Bliskie spotkanie nie wiem którego stopnia.
[EN] Yesterday I took the same route as usual. For a moment I wanted a different one. I wanted a twist. A turn. A change! But I changed my mind. On the way back, already after dark, I saw something moving on the road ahead of me. Of course, I had already passed darting deer and moose, but this was something different. Something on the road. Something unclear in the dim light of my flashlight set to minimum. I clicked the switch twice, switching to turbo mode. Three thousand lumens flooded the road and the roadside. A moment for my eyes to adapt — and I saw… a butt. Some woman was just clumsily getting up. I dimmed the light back down to minimum and kept walking, slowly catching up with the woman who was moving slower than me. She walked slower because she had a can of beer in one hand and a cigarette in the other. Though mostly because she was fighting gravity. A slim blonde in a turquoise dress. I wondered who she might be. At first, I thought of Gabrysia, who sometimes jogged along this path. But not with a can of beer — and certainly not with a cigarette. The woman looked back, then turned as I was already fairly close. I aimed the flashlight at the ground so as not to blind her. I just wanted to pass by and keep walking my way, without disturbing her. A strange place to drink beer, but what’s it to me? And yet, I was greeted. “Good evening,” the woman said. She had an Eastern accent. I replied in kind as I walked past her. Who she was, I have no idea. Where she came from — no clue either. I rarely pass anyone on my route. At least not on that stretch. And I definitely didn’t expect to encounter a staggering woman from the East.
Well! That was my little adventure last night. Just right for a blog post. Warm greetings, my friends.
[PL] Polazłem wczoraj tą samą drogą co zwykle. Przez chwilę chciałem inną. Chciałem zrobić twist. Skręt. Odmianę! Ale się rozmyśliłem. Wracając już po zmroku zobaczyłem, że coś przede mną na drodze porusza się. Oczywiście mijałem już po drodze czmychające sarny i łosie, ale to było coś innego. Coś na drodze. Coś niewyraźnego w świetle latarki ustawionej na minimum. Kliknąłem włącznik dwa razy, przechodząc w tryb turbo. Trzy tysiące lumenów zalało drogę i pobocza. Moment na adaptację wzroku i dojrzałem... dupę. Jakaś pani właśnie wstawała nieporadnie. Zmniejszyłem strumień światła z powrotem do minimalnego poziomu i szedłem dalej, powoli zbliżając się do kobiety idącej wolniej niż ja. Szła wolniej, bo trzymała puszkę z piwem w jednej dłoni i papierosa w drugiej. Choć przede wszystkim dlatego, że walczyła z grawitacją. Szczupła blondynka w turkusowej sukience. Zastanawiałem się, kto to może być. W pierwszej chwili pomyślałem o Gabrysi, która czasami tędy chodziła na jogging. No ale nie z puszką piwa, a tym bardziej z papierosem. Kobieta obejrzała się za siebie, a potem obróciła, kiedy byłem już dość blisko. Celowałem latarką w ziemię, żeby nie oślepiać. Chciałem ją minąć i iść zwyczajnie w swoim kierunku, nie niepokojąc jej. Przedziwne miejsce na picie piwa, ale co mi do tego? Jednakże zostałem przywitany. „Dzień dobry” padło z ust kobiety. Miała wschodni akcent. Odpowiedziałem tym samym, mijając ją. Kim była, nie mam pojęcia. Skąd się wzięła – też nie. Rzadko mijam kogokolwiek na mojej trasie. Przynajmniej na tym jej etapie. A już na pewno nie spodziewałem się zataczającej się kobiety ze wschodu.
No! To taka mnie przygoda spotkała wczoraj wieczorem. W sam raz na post na blogu. Pozdrawiam was moi mili.