SZKLANE DOMY poniedzialek / 03.08.2015 ___ cz.1
Od rana to my zaczęliśmy się bawić w pszczoły i jak w tym ulu i dookoła ula- lataliśmy w tę i na zad. Wrzawa, harmider. Emocje póki co pochowaliśmy po kieszeniach, bo nie było z początku nawet czasu żeby sobie pofolgować i na siebie popsioczyć. Nie było nawet chwili żeby na kogoś krzywo spojrzeć, co więcej!- mało kto z nas znalazł chwilę żeby zerknąć w lustro i spojrzeć na samego siebie!
Agnieszka wyjechała do Poznania, miała coś poskanować, podrukować, mówiła o witrażu… Świat witrażu nie jest do końca mi znany, miałam do niego kilka podejść, życzę sobie jednak mocniej zgłębić ten rodzaj aktywności twórczej, więc jestem mocno zaciekawiona Agnieszką. I jej witrażem. Wiem, że miał to być witraż bez szkła, taki papierowy, a witraż kojarzy mi się oczywiście ze szkłem no bo jakże inaczej, tutaj z kolei moje myśli wędrują w stronę Piotra i jego szklanej łupanki. Ma więc wspólny mianownik z Agnieszką- szkło i bez szkło.
Dla mnie szkło też jest istotne, bo jest dodawane jako wypełniacz do amfetaminy, którą z taką lubością traktowałam swoje wnętrze i o której będzie opowiadać moja zagrzybiała historia.
Mamy Młodą, to jest Jadzię, która jak się dowiedziałam na tym swoim strychu kombinuje coś z pajęczyną. Ta odpowiednio rozciągnięta i podłożona pod światło jest przezroczysta, jak szkło. Takie szkło pochodzenia naturalnego, a co.
Bartosz- który postanowił dzisiaj przedstawić na wernisażu swoje alter ego, czy może właśnie je schować a pokazać prawdziwą twarz, lub!- pokazać jedną ze swoich prawdziwych twarzy, bo przecież ma prawo mieć ich a nawet i kilka tuzinów- czyli zaprezentować większemu gronu bajecznie piękną Diwę - wydaje się być dzisiaj kruchy jak szkło, udaje że nie, ale po porannym czasie ‘bez stresu’ widać, że wszystko go wkurza. Wszystko. Mówi, że nie, ale wiemy, że tak. Czujemy to, już trochę się poznaliśmy.
Justyna siedzi w gorzelni, gdzie szkło jest dosłownie wszędzie, ona w nim bezpośrednio nie działa, ale na pewno musi na nie uważać. Uważaj dziewczyno! Szkoda, że ja tak na nie jakoś nie uważałam, kiedy je wciągałam.
No i nie zapomnijmy o Wiktorii. Wiktoria jest ze szkła. Po prostu. Kto ją poznał, ten wie. Ale z takiego lekko zabarwionego. Ja tam widzę trochę fioletu, nieco brudnego różu i obiecującą butelkową zieleń. Trochę podryfowała w morzu, więc jak się dobrze chwyci to wcale się nie potniesz. No ale jak źle, to po palcu!
Odnośnie butelek!- te walają się wszędzie, wypływają ze śmietników, psują harmonie lasu polegując na leśnej ściółce. Szkło, szkło.
Apel od Bartosza: trzeba zrobić to, to i to. Robi rozpiskę, ja się dopisuję jako pierwsza, przed wernisażem obiecuję posprzątać kuchnie (tak czy siak raczej nie ja ją posprzątałam…) każdy coś wybiera. A to śmieci, a to umycie łazienki, a to… Zwyczajowe obowiązki dla zwyczajnych domowników, normalnego pałacyku. Tyle.
Wernisaż zaplanowaliśmy na 19:00. Wczoraj w nocy, kiedy wykończona atakiem paniki spałam jak to ja już koło 23, reszta jak się okazało działała- zrobili przy pomocy markera i mojej taniej, plakatowej farbki plakaty informujące o wydarzeniu, na które liczyliśmy, że przyjdą tubylcy. Czcionka pierwsza klasa, ja bym tak nie napisała, więc to i lepiej, że spałam. Piotr i Justyna spisali się na medal, fajne, rustykalne plakaciki. Jestem na tak!
Rozwieszenie plakatów przypadło mi, jako, że ich nie robiłam. Znajduję kartkę od Piotra, który proponuje, że pójdzie ze mną. Coś czuje, że sam się do tego zgłosił, bo jest dżentelmenem. Mam go obudzić, sam tak napisał. Nie mam serca. Nie lubię budzić ludzi. Ale budzę. Idziemy. Zostawiamy informacje o wystawie. Dodam, że o wystawie, która rozpocznie się za blisko 9 godzin. Czas start. Ha!
[Plakaty rozwieszone w strategicznych miejscach Sielinka: Sklep GS oraz wjazd do Muzeum Gospodarki Mięsnej.]