delikatnie Edettę za ramię i ustawił ją obok Robera.
- Ojcze, co robisz?- Edetta utkwiła wzrok w Stanisławie.
- Wydaję cię za mąż córeczko. Ten oto młodzieniec zasłużył na Twoją rękę i moje królestwo. Wyleczył moją chorobę i przywrócił uśmiech na twoją twarz. A to najpiękniejsze, co mógł uczynić, aby mnie uszczęśliwić i zyskać moje błogosławieństwo.
Królewna wciągnęła głęboko powietrze, a Rober tylko spojrzał na króla i przykląkł na jedno kolano.
Edetta poszła za jego przykładem.
Stanisław położył im dłonie na głowach i pobłogosławił.
- Od teraz jesteście mężem i żoną. Powstań córeczko, i ty mój synu albowiem od teraz razem będziecie rządzić królestwem, kiedy mnie zabraknie.
- Ojcze nie mów tak, przed tobą jeszcze wiele pięknych lat na tym świecie- Edetta objęła króla i nie dostrzegła podłego uśmiechu, który znowu zagościł na ustach czarownika, który wiedział już, kiedy odbędzie się uroczyste polowanie, na którym Stanisław po raz drugi i ostatni pożegna się ze swoim królestwem. Wiedział nawet jak będzie wyglądał pachołek, którego kusza nieoczekiwanie wystrzeli.
- A teraz wybaczcie drogie dzieci, ale muszę odpocząć. Synu, porozmawiajmy na osobności. Córeczko, zajmiesz się przygotowaniami? Jutro ślub.
- Oczywiście ojcze, uważaj na siebie- Edetta uścisnęła Stanisława i uśmiechnąwszy się promiennie do Robera wybiegła z komnaty.
- Straż!- Stanisław użył swojego donośnego, królewskiego głosu.
Do komnaty natychmiast wbiegło dwóch żołdaków, zasalutowali królowi, Robera ledwie zaszczycili spojrzeniem, mimo że stał tuż obok króla.
- Jutro ten oto młodzieniec- Stanisław wskazał dłonią czarownika- bierze moją córkę za żonę.
Strażnicy spojrzeli po sobie.
- Jednak już od dzisiaj wszyscy w królestwie mają traktować go jak mego syna i swego króla. Pojęliście?
Strażnicy energicznie pokiwali głowami.
- I lepiej niech każdy się o tym dowie, bo wasze głowy spadną jako pierwsze!- wrzasnął Stanisław.
Strażnicy zawahali się przez chwilę zupełnie zaskoczeni tonem głosu jak i treścią wypowiedzi króla, ale zaraz zrozumieli, co powinni zrobić. Zasalutowali energicznie królowi Stanisławowi oraz Roberowi, po czym wybiegli z komnaty. Nieumarły król Stanisław wciąż stał wpatrzony w miejsce, gdzie przed chwilą stali strażnicy.
Rober podszedł do obitego atłasem siedziska stojącego przy kominku w którym nadal trzaskał wesoło płomień. Rozsiadł się na nim, nogi wyciągnął w kierunku bijącego od paleniska żaru. Wpatrzył się w hipnotyzujący taniec języków ognia.
- Wiesz co starcze- rzekł nie odwracając wzroku od płomieni- podoba mi się tutaj. Jest zdecydowanie weselej niż w mojej wieży. Chyba zabawię się twoim królestwem trochę dłużej niż planowałem. Jednak teraz podaj mi najlepsze wino jakie chowasz pod łóżkiem, podnieś podatki, i nie żałuj złota na naszą ceremonię ślubną. Aha, byłbym zapomniał, każ swojej córeczce posłać nasze małżeńskie łoże.- Nekromanta roześmiał się perlistym śmiechem, którego echo niosło się jeszcze jakiś czas po murach zamku- Zobaczymy, jak długo zdoła opierać się mojemu urokowi.