Pod pełnym księżycem
Mieszkam w Warszawie, mam 36 lat, pracuję w umiarkowanym korpo (z dala od Mordoru) i wiem, że dziś nie będę spał prawie całą noc. Bo Księżyc.
O 3:23 nad ranem wypada dziś pełnia. I to nie jakaś tam pełnia. Superpełnia. Czyli ta najjaśniejsza w roku. To jedna z tych, na którą zwrócą uwagę nawet ci, którym na co dzień rzadko zdarza się zwrócić uwagę na to, co dzieje się nad głową. Nawet oni - ci kompletnie przyziemni, zagorzale racjonalni, bezrefleksyjnie przyjmujący świat i kondycję ludzką - przewracają się teraz może z boku na bok, mamrocząc pod nosem, że "po co tak świeci, cholera jasna, nie wyśpię się do roboty, jasno jak w dzień, psia mać". Tej pełni trudno nie zauważyć. Zwłaszcza, że chmury dziś łaskawie się rozstąpiły.
A ja? Ja zauważam nie tylko pełnię. Zawsze wiem, w jakiej fazie znajduje się Księżyc. Jestem facetem z cyklem miesięcznym. Dziś czuję jak przepełnia mnie energia. Mam jej dość by zawojować świat. Albo przynajmniej go zmieniać. No, zacząć chociaż coś, co do zmian doprowadzi. Chce mi się pisać - co zresztą właśnie robię - zastanawiam się, czy jutro nie wyjąć sztalug i po latach nie wrócić do malowania, mam sto pomysłów na rzeczy, które warto by było zrobić w pracy, mam ochotę odezwać się do dawno nie widzianych znajomych, chętnie posprzątałbym trochę w domu, gdyby żona i synek nie spali i poszedł się przejść, bo tak jasno i pięknie a noc w sumie ciepła jak na styczeń. Nie ma spania - PEŁNIA!
Ale wiem też, że ten księżycowy pęd wkrótce wyhamuje. Im bliżej trzeciej kwadry, tym mniej będzie we mnie weny i entuzjazmu. Gdy Oblicze Luny z pięknego, pełnego, srebrnego okręgu przeistoczy się w cieniutki sierp by wreszcie całkowicie zniknąć z nocnego nieba, ogarnie mnie niemoc, marazm i senność. Najprostsze zadania zdadzą się przytłaczające, a dźwignięcie się rano z łóżka będzie wyczynem za który ktoś powinien mnie oklaskiwać. Będę miał dość. Będę zmęczony. Będzie mi źle i niewyraźnie... aż nagle, rankiem 17 stycznia, wstanę rześki i wyspany z postanowieniem, że dzień będzie dobry, produktywny i przyniesie mi radość. Jak co miesiąc, wraz z NOWIEM poczuję, że sens tego wszystkiego zaczyna jakby znów przebijać przez codzienne trudy. I ponownie z każdym dniem nabierać będę rozpędu, aż do następnego szczytu sił i możliwości, który nastąpi - już to wiem - 31 stycznia, o 14:26.
Świadomość Księżyca, jej obecności (bo to jest Ona, choć język polski chciałby inaczej) i zachodzących w niej zmian towarzyszy mi od dziecka. To jedna z rzeczy, które ukształtowały mnie i wiele lat temu pchnęły na pogańską ścieżkę. Księżycowa magia (będę tu używać słowa magia - i to w różnych znaczeniach, przyzwyczajcie się!) była dla mnie zawsze czymś namacalnym i realnym, w przeciwieństwie do oderwanych od życia i naturalnego porządku dogmatów, które prezentują rzeszom swych wiernych monoteistyczne religie. To jeden z powodów pogaństwa. Kalendarz świąt kościelnych "działa" tylko o tyle, o ile pokrywa się z zastanym i przejętym kalendarzem świąt przedchrześcijańskich - tych, u których źródeł leżała baczna obserwacja naturalnego cyklu przyrody. Ale nawet te święta, obudowane przez ludzi kościoła kolejnymi warstwami autorytarnie nałożonych znaczeń, zakazów i nakazów, zawsze zdawały się rozmyte i nieprzystające do mojej natury. Jak bardzo nie wiele wnosiły do życia w porównaniu choćby właśnie do Księżyca i jego wielkiej władzy nad moją codziennością.
Co kiedyś czułem instynktownie, zdążyłem już podbudować warstwą intelektualną i ceremonialną - płynącą z własnych doświadczeń, obserwacji i przemyśleń, ze społecznych, wspólnych praktyk z innymi Pogańskimi Duszami, oraz wiedzy, jaką przekazują Ci, którzy obraną przeze mnie ścieżką idą ode mnie znacznie dłużej. Więc wiem - bo tak nauczają Starsi, że to Oblicze Luny nazywamy Księżycem Lodu. Poprzednie, które przypadało na czas około przesilenia, zwie się Księżycem Długiej Nocy. Kolejne, które się odsłoni pod koniec miesiąca, będzie Księżycem Śniegu. I tak dalej - każda pełnia w roku niesie ze sobą znaczenia, które przypisał je ktoś przede mną. Cieszy mnie też, że nie jest to dla mnie ktoś anonimowy. Wiem kto opracował kalendarz, który przyjąłem w swojej osobistej pracy z Księżycem. Więcej! Wiem, że nie będzie żadnym uchybieniem pamięci tej osoby, kiedy dopiszę do niego własne interpretacje i znaczenia, oparte na swoich doświadczeniach i praktyce. Moja wiara - żywa, pogańska wiara - nie dogmatyzuje swoich prawd, szanując uniwersalne prawo natury mówiące, że jedyną w świecie stałą rzeczą jest zmiana.
3:23. Wychodzę na balkon i patrzę prosto w Oko Bogini, spoglądające na mnie z bezchmurnego nieba. Czuję uniesienie. Przez chwilę to, że stoję stopami na betonie wzniesionego przez człowieka pudełka, że słyszę jednostajne buczenie przewodów wysokiego napięcia, że z wielkim Światłem z góry konkurują elektryczne latarnie miasta - nie ma znaczenia. W tej chwili komunii czuję ogrom Ziemi, mam świadomość bliskości naszego Satelity, który jest może ode mnie daleko, ale odległość ta jest niczym wobec ogromu kosmosu, czuję doskonałość i precyzję tego naturalnego mechanizmu, znajduję otuchę w jego powtarzalnosci. Jasność i ciemność, gaśnięcie i powracanie, pełnia życia i pustka śmierci - jedno po drugim, niezawodnie. Tak tam, na górze jak i tu, na dole.
Czuję wdzięczność za to, co daje mi Księżyc. Postrzegam to jako opiekę i przewodnictwo. W noc taką jak ta, celebruję swoją Pogańską Duszę i wierzę, że księżycowy blask porusza podobne struny w wielu sercach.
Nie zapominaj o Księżycu. Obserwuj siebie i jego tarczę równocześnie. Może odkryjesz, że sens i porządek, którego szukasz w świecie, od zawsze czekał by zostać przez Ciebie zauważony - właśnie tam, na niebie, w noc taką jak dziś widoczny jak na dłoni.
PS. Współczesny poganin może sobie pomóc w śledzeniu księżycowego cyklu jedną z wielu darmowych aplikacji na smartfonie. Ja od dawna używam do tego celu apki Simple Moon Phase Calendar, która potrafi oprócz kalendarza wyświetlić też widget z aktualnym wyglądem tarczy księżycowej na pulpicie telefonu.











