Nie wiem, czy wypada to pisać.
Ale dzisiaj, w tej ciszy, w tym niedopowiedzianym zmierzchu, czuję coś, czego nie chcę już dusić w sobie.
Nie chcę być twardy. Ani spokojny. Ani obojętny.
Bo przy Tobie.. wszystko mięknie. Nawet te mury, które budowałem latami.
Może to źle, że daję się porwać emocjom.
Może to nie rozsądne – czuć tak mocno, tak intensywnie, tak.. głęboko.
Ale co, jeśli to właśnie o to chodzi?
Nie o bycie silnym, nie o trzymanie wszystkiego w ryzach.
Tylko o te momenty, kiedy czuję, że naprawdę żyję.
Kiedy serce wali mi jak oszalałe, tylko dlatego, że spojrzałaś. Albo powiedziałaś coś półgłosem.
Nie chcę już tłumić radości, którą czuję, kiedy jesteś blisko.
Nie chcę udawać, że nie drży mi dusza, kiedy na chwilę dotykasz mojego świata.
Chciałbym po prostu być sobą – prawdziwym.
Bez masek. Bez chłodu. Bez tej wiecznej roli człowieka "opanowanego".
I może właśnie dlatego czasem w ciszy, kiedy myślę o tym wszystkim, łza spływa mi po policzku – nie z żalu, nie z bólu, ale z tej czystej prawdy, że takie chwile są tak kruche i ulotne.
Że nie można ich zatrzymać, a jednak warto je chwytać, choćby przez moment.
Nie wiem, co będzie jutro.
Ale dziś chcę pozwolić sobie czuć.
Po prostu.. pozwól mi być w tej chwili. Choćby na moment. Choćby raz.