SCENA WIECZNEJ ENERGYLANDII
Ryk sztormu, grzmoty i błyskawice to jedno z najlepszych zaklęć wywołujących opowieść. Coś zaczyna się od świecącej na niebie groźby. A potem groźba się spełnia i jest kraksa, jak u Szekspira.
W „Burzy” wytrychem do mojego samopoczucia jest katastrofa na początku historii. To opowieść dla tych, którzy boją się przyszłości, więc się nią też fascynują. A fascynować się czymś oznacza zamieszkiwać kolejne wyspy.
Im dłużej podglądam ludzi bawiących się w największym parku rozrywki w Polsce, tym bardziej jestem zaniepokojony. Zaniepokojenie wydaje mi się formą poznania, przy jego pomocy rozglądam się po pomieszczeniu.
Im głębiej oddycham, tym bardziej się niepokoję. I im bliżej jestem życia, tym bardziej jestem zaniepokojony. Trzeźwe spojrzenie to zaniepokojