Stworzony do wielkich rzeczy (1)
Dzisiejsza zmiana w Micronaldzie właśnie dobiegła końca. Stefan z reprezentacyjnym bananem na twarzy udał się do przebieralni. Po drodze zauważył Felicję, która patrzyła się na niego rozmytym wzrokiem. ‘Biedaczka, może cierpi na zaćmę?’ pomyślał. Szybko przebrał się w swój ulubiony t-shirt z logo ,,AZDZ”. Narzucił na ramię kurtkę z ćwiekami i pognał w kierunku Harleya-w-sam-raz.Silnik zaburczał niczym stary kot, którego podrapie się za uchem. Stefan ruszył do domu osiągając najwyższą dozwoloną prędkość. Wiedział, że na Zadupiu w Sam Raz czeka na niego ONA, królowa zup- pomidorowa z ryżem. Ostatnim razem Mama zignorowała jego błagania, zbrukała jego najwyśmienitszą potrawę makaronem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ów kluseczki były dobrej jakości, dlatego ich woń pozostała w zupie nawet po odcedzeniu. Stefan pogrążony w marzeniach minął granicę Miasta i skręcił w stronę domu.
-Już jestem!- krzyknął Stefek przekraczając próg domu.
-A buty zdjąłeś?- rozległ się skrzekliwy głos, na którego dźwięk bociany odlatują do ciepłych krajów.
-Nie Mamo, ale muszę? To nowiusieńskie glany, nie śmigane przysięgam.
-Musiszszsz- złowrogi syk przeszył uszy domowników.- Ty mój drogi synku zaraz sobie pójdziesz, a brud na panelach zostanie. I kto to będzie czyścił? No kto się pytam?
-No dobrze, już zdejmuje.
Stefan w oczekiwaniu na upragniony obiad poszedł przywitać się z resztą rodziny. Brat Stefana jak zwykle siedział przed swoim wypasionym do granic możliwości pecetem. Gdyby zainwestował cały ten zarobiony w firmie informatycznej hajs, mógłby kupić sobie własne mieszkanie. Ale wiadomo, są rzeczy ważne i ważniejsze. Sprzęt ochładzany ciekłym azotem, przy którym Brat Stefana powoli zaczął zapuszczać korzenie stanowi priorytet. Oczywiście nie ulega wątpliwości fakt, że ścisła symbioza z pecetem wymaga dostarczania kalorii przez Mamę Stefana, dlatego starszy syn pozostanie w domu na wieki wieków.
-Siemano, jak tam wbijanie levela w życiu?
-Ech lepiej nie mówić, 0 jak było tak i dalej będzie. Co do pozytywów to właśnie mam event w Laginogi, przyłączysz się? Dawno nie ekspiłem z tobą brachu.
Stefan opuścił przesiąknięty nerdostwem pokój i udał się prosto do piwnicy. Pośród mikroskopów, probówek, medycznych urządzeń, kiszonych ogórków i przetworów dżemopodobnych skrywał się Tata Stefana.
-Niech zgadnę, antybiotyk na ebolę? Tato może w końcu wyjdziesz na światło dzienne, tlen ci się skończy i co wtedy?
-Ciii pracuję, nie przeszkadzaj. Dla twojej wiadomości, byłem na zewnątrz tak z dwa dni temu.
-Brawo nowy rekord. Pamiętam te czasy, kiedy potrafiłeś znikać na pół roku. Aż się łezka w oku kręci.
-STEFANNNNN! ZUPA STYGNIE!!!!!- dom zatrząsł się w posadach.
Prędkość z jaką Stefek znalazł się w kuchni poskutkowałaby najpewniej mandatem z fotoradaru. Pomidorówka zniknęła wraz z pierwszym siorbnięciem. Wskazówki zegara niebezpiecznie zbliżyły się do piątki. Niby wykład zaczynał się o siódmej, ale korki w Mieście trwają nieprzerwanie od rozpoczęcia remontów (tylko dinozaury pamiętają czasy wolnych czteropasmówek), dlatego Stefan musiał już jechać. Przed wyjściem przytroczył parę łańcuchów z Castodelmy do pasa, a także spakował do kostki zapas Multiwitaminki.