Dawno, dawno temu, kiedy problemu narkotyków w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej zupełnie nie było, pojawił się taki szaleniec, który stwierdził, że narkomania w kraju jest i tym osobom należy pomagać, że można ich wyciągnąć z makowego szaleństwa. Tym kimś był oczywiście śp. Marek Kotański. Poza pomocą tym już uzależnionym zajmował się również profilaktyką problemu, pisał książki i zawsze, kiedy nagle nabrzmiewa medialny problem związany z używaniem nielegalnych substancji, przypomina mi się tytuł jednej z napisanych przez niego pozycji. Ta książka nosi tytuł „To TY zaraziłeś ich narkomanią”, a na okładce jest nawet miejsce przeznaczone na wklejenie zdjęcia. Mocne? Pewnie, podobnie jak siła oddziaływania „Mocarza”. Szkoda, że wciąż zupełnie nieskuteczne.
Przechodzący przez właściwie wszystkie media festiwal bredni związanych z narkotykami znowu osiąga swoje apogeum. Politycy płci obojga prześcigają się w czymś w rodzaju konkursu na to, kto palnie większą głupotę. Ludzie z pierwszych stron gazet wprost płyną w zgodnym strumieniu banałów na poziomie demaskatorskich denuncjacji „Protokołów Mędrców Syjonu”. Jeden, dosłownie jeden głos rozsądku, napisany przez Jacka Żakowskiego, nie jest w stanie zatrzymać tego potoku bredni. Cóż, lata zaniedbań i zamiatania problemu pod dywan zaczynają zbierać swoje żniwo.
Bez wątpienia można naprawdę długo pisać o tym, o czym wspomina znany dziennikarz. Wojna z narkotykami jest przegrana, nie ma właściwie najmniejszego sensu, a dalsza prohibicja w tej kwestii stworzy nam – jak to się stało choćby w Meksyku – rzeczywistość, przy której wojny gangów z Chicago, toczone za czasów alkoholowej prohibicji, będą jedynie niewinną dziecinną igraszką. Można tak jednak długo, wszystko zaś niestety na próżno, o czym zaświadczyć mogą wieloletnie doświadczenia polskich psychiatrów i terapeutów, między innymi skupionych w Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej. Któż słyszał o tej organizacji? Ano właśnie.
Dopalacze są groźne, dużo groźniejsze od tradycyjnych narkotyków. Znacznie groźniejsze jest jednak niedostrzeganie, że to państwo i jego funkcjonariusze wszystkich szczebli, są odpowiedzialni za obecny stan rzeczy. Brak konkretnej polityki narkotykowej, brak profilaktyki, brak zgodnego z rzeczywistością programu edukacyjnego to jedynie wierzchołek tej góry lodowej, z którą właśnie zderzamy się tak boleśnie. Prawdziwe problemy tkwią pod powierzchnią. Wszyscy ten fakt zdają się ignorować, choć przecież każdy wie, jak naprawdę zbudowana jest ta śmiertelnie niebezpieczna góra.
Co mają robić młodzi bez perspektyw na pracę w niewielkiej miejscowości? Część może wyjedzie do stolicy, część ucieknie do bardziej rozwiniętych krajów. Jakaś część może spróbuje swych sił w biznesie, może niektórym się nawet powiedzie. Nawet po takim optymistycznym wyliczeniu nie ulega wątpliwości, że jakaś część tych ludzi zostanie. Przygnębieni biedą i bezsensem wegetacji, sięgnie po różne środki, które pomogą o tym nieznośnym stanie zapomnieć.
To jedynie margines, może ktoś powiedzieć. Nie byłbym tego taki pewien, wystarczy chwilę poobserwować tych, którzy niby odnieśli już sukces. Weźmy osoby zaraz po studiach, świeżych na rynku pracowników, którzy są młodzi, wykształceni i mają teoretyczne widoki na osiągnięcie kariery. Wystarczy spędzić choć jeden weekend na dwudniowej zabawie w centrum któregoś z dużych polskich miast, by zejść na ziemię i spojrzeć na problem zupełnie inaczej. Ci ludzie w większości są sfrustrowani i przerażeni, ciągły brak pewności zżera ich od środka. Po całych dniach spędzonych w klitkach niewielkich boksów za niewielkie pieniądze i bez żadnych właściwie praw, szukają swojego zapomnienia w tym, co akurat pod ręką. Im mocniejsze tym lepsze, na dłużej pozwoli wyłączyć myślenie o swoim kiepskim życiu.
Co tam zresztą dorośli, kiedy wiadomo, że najbardziej cierpią nastolatki. Pozostawione samym sobie w szkole, gdzie przeładowane klasy z trudem pozwalają nauczycielom na zamienienie z nimi choćby kilku zdań tygodniowo, wracają do pustych domów, bo rodzice zmuszeni są do ciężkiej, kilkunastogodzinnej pracy, która coraz częściej i tak wystarczy na skromną wegetację. Wolny czas i brak złudzeń co do perspektyw przyszłego życia zachęca do tego, by spróbować poszukać szczęścia gdzie indziej. Im biedniej w domu tym większa szansa na to, że kariera dilera będzie tą najbardziej pożądaną. Nie różnią się pod tym względem dzielnice biedy niezależnie od położenia geograficznego.
Banałem niemalże jest stwierdzenie, że sport pozwala odciągnąć młodzież od używek. Dzieje się tak jednak pod warunkiem, że dzieci stać na to, by ten sport uprawiać. Dziś każdy klub ledwo wiąże koniec z końcem, więc za treningi trzeba płacić. Ci, których na to nie stać już są w grupie podwyższonego ryzyka. Koniec jest dość oczywisty, choć nie dla polityków. O innej działalności, na przykład kulturalnej, niegdyś zapewnianej przez samorządy lub państwo, można jedynie pomarzyć. W dziedzinie kultury mamy festiwale na rynku, stąd nie ma już pieniędzy na jakieś tam domy kultury.
Lista tych uwag może być oczywiście znacznie, znacznie większa. Wieloletnie zaniedbania w tych dziedzinach są na szczęście odwracalne. Cały proces wymaga jednak długoletniego planowania i mozolnej pracy organicznej. Wybory są co cztery lata, a żmudne utrzymywanie świetlicy środowiskowej bardzo mało medialne. Politycy wolą zatem wydawać wojnę narkotykom, choć równie dobrze mogliby zmierzyć się z walką o pełną prohibicję. W obu przypadkach rezultat jest ten sam, czyli odwrotny do zamierzonego. Sytuacja jedynie się pogarsza.
Problem zaś przede wszystkim w tym, że to my sami, nie wiedząc nawet o tym, uczestniczymy w tym systemie, podtrzymując wciąż tych samych ludzi u władzy. W ten sposób jedynie zwiększamy liczbę ofiar. Każda z tych śmierci powinna nam o tym codziennie przypominać.