#miejskierozmowy: Małgorzata Oliwia Sobczak: Goniąca nas przeszłość to moja mała obsesja
– Paradoksalnie rzeczywistość jest bardziej odjechana od tego, co przenoszę na karty opowieści. Codzienność ludzi jest pełna mroku i okrucieństwa, choć bardzo staramy się tego nie dostrzegać – mówi serwisowi Fundacja Miasta Słów Małgorzata Oliwia Sobczak, która w ostatnich dniach święciła premierę najnowszej powieści zatytułowanej „Szelestu”.
Fot. Wojtek Biały
Kamil Piłaszewicz: Kiedy po przeczytaniu Twej książki, przewróciłem ją, by zobaczyć tylną okładkę i zobaczyłem pierwsze zdanie: „Nic nie czuła. Nic”, pomyślałem, że autorka to chyba nie doceniła tego, jakie wrażenie zrobi „Szelest” na czytelnikach. Dopiero później się zorientowałem, że to nie był komunikat do odbiorcy, tylko początek fabuły… (śmiech)
Małgorzata Oliwia Sobczak: Trochę przewrotny to cytat, bo dziennikarka Alicja Grabska, której on dotyczy, to postać miotana emocjami, często przeciwstawnymi i bardzo mocnymi, a zarazem bohaterka mająca w sobie pewną pustkę, którą chce zapełnić między innymi poprzez samodestrukcyjne działania i decyzje. „Nic nie czuła. Nic. Tylko wzmagający się szelest, który prowadził ją do przodu”. Ten szelest w tym kontekście to zarazem chaos pejoratywnych uczuć, wspomnień, doznań i lęków, ale też szeleszczący brak poczucia miłości i bezpieczeństwa.
Zanim przejdziemy do mówienia o samym tytule, to jak podchodzisz do tego, co się dzieje wokół niego od dnia premiery?
- Premiery są zawsze bardzo emocjonujące. Dużo się wtedy dzieje pod względem medialnym, a przede wszystkim pojawiają się recenzje, które się śledzi z zapartym tchem, bo te pierwsze opinie są azymutem dalszych działań autora, wyznacznikiem, czy się udało. I z jednej strony bardzo to wszystko przeżywam, a z drugiej zawsze opada na mnie taki klosz, który przepuszcza dźwięki, ale mocno je przytłumia. Myślę, że to taki mechanizm obronny przed mnogością bodźców, które normalnie byłoby trudno udźwignąć.
W jakim stopniu zaskoczyły Cię reakcje czytelników, a w jakim się ich spodziewałaś?
- Muszę przyznać, że czekałam na reakcje czytelników w ogromnym napięciu. Przede wszystkim dlatego, iż bałam się, że odbiorcy będą szukać w „Szeleście” „Kolorów zła”, a tym razem pokusiłam się o trochę inną opowieść, też zawierającą w sobie konwencję kryminału, jednak mającą klimat niepokojącego thrillera, w dodatku z elementami erotyku. I feedbacki czytelników faktycznie mnie zaskoczyły! Okazało się, że… zaszeleściło! I to jak! Nawet jeden z bookstagramerów, Patryk z CzytamPowoli, napisał, że to najlepsza książka, jaką czytał w życiu. Oczywiście przesadził! (śmiech) Jednak chyba każdy autor chciałby coś takiego usłyszeć, chociaż raz w swoim życiu.
Kiedy mówimy o opinii innych na temat „Szelestu”, wiadome jest, że również musimy odnieść się do słów recenzentów. Patrząc ile i jakich jest ocen przyznawanych temu tytułowi, aż korci, by dowiedzieć się, czy autorka nie czuje, aż przesytu dobrych słów na ten temat? (śmiech)
- Dobrych słów nigdy za wiele. Ach, jak to motywuje, jak zagrzewa do pracy! Naprawdę te dobre recenzje to paliwo, które napędza przez kolejne miesiące.
