A gift for my friend!
And some rough sketches of Tales of the Shire. I know many people don't like this game, but a few months ago it seemed perfectly harmless to me. Here, I tried many times to mix cartoonishness with something more realistic, but nothing worked out for me =(
BotBots sticker sheets! These are A7 Vinyl sticker sheets, featuring every character from the show! (except 2 that I didn't draw because of my personal comfort, sorry 😭)
[Reader] i Jack mają zupełnie inne poglądy na temat Walentynek. W te święta będzie padać czekoladą!
Praca znajduje się też na Wattpadzie (ten sam nick).
Beta: Dusigrosz
Dodatkowe informacje:
1. Reader jest Duchem Walentynek i Strażniczką Miłości.
— Znowu się kłócą? — Zębuszka niepewnie zerknęła w stronę holu.
— Tak, ale przynajmniej latają bombonierki! — North złapał paczuszkę w locie.
Zadowolony rozdarł ciemnoczerwony, błyszczący papier. W środku znalazł mieszankę pralinek. Próbował się zdecydować, który smak powinien wybrać, gdy nad głową śmignęła mu śnieżka. Niewzruszony postanowił zjeść całą paczkę naraz.
— Może powinniśmy ich rozdzielić? — Wróżka nerwowo latała obok kominka.
— No ja myślę! — Zając starł z twarzy śnieg.
Sadząc po śladach ziemi na łapach, dopiero co wyskoczył z tunelu. Powitalna śnieżka prosto w czoło bynajmniej nie przypadła mu do gustu.
— Nie widzę problemu. — Mikołaj wyjadał dalej w najlepsze orzechowe czekoladki.
Przerwało mu głośne huknięcie.
Popędził w stronę kłótni. Korytarz wyglądał jak pobojowisko. Cała partia robotów leżała na podłodze. W ślad za nimi poszły lalki oraz klocki. Maszyna do produkcji wyłączyła się. Sterczały z niej śrubki i druty. Farba lała się wprost na dywan, barwiąc go na tęczowe kolory. Yeti, odpowiedzialny za produkcję, siedział w kącie. Jedną łapą osłaniał głowę a drugą wpychał w siebie czekoladowe serduszka. W kolorowym chaosie stało dwóch Strażników.
— Walentynki powinny być radosne! — Jack Frost tworzył w rękach nową śnieżkę.
— Zajmij się swoją robotą! — [Reader] uchyliła się zręcznie przed rzutem.
— North, dobrze, że jesteś! Powiedz jej. Miłość to piękne, radosne uczucie, prawda? Więc i święto powinno takie być! — oznajmił jakby to była najbardziej oczywista prawda.
— Nie znasz się! Kto tu jest Duchem Walentynek? Ty czy ja?
Dziewczyna wyjęła łuk. W sekundzie sięgnęła po strzałę z różowego kołczanu. Już naciągała cięciwę, gdy przerwał jej donośny głos:
— Starczy tego! Nie interesuje mnie, kto zaczął — dodał North, widząc, jak dwójka przygotowuje się do wyjaśnień. — Posprzątacie to wszystko. Każdą jedną zabawkę, zrozumiano?
***
— Wiesz, co mi kiedyś powiedziała? — Mikołaj objął Jacka ramieniem. — Że miłość to dziesięć procent radości i dziewięćdziesiąt procent cierpienia. Nie przerywaj mi. — Popatrzył groźnie, widząc, jak strażnik otwiera usta. — Ma solidny powód tak sądzić. Nie zgadzam się z nią, ale nie kwestionuję jej pracy i ty też nie powinieneś.
Minęli już salę główną oraz trzy kondygnacje i chłopak zaczynał się zastanawiać, dokąd idą. Cel dziwnie przydługawej wycieczki pojął dopiero po chwili.
North złapał go za kaptur, po czym bezceremonialnie wepchnął za próg pokoju. Gdy chłopak usłyszał szczęk zamka, wiedział, że coś się święci.
— Ale to jest ciut niehumanitarne. — Usłyszał zza drzwi głos Zębuszki.
— Oni nie zachowywali się jak ludzie, kiedy demolowali kwaterę! A teraz będą tam siedzieć, aż się pogodzą!
Duch zimy szarpnął za klamkę. Bezskutecznie.
Odwrócił się i ujrzał to, czego najbardziej się obawiał. Na kanapie siedziała [Reader]. Do niej też powoli docierało, w jakiej sytuacji się znaleźli. Zamknięty pokój bez okien uniemożliwiał ucieczkę. Jeśli chcą wyjść, muszą się dogadać.
Podszedł do sofy i usiadł na przeciwnym końcu niż jego towarzyszka. Uparcie wpatrywał się w kominek. Pomarańczowe płomienie lizały kawałki drewna. Wytwarzały nieznośne ciepło. Duch zimy nie przepadał za nim. Zdecydowanie bardziej wolałby, żeby ogień był zgaszony. Nie miał jednak zamiaru się ruszać. [Reader] szybko marzła. Dlaczego w ogóle go to obchodziło? Wmówił sobie, że to by zaostrzyło kłótnię, i na tym poprzestał. Bo nie ma mowy, żeby się nią przejmował...
Z nudów zaczął liczyć sekundy. Chciał oszacować czas, jaki spędzi w pokoju. Jednak szybko się poddał. Zamiast tego przyciągnął najbliższą poduszkę, położył ją pod głową i postanowił się zdrzemnąć.
— Ciebie też tu przyprowadził mówiąc, że chce pogadać? — Duch Walentynek nie wytrzymał ciszy.
— Ta — mruknął.
Zobaczył kątem oka, że dziewczyna poruszyła się niespokojnie.
— To może udamy, że się pogodziliśmy, i po prostu stąd wyjdziemy, co?
Chłopak zwrócił głowę w jej stronę. Nie spodziewał się tego, ale pomysł kusił.
— Wchodzę w to. — Uśmiechnął się łobuzersko.
Już wstawał z kanapy, gdy plan spalił na panewce.
— Wszystko słyszałem, oszuści. Macie się naprawdę dogadać! — wrzasnął Mikołaj zza drzwi. — Będę wiedział, czy mnie okłamaliście!
W tonie, jakim to wypowiedział, dało się słyszeć lekką groźbę.
— North, miałeś nie podsłuchiwać! — Do rozmowy dołączył donośny głos Zębuszki. — Nie przeszkadzajcie sobie, misiaczki! — dodała słodko.
Przez chwilę dało się słyszeć szamotaninę. Później dźwięki stopniowo ucichły. Najwidoczniej odeszli.
Zrezygnowany chłopak usiadł z powrotem między miękkimi poduszkami. Teraz wizja użycia podstępu przestała mu chodzić po głowie. Po pierwsze — byłoby to podejrzane. Po drugie, choć nie chciał tego przyznać — trochę bał się Strażnika Świąt. Miła powierzchowność skrywała gwałtownego człowieka.
Postanowił obejrzeć pokój. Jak na złość świecił pustkami. Brązowe deski zaczynały się starzeć. Tapeta z motywem czerwonych i zielonych bombek kłuła w oczy. Grube, ciężkie firany nosiły ślady kurzu. Frost wolał nie wiedzieć, kiedy ostatni raz ktoś postanowił je wytrzepać. Widząc szarą warstwę na półce kominkowej, nabrał ochoty na posprzątanie pomieszczenia. Niestety, nawet gdyby chciał w ten sposób zabić czas, nie miał czym tego zrobić. Prawdopodobnie yeti wyniosły resztę mebli. Jak zawsze. Dlaczego to robiły? Tego nie wiedział nikt. Zapytane o to stworzenia odburkiwały coś w swoim języku i dalej robiły swoje. Z tego powodu przemeblowania w kwaterze zdarzały się często. Czasem nawet właściciel łóżka budził się w innym miejscu niż zasypiał.
Obchód niestety nie zabił nudy. Był zbyt krótki.
Jack usiadł za kanapą i zaczął się bawić swoją laską. Wyczarował dwa śnieżne zające. Obstawiał który pierwszy dotrze na metę. Punkt końcowy ustanowił na drugim końcu pokoju. Później zaczął zmieniać gatunki zwierząt. Nie bawił się najlepiej, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy.
— Potrafisz też robić budynki? — dobiegł z góry głos [Reader].
Wychyliła się znad kanapy, spoglądając na mroźne dzieła skaczące, biegające, pełzające i pływające po podłodze.
— Jasne, że tak. Jakieś specjalne życzenia? — Odwrócił się.
To był odruch. Strażnik Radości nie odmawiał sprawiania przyjemności innym. Szczególnie gdy leżało to w zakresie jego możliwości. Dopiero po chwili przez głowę przeszło mu, że przecież nadal są skłóceni, więc może nie powinien się tak chętnie wyrywać.
