Dziś po raz pierwszy zrobiłam sobie mehendi. To hinduski zwyczaj dekorowania dłoni i stóp. Zostałam przy samych dłoniach (stopy wolą być masowane, nie ozdabiane). Jakim cudem ten rysujący żel nie dostał się do mnie wcześniej? Chcę więcej!
Zazwyczaj mehendi robi się ze sproszkowanych liści henny (wtedy wzór jest brązowy). Jeśli chcemy, żeby był grafitowy, używa się jaguy - soku z owocu Genipa Americana, który rośnie w Ameryce Południowej.
Współcześnie ozdabia się dłonie i stopy panny młodej na szczęście. Ale pierwotna intencja mehendi jest taka, że to amulet, który chroni przed złymi duchami i przynosi miłość. Tak po prostu. Nie pamięta się o tym dziś, ale według dawnych wierzeń henna albo jagua umieszczone na dłoniach pozwalały otworzyć się na Otrzymywanie i Dawanie.
Bardzo podoba mi się taka interpretacja, jak i to traktowanie ciała jak płótna do malowania (rozszerzyłabym tę wędrówkę na inne części ciała). Tworzenie żelowego wzoru, który barwi tymczasowo skórę, jest jak układanie mandali (sztuka potem znika), jak mantra, medytacja. Wycisza.
Mam ochotę widzieć to tak, że przez najbliższe dziesięć dni, póki wzór utrzymuje się na dłoni, nabieram dodatkowych mocy. Może rzeczywiście mogę więcej niż zwykle? Tylko czy dobrze to wykorzystam?