Dziennik post-apokaliptyczny: dzień 1
Tak, zdecydowanie nie mogę się powstrzymać. Z racji jutrzejszej rzekomej Apokalipsy ja i Sabina przy okazji jarania się światem post-apo uznałyśmy, że koniecznie musiałybyśmy wtedy razem biegać z karabinami przy udach. No i że miło byłoby wkręcić w to spnowy świat... I tak jakoś poszło, a skoro już wstawiam wszystkie moje twory na tumblra, ten też niech tu wisi. Dla potomnych.
W rolach głównych: Ja, Sabina, Sara, Castiel, Dean Winchester, Sam Winchester i kto mi jeszcze przyjdzie do głowy
Dziennik post-apokaliptyczny
- …Chcesz powiedzieć, że powstrzymaliśmy jedną apokalipsę, tylko po to, żeby świat się skończył przez jakichś pierdolonych Majów?!
Sam wzruszył ramionami, uśmiechając się przepraszająco, jakby i tym razem to była jego wina.
- Tak jakby?
Bo była. Ale dopiero miałam ich o tym uświadomić.
***
Wpatrywałyśmy się w nich jak zaczarowane. Przez jakieś pięć sekund, dopóki Sara i Sabina (z wielkim trudem, widziałam to w ich oczach, bo wiadomo, że mnie oszukać się nie da) odwróciły się, by za pomocą starożytnej i zdecydowanie obiektywnej metody „papier, kamień, nożyce” wylosować, której dostanie się Dean.
Osobiście uważam, że Sammy powinien czuć się lekko urażony. W końcu byłyśmy trzy, ich było trzech, a najchętniej wszystkie rzuciłybyśmy się na jego brata. To znaczy gdyby nie było Casa. Ale był. Chociaż po tym pięciosekundowym szoku („Omójborzeńkuonjestprawdziwynietoniemożliwe niepatrzwjegooczyniezdzierajzniegotrenczuaaaaaaa”) starałam się na niego nie patrzeć.
Dziewczynom cały czas wychodził remis (próbowałam nie wyglądać na zbyt szczęśliwą, kiedy pomyślałam, że tylko dzięki zderzeniu Sary ze ścianą – Boże błogosław tamtego demona, chociaż brzmi to szalenie idiotycznie – to Sabina musiała walczyć ze swoją siostrą, nie ja), więc korzystając z ich chwilowego zajęcia, zbliżyłam się do Deana. Cofnął się o krok. Znowu się zbliżyłam. Cofnął się o dwa kroki. Podeszłam o dwa. Zderzył się ze ścianą. Uśmiechnęłam się uroczo (w domyśle) i mrużąc oczy zbliżyłam twarz do jego twarzy.
Przepraszam was bardzo. Miałam nie skorzystać z takiej okazji do policzenia wszystkich jego piegów? Noo… a przynajmniej tych na jego twarzy. Na razie. Przez sekundę starałam się wyglądać jak chodząca niewinność, ale zaraz potrząsnęłam głową i wróciłam do liczenia. W końcu orłem, ani nawet koliberkiem, z matmy nigdy nie byłam.
- Cas, uczyłeś ją swojego pojęcia przestrzeni osobistej? – rzucił półgębkiem Zdecydowanie Zbyt Seksowny Winchester, spoglądając na mnie z wyraźnym przerażeniem i rozglądając się w panice na boki.
Kiedy zobaczył moje dziewczyny, przerażenie w jego oczach jeszcze wzrosło. Właściwie powinnyśmy uznać to za komplement. W ciągu siedmiu i pół sezonu nie widziałam tak czystego strachu w oczach Deana Winchestera.
- CAS?! – krzyknął z nutą ponaglenia, kiedy przekrzywiłam głowę i dwoma palcami rozciągnęłam skórę na jego policzku, bo piegi mi się lekko zlewały.
Na sekundę przed tym, jak ktoś grzecznie postukał mnie w ramię, w zielonych oczach Deana dostrzegłam czystą ulgę.
Odwróciłam głowę, a na moją twarz wpłynął zdecydowanie zbyt rozmarzony uśmiech (serio, gdybym miała jak zobaczyć go na swojej twarzy, zapewne właśnie zaczęłabym walić głową w ścianę – oczywiście z nadzieją, że mi nie przyniosłoby to tak przykrych skutków, jak Sarze). Castiel stał dosłownie przede mną (a za mną stał Dean, nie mam pojęcia jakim cudem jeszcze się nie rozpłynęłam… Chyba tylko z powodu świadomości, że wtedy jedna zabrałaby sobie Deana, a druga Casa).
- Wygrałem – poinformował z dumą. – W niebie oprócz papieru, kamienia i nożyc, jest jeszcze Bóg, który bije wszystko.
- Co? – pisnęłam, nie chcąc dopuścić do siebie tej informacji i przesunęłam się tak, by móc widzieć ich obu (bo niewidzenie któregokolwiek bolało, serio). – Jak wygląda Bóg? – ciekawość zaraz wygrała.
- Wygrał – przyznała ze smutkiem Sabina, pocieszająco poklepując mnie po plecach. – I nie chcesz wiedzieć.
- Ale… Ale przecież… - jęknęłam, opierając się na moim niezastąpionym Transporcie. – A najgorsze, że ten cholerny Internet nie działa, jakbyśmy wstawiły ich foto na tumblra, miałybyśmy tysiące reblogów… - wymamrotałam z niechęcią, sama nie wiedziałam do kogo skierowaną, kiedy Cas z takim cholernym uczuciem upewniał się, czy z Deanem wszystko w porządku.
Nie mam pojęcia jakim cudem żadna nie nazwała mnie materialistką.
Może dlatego, że zaraz rozległo się chrząknięcie. Odruchowo spojrzałam w tamtą stronę. No tak, Sam… Zapomniałam o nim. Miny dziewczyn dały mi do zrozumienia, że one też.
Sam zdecydowanie był biedny.
- To dlatego, że shipujemy ciebie z Ruby – wytłumaczyła natychmiast Saba.
- I z Gen.
- Wszystkie trzy.
- Właściwie to Gen istnieje?
- No przecież oglądałaś filmiki…
- Ale skoro oni istnieją i wyglądają jak J2M…
Podrapałam się po głowie. Dziewczyny wyglądały na tak skonfundowane, jak ja się czułam.
- Okej, okej, w wolnym czasie grywamy też w serialach, okej?! – wydarł się Dean, który najwyraźniej nie mógł wytrzymać naszego jazgotu.
Zamrugałyśmy w idealnej synchronizacji.
- Och.
- Zdecydowanie och.
- Masz naprawdę… plecy – wyrzuciła z siebie Sabina, a spojrzenia wszystkich odruchowo spoczęły na niej. Przez sekundę wyglądała na lekko zakłopotaną, ale zaraz odzyskała animusz. – No co? Przecież ma!
Sam westchnął, najwyraźniej uświadamiając sobie po raz milionowy, że jest jedyną osobą w pomieszczeniu, która posiada chociaż resztki zdrowego rozsądku.
- Może jednak zacznijcie od początku…?
***