— Mógłbyś zrobić chatkę?
Frost w pierwszym odruchu stworzył swój dom rodzinny. Podejrzewał jednak, że nie o to chodziło.
— Trochę bardziej spadzisty dach — dodała dziewczyna — i sad z lewej.
Chłopak słuchał z uwagą, dostosowując się do wskazówek. Wkrótce powstała śnieżna makieta. Domek otaczał płot. Obok pasły się małe krówki i świnki. Towarzyszył im też zastęp kur pod przewodnictwem koguta. Duch zimy miał lekki problem z kwiatami. Nie znał zbyt dużej ilości i podejrzewał, że ogród wyszedł mu beznadziejnie. Za to drzewa miał w małym palcu. Prawdopodobnie dlatego, że często po nich skakał, bawiąc się z wiatrem.
— To chyba wszystko.
Nawet nie zauważył, kiedy Strażniczka Miłości zajęła miejsce obok niego na twardych deskach. Wpatrywała się jak urzeczona w rozciągający się przed nią obraz. Uśmiech zdobiący jej twarz dał mu znać, że mimo wszystko wykonał dobrą robotę. W spojrzeniu było sporo melancholii.
— To twój dom? — spytał.
— Tak... — Dotknęła małej owieczki na środku pastwiska. — Był nim, dopóki... Dopóki nie zostałam... no wiesz.
Martwa. To słowo cisnęło się na myśl. Ich przyjaciele pomyśleliby pewnie o swojej posadzie. Ujęliby to bardziej jako: Zanim zostałem Strażnikiem... Bycie martwym przestało im przeszkadzać szmat czasu temu. Ona jednak, podobnie jak on, była stosunkowo młoda. Na tyle, na ile młodym można być po kilkuset latach. Wciąż pamiętała.
— Utopiłem się. — Miał wrażenie, że jego własny głos brzmi obco.
Po co właściwie jej to powiedział? W końcu o nic go nie pytała.
Kontynuował jednak opowieść, widząc, jak oderwała się od makiety.
Do dziś pamiętał brązowe, znoszone łyżwy. Mknął na nich po zamarzniętym jeziorze. Miał wtedy czternaście lat. Radził sobie całkiem dobrze. Nikt w wiosce nie potrafił jeździć tak zwinnie. Jego młodsza siostra dopiero się uczyła. Niepewnie stawiała kroki. Szło jej coraz lepiej. W końcu robiła to pod jego okiem. A jednak tamtego popołudnia wszystko miało się skończyć. W uszach nadal dźwięczało mu zwiastujące katastrofę chrupnięcie lodu. Próbował nakłonić Mary, żeby odskoczyła na bok. Zupełnie jak w hopsankach — wymyślonej kiedyś przez niego zabawie. Nie udało się. Instynktownie użył kija. Wystarczyło by odepchnąć ją na bezpieczne miejsce. Sam jednak wylądował pod wodą. Uczucie chwilowej ulgi zastąpił szok. Rozpaczliwie próbował nabrać powietrza. Nie mógł znaleźć żadnego punktu oparcia dla rąk. Zimno przenikało go do kości. Nie był w stanie wyrwać się z lodowatej wody. Im dłużej walczył, tym szybciej tracił siły. Później w mglistym wspomnieniu pamiętał jeszcze, jak szedł na dno. Otaczała go ciemność i przenikliwy chłód. Zamknął powieki ze zmęczenia. Kiedy następnym razem otworzył oczy, nad sobą miał Księżyc. Wtedy darowano mu drugie życie. Minęło już tak wiele czasu, a jednak to wspomnienie wciąż było świeże. Szczególnie po tym, jak stracił je na rzecz Mroka i stoczył walkę, by je odzyskać.
[Reader] bez słowa położyła swoją dłoń na jego własnej. Nic nie powiedziała, ale wiedział, że zrozumiała. Nie tak łatwo było zapomnieć o swojej śmierci. Ani pogodzić się ze straconym życiem. Oglądanie, jak starzeją się i odchodzą ukochani ludzie, wydawało mu się jednak najokrutniejsze.
— Skazali mnie na ścięcie — powiedziała cichym głosem.
Nie naciskał. Nie miał prawa tego robić. Zaskoczyło go, gdy kontynuowała.