Zdecydowana większość z oceniających skupia się na samych pozytywach, a jak wiemy, legendarne przysłowie brzmi, że najlepsze rozmowy są wtedy, kiedy dochodzi do konfliktów intelektualnych… Dlatego też ciekaw jestem, co powiesz, kiedy przyznam, że „Szelest” to… jednak kawał solidnej literatury! (uśmiech)
- Haha, dzięki. (śmiech) Też mam poczucie, że udało mi się wykreować niewątpliwie ciekawy świat przedstawiony, mroczny, pulsujący, pełen niepokojących odgłosów i barw. Jednak to nie jest tak, że ta książka będzie idealna dla wszystkich, bo każdy czytelnik ma inne oczekiwania. I tak jak dla niektórych sceny erotyczne, które pojawiły się w książce, są wartością dodaną, tak innym mogę wadzić. W każdym razie ta historia właśnie w ten sposób chciała się opowiedzieć i specjalnie nic z tym nie mogłam zrobić. (śmiech)
Co nie zmienia faktu, że do kilku kwestii chciałbym się doczepić. W końcu znowu wpadłaś na pomysł historii, o której nawet bym nie pomyślał. Także nie, żebym miał uwagi z jakiegoś określonego powodu… (śmiech)
- Pomysł na napisanie „Szelestu”, jak zwykle przyszedł do mnie w najmniej spodziewanym momencie. Jakoś tak jest, że nigdy nie szukam na siłę, tylko koncepcja sama się pojawia, jak wielka niespodzianka. Tym razem odbierałam moją czternastoletnią wówczas siostrzenicę ze spotkania ze znajomymi. Zapytałam, jak im minął dzień i co robili. A siostrzenica odpowiedziała, że wybrali się na „trip” z chińską aplikacją, która prowadzi użytkowników w losowe miejsca, gdzie znajdują paranormalne zjawiska, czy znaki odwołujące się do ich życia. Ich aplikacja poprowadziła akurat do opuszczonego, zdewastowanego domu stojącego w samym środku polu, ale na przykład w Seatle grupa młodzieży natknęła się na wyrzuconą na brzeg rzeki walizkę, w której odkryli poćwiartowane ciało człowieka. Pomyślałam sobie wtedy: No hej! Przecież to świetny pomysł na fabułę nowej książki (śmiech).
Dziennikarka Alicja Grabska otrzymuje zlecenie, by przetestować aplikację mobilną o nazwie „Place to Rest”. Bazując na casusie dalszych wydarzeń z główną bohaterką w roli głównej, czy Małgorzata Oliwia Sobczak właśnie stara się zniechęcić do nadmiernego korzystania ze smartfonów?
- Nie tyle staram się zniechęcić do korzystania z nowoczesnych technologii, ile zachęcam do bardziej świadomego ich użytkowania i to chyba też w taki dość subtelny sposób, bo pisząc „Szelest”, nie myślałam o tym, by miał moralizatorskie przesłanie. Tak naprawdę ta cała aplikacja jest tylko punktem wyjścia do opowiedzenia historii o obsesji, która zniewala człowieka w różnoraki sposób.
Może Ty przestrzegasz nie przed samym urządzeniem, a sposobami jego wykorzystywania do danych celów?
- Tak jak część społeczeństwa jest świadoma zagrożeń wynikających z serfowania po sieci, tak często zapomina ona o tym, że te same zagrożenia wiążą się ze ściąganiem i korzystaniem aplikacji internetowych. Wydaje się, że ściąganie aplikacji to taka jednorazowa akcja, a gdy aplikacja wyląduje już w naszym telefonie, staje się zupełnie odcięta od sieci, a tym samym bezpieczna. A tymczasem właściwości aplikacji internetowej, takie jak globalny dostęp i niedoskonałości protokołów komunikacyjnych, powodują, że są one wyjątkowo podatne na zagrożenia skorelowane z utratą dostępności, poprawności i poufności informacji. Ja do tego poszłam o krok dalej, bo pokazałam, że aplikacja internetowa nie tylko może stać się narzędziem w rękach cyberprzestępców czyhających na nasze poufne dane, ale także może stać się narzędziem w rękach psychopatów czyhających na nasze życie. Oczywiście jest to bardzo hipotetyczna koncepcja, jakkolwiek trzeba mieć na uwadze to, że aplikacje internetowe mogą działać jak koń trojański – pod funkcją podstawową mogą ukrywać funkcje zaraźliwe, które dodatkowo w trakcie mogą być włączane, wyłączane i aktualizowane.
