Wiem dokąd idę, nawet jeśli inni tego nie widzą, nie rozumieją, nie akceptują. Pozwalam sobie na odpoczynek, nawet jeśli inni nie widzą ku temu powodu, nie rozumieją dlaczego i nie akceptują. Zawsze byłam silna. Zawsze chciałam pokazać, że nie da się mnie zniszczyć. Rozklejałam się nad sobą i swoim losem w samotności, czując, jak tlen mnie morduje, a emocje żywcem pożerają. „Więcej. Lepiej. Staraj się bardziej.” Głos, który miał motywować, wiązał mi nogi i budził lęk. A ja? Próbowałam nie upaść. Iść. Czołgać się. Byle kurwa do przodu. Udowodnić, że dam radę. Że ja kurwa dam radę. Widziałam w sobie słabość, gdy tak naprawdę byłam największą siłą. Nie rozumieli. Nie widzieli. Nie wspierali. Wsparcie dostawałam tylko wtedy, gdy robiłam więcej, lepiej, gdy starałam się bardziej. A gdy słabłam, gdy strach mnie paraliżował, czułam, że robię coś źle. Że nie jestem ogarnięta. Że życie jest dla mnie zbyt trudne, a śmierć zbyt kosztowna. Dziś rozumiem, że za długo niosłam ciężar cudzych oczekiwań. Za długo zagłuszałam siebie, gdy organizm i umysł błagały: zwolnij. Przeprowadzka. Zmiana otoczenia. Wyzwania dzień w dzień. A słowa „mam dość” nie miały przestrzeni, by wybrzmieć. Nie było miejsca na słabość, bo świat słabych pożera, nie chroni. Więc dziś wbijam swoje tempo. Dziś działam dla siebie. Idę dla siebie. Wstaję dla siebie. Płaczę dla siebie. Cierpię dla siebie. Dziś żyję dla siebie. Jeśli nie rozumiesz tego, jak żyję - nie mam o to żalu. Jeśli nie rozumiesz, dlaczego idę tak wolno - nie będę tego tłumaczyć. Jeśli nie widzisz, dokąd zmierzam - nie pokażę Ci mapy mojej drogi. A jeśli nie słyszysz mojego bólu, nie widzisz mojego strachu, nie czujesz mojego wstydu - nie mów mi, że to nie ma prawa istnieć.