Opowieść zaczęła od zwykłego dnia na wsi ze swoim chłopakiem. Był poważnym kandydatem na narzeczonego. Pracował jako pomoc zamkowa. Frost zaczął się zastanawiać, ile właściwie lat temu umarł Duch Walentynek. Skoro pamiętała takie czasy, to musiała być jednak starsza, niż sądził do tej pory. Przez te rozmyślania Jack stracił wątek historii aż do momentu, gdy zaczęła mówić o kradzieży.
Chłopak dzięki swojej pracy z łatwością ukradł klejnot ze szkatułki jakiegoś bogatego lorda. Pech chciał, że rodowa brosza zwróciłaby uwagę każdego sąsiada w okolicy. Brak wystarczającej ostrożności poskutkował donosem. Załamana [Reader] nie wiedziała, co robić. Aż do momentu, gdy powiedział, że pieniądze chciał przeznaczyć na ślub. Coś się w niej przełamało. Ostatecznie szalę przeważył fakt, że miał rodzinę, którą utrzymywał. Ona była tylko sierotą pracującą w gospodarstwie. Postanowiła się poświęcić. Z bólem serca skierowała się do zamku, gdzie przyznała się do winy. Nikt nie dopytywał, jakim cudem miałaby tego dokonać, skoro na salony nikt nawet by jej nie wpuścił. A jednak sąd wydawał się być usatysfakcjonowany. Nawet nie zwrócono uwagi na kłamstwa i niejasności. Pominęli niedorzeczności w nich zawarte. Kolejna rozprawa z głowy oznaczała szybszą przerwę.
Z całej opowieści Frostowi zapadło w pamięć jedno zdanie: Nigdy nikogo nie pokocham tak, jak ciebie. To właśnie obiecał złodziej Duchowi Walentynek, zanim się dla niego poświęciła. Wyczuł, że będzie to ważne po sposobie, w jaki zacytowała tę wypowiedź. Jakby wyryła ją w pamięci, gdzieś głęboko w umyśle.
— Wiesz, co się okazało, kiedy dostałam drugie życie? — westchnęła. — Że umarłam tylko po to, żeby wziął ślub z inną kobietą. Zaczekał tydzień. Tydzień. Widocznie liczył na moją naiwność i mu się udało. — Wróciła do zabawy śnieżną makietą.
— Przykro mi. — Nie był pewien, czy utarty frazes mógł tu cokolwiek dać.
Takie zdania rzadko przynosiły ulgę. Powtarzało się je z przyzwyczajenia. Pewnie dlatego, że na pewne sytuacje ludziom brakowało słów.
— Nie musi ci być przykro. — Uśmiechnęła się lekko. — Sprawiłeś mi frajdę jak na Strażnika Zabawy przystało. Mogłam zobaczyć jeszcze raz farmę, na której się wychowałam.
— Bywasz tam?
— Czasami. Dzisiaj stoi tam pełno bloków. Pozmieniało się przez lata. — Wzruszyła ramionami. Spojrzała na niego. — Wiesz, po co ci opowiedziałam to wszystko?
Myślał, że próbowała się odwdzięczyć historią za historię. A jednak nie na taką odpowiedź liczyła. Zamilknął więc.
— Bo widzę miłość inaczej niż ty. Spotkałam przez czterysta pięćdziesiąt dwa lata tyle różnych odcieni tego uczucia, że nawet nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. Pocieszałam płaczących po stracie bliskich. Widziałam, jak matki poświęcają się dla dobra dzieci. Jak ludzie giną przez choroby, z dala od ukochanych. A także jak spędzają ze sobą starość i pokonują wspólnie problemy. Dlatego uważam, że lepszy ze mnie Strażnik Miłości niż Duch Walentynek. Pomagam ludziom celebrować to, co ważne na co dzień. Ten jeden dzień w roku nie jest aż tak szczególny. Dlatego proszę, nie wtrącaj się więcej do mojej roboty — zakończyła. — Czternastego zostanę w kwaterze. To święto da sobie radę beze mnie, tak jak do tej pory.
— Powiedzmy, że się zgadzam, choć nadal uważam, że powinnaś wyjść i zobaczyć, jak ludzie się bawią... — Dostrzegł, jak bardzo chce mu przerwać wypowiedź. — ...ale nie będę już kwestionował tego, jak pracujesz. Sztama? — Wyciągnął rękę.