Zmierzamy w kierunku moralizowania odbiorcy, więc jako, że pewnie większość dziennikarzy pyta Cię, jak zrodził się pomysł na stworzenie tej powieści, to zapytam inaczej: ile Małgorzaty Oliwii Sobczak kryje się w Alicji Grabskiej?
- Niewiele, oprócz tego, że Alicja Grabska też skończyła dziennikarstwo, traktuje bieganie jako środek upuszczania emocji, a także przemierza trasy, które ja przemierzałam w różnych okresach mojego życia. Przykładowo moja bohaterka odnajduje ciało zamordowanej dziewczyny na leśnej trasie, którą bardzo często biegałam, kiedy mieszkałam w Sopocie. Wspina się po tych samych wzgórzach, potyka o te same korzenie, przystaje na punkcie widokowym, na którym ja przystawałam, obserwuje panoramę Trójmiasta moimi oczami.
Pytam Cię o to, gdyż zastanawiam się, czy jestem jednym z niewielu, który raczej niechętnie podchodzi do tego typu testów, co w przypadku Alicji. Jednak, żeby znowu nie mówić o sobie, to, w jaki sposób dokonywałaś researchu?
- Jak zawsze – literatura przedmiotu, internet i konsultacje ze sprawdzonymi specjalistami w zakresie działań policyjnych i informatyki (Andrzej i Paweł – kłaniam się nisko!). Tym razem miałam zdecydowanie mniej rozmówców, którzy podzieliliby się ze mną swoimi przeżyciami, musiałam więc w przeważającej mierze bazować na własnej wyobraźni.
Nawiązując do dwu ostatnich pytań, to być może sama miałaś kiedyś okazję testować coś podobnego?
- Oczywiście wybrałam się na trip z aplikacją, o której opowiedziała mi siostrzenica. I to dwukrotnie. I choć miałam ogromne oczekiwania, niestety za każdym razem aplikacja doprowadziła mnie donikąd. Nie znalazłam nic ciekawego, zaskakującego, czy tajemniczego. Musiałam więc zrekompensować sobie te marne doświadczenia fabułą książki.
Jednak „Szelest” mówi o czymś więcej niż „tylko” kwestie związane ze smartfonami i aplikacjami mobilnymi. Dlaczego Alicja Grabska jest współczesnym odpowiednikiem tego, jakimi przedstawicielkami płci pięknej pragnie być większość kobiet?
- Czy ja wiem, czy kobiety chciałyby się utożsamiać z Alicją Grabską…? Moja bohaterka jest atrakcyjna, owszem. I to bardzo. Jednak jest też postacią rozdartą, mocno pokiereszowaną przez wcześniejsze doświadczenia. Ta cała jej siła to tylko maska, pod którą kryją się liczne skazy.
Zgadzam się z Igorem Brejdygantem, że Twoja główna bohaterka z tego tytułu emanuje kobiecością i akurat wcale nie mam na myśli jej zmysłowo-erotycznych scen. A sama autorka poprze nasze stanowisko?
- Alicja to postać ultrakobieca. Piękna blondynka o świetnej prezencji i dobrym guście modowym. Zarazem to taka femme fatale – pociągająca kobieta o czarnej duszy, która nieintencjonalnie doprowadza mężczyzn do zgubnej obsesji na swoim punkcie.