— Sztama. A teraz chodźmy trochę pokrzyczeć. Może usłyszą, że pora nas wypuścić. Nie ma tu kompletnie nic do roboty.
***
— Jeśli to jakiś głupi dowcip, to przysięgam, że dostaniesz w dupę strzałą... — mamrotała [Reader].
Jack nie winił jej za utyskiwanie. Miała na oczach opaskę, więc prowadził ją za rękę. Nie przemyślał tego. Powinien był wręczyć ją dopiero na dole schodów. Musiał się więc mierzyć z niewygodną sytuacją przez aż trzy piętra. Zaoferował nawet, że mogą polecieć przy pomocy kija, ale Strażniczka Miłości nie chciała o tym słyszeć.
Cieszył się, że yeti zdążyły przemalować dekoracje. Niebieski kolor zepsułby cały efekt. Teraz mogli podziwiać rzędy czerwonych i różowych serduszek. Zdobiły każdą balustradę. Miękkie poduszki w tej samej kolorystyce leżały na kanapie i przed nią. Udało się też naprawić telewizor. Co prawda zasięgu nie było tu nigdy, ale odtwarzacz działał bez zarzutu. Zębuszka przebierała w stosie starych filmów. Zając cały czas narzekał, że wybierała tylko komedie romantyczne. Wolał zobaczyć krwawy horror. Piasek prawie spał na stojąco, puszczając co jakiś czas w górę piaskowe serduszka. Za nim, na stoliku, leżały mieszanki czekoladek. North opychał się nimi bez pamięci, więc Frost w pokoju trzymał resztę zapasów jedzenia. Inaczej mogłoby ich szybko zabraknąć, a zabawa dopiero się zaczynała.
— Czemu mnie to nie dziwi? — Dziewczyna potarła skroń.
— Żeby nie było. Nie wtrącam się do twojej pracy. — Oparł głowę o laskę. — Ale spełniam swoje obowiązki. Wykorzystałem okazję i będziemy mieli zabawny wieczór.
Posłał jej firmowy uśmiech. Z zaskoczeniem zauważył, że mimo wszystko go nie skrzyczała. Po chichu był z tego zadowolony, choć na to nie liczył. Wydawała się też dobrze bawić w gronie przyjaciół.
Walentynkowa noc zleciała szybko. Mało kto dobrnął do rana. Po trzech filmach większości Strażników kleiły się oczy. Jack siedział między chrapiącym Zającem a [Reader], która w najlepsze rozłożyła się na jego ramieniu. Było mu niewygodnie, ale nie ruszał się. Nie chciał nikogo budzić. Film wciąż leciał. Frost nie skupiał się na fabule. Wszystko, co się działo, zaczęło mu umykać kilka scen temu. Z kieszeni bluzy wyciągnął małe serduszko. Rozdawali sobie nawzajem błyszczące karteczki. Każdy miał napisać coś miłego o drugiej osobie. Obiecywali nie czytać ich aż do następnego dnia, ale czysto teoretycznie nowa doba trwała już od kilku godzin. Uśmiechnął się więc sam do siebie, zadowolony z tego uzasadnienia, i po kolei otworzył wszystkie walentynki.
Dziękuję.
To jedno słowo dało mu znać, że wykonał dobrą robotę. Może za rok uda mu się wyciągnąć ją na miasto poświętować z innymi.
PS Zostaniesz moją walentynką?
To zdanie z kolei wywołało w nim przypływ gorąca. Był przyzwyczajony do zawstydzania innych, nie do bycia zawstydzanym. A już na pewno nie w taki sposób. Sprawę wyjaśniła druga strona serduszka. Flamastrem namazano:
DAŁEŚ SIĘ NABRAĆ!
Obiecał sobie, że nigdy w życiu nie przyzna jej racji. Rankiem będzie się zgrywał, że jednak ją przejrzał. Taki ustalił plan. Gdzieś w zakamarku umysłu kołatała jednak myśl o tym, co by zrobił, gdyby to nie był żart...
Primul fior rece al toamnei ne ademenește în lumea viselor! Moș Ene a început deja să umble... 🍎https://www.anaaremere.ro/ #goodnight #anaaremere #sweetdreams #sandyman #goodvibes #autumisafeeling #autumnshivers #latenighttales #lightinthedark #soulstars #feedyoursoul https://www.instagram.com/p/B2AFCsZIS46/?igshid=1mvpcp9k9jb1f