Chociaż trzeba oddać, że w „sceny seksu”, to jednym słowem… umisz! Jak wyglądało nabieranie wiedzy w tym zakresie?
- Zbierałam wiedzę w procesie organoleptycznym. (śmiech) Starałam się, by erotyzm w „Szeleście” nie był zbyt wulgarny, ale też zbyt sentymentalny, cukierkowy, czy niepotrzebnie nadmuchany. Przedstawiłam go jako akt fizyczny, który ma jakiś początek, środek i koniec. Jako akt, który też jest opowieścią, bo jego charakter wynika z doświadczeń z przeszłości, a także rodzi określone konsekwencje.
I właśnie, tu docieramy do kolejnej kwestii, gdzie mam pewne zastrzeżenia. Może nie łączy się to bezpośrednio z jej dominacją w sypialni, ale dlaczego główna bohaterka również u Ciebie nabiera siły, determinanty do zmiany dzięki swej przeszłości. Nie mogłaby tak po prostu, tak ze swej natury mieć tej mocy?
- Ona ma naturalną moc. Spójrz, jaka Alicja była w liceum – nieprzejednana, przebojowa, harda. Jednak w wyniku tego, co ją potem spotkało, ta moc słabnie, gubi się w gąszczu goniących ją traum. I ostatecznie Alicji wcale tej siły nie udaje się odbudować, choć podejmuje taką próbę.
Oczywiste jest, że postaci w „Szeleście” miały być wyraziste, ale przyznaję, że zmartwiłem się nie tym, że główną bohaterką jest właśnie kobieta, ale tym, że musi mieć duszną, brudną przeszłość, by być dziarską. Dlaczego wiąże się to nierozerwalnie z przeszłością, i to nie tylko u Ciebie?
- Goniąca nas przeszłość. To jest taka moja mała obsesja. Jednak ona bardziej niszczy niż dodaje dziarskości. Jest pewnego rodzaju próbą, którą albo się przejdzie, albo się zginie i to w sensie symbolicznym, jak i dosłownym.
Właśnie, skoro jesteśmy już przy mrocznych postaciach, to pomówmy przez chwilę o Tajfunie. Kto podpadł Ci na tyle albo z kogo czerpałaś inspirację, by stworzyć, aż tak zawikłaną, demoniczną postać?
- Ha! Tajfun to jest gość. I zdradzę Ci, że jego licealny rys wzorowałam na pewnym łobuzie. Jednak to tylko kropla wody w rzece, jaką ta postać za sobą ciągnie.
W tym momencie chciałbym napisać, że z niecierpliwością wyczekuję, kiedy poznam Twoich kolejnych bohaterów, ale przyznam Ci się, że „Szelest” to w mojej opinii pozycja zamknięta, która, mimo że przedstawia brudny, duszny, mroczny świat, tak pragnie się do niego wracać, jak i do lubienia głównych bohaterów. Podobnie miałem w przypadku „Ślepnąc od świateł”, a więc… Co powiesz, kiedy nazwę Cię „Żulczykiem w spódnicy”?
- Spódnice rzadko noszę i z Żulczykiem też nie chciałabym się porównywać. (śmiech) Chcę być Sobczak. Tyle wystarczy, bym czuła się dumna.
I na zakończenie wywiadu przedstawiam zagadkę, którą proszę, byś rozszyfrowała naszym czytelnikom: Dlaczego Sobczak nie opisuje, lecz kreuje demoniczny, a zarazem prawdziwy, otaczający nas świat na co dzień?
- Paradoksalnie rzeczywistość jest bardziej odjechana od tego, co przenoszę na karty opowieści. Chris Carter, pracujący jako psycholog kryminalny, zawsze się śmieje, że czytelnicy oceniają za najbardziej niewiarygodne to, co zaczerpnął z prawdziwego życia. Codzienność ludzi jest pełna mroku i okrucieństwa, choć bardzo staramy się tego nie dostrzegać.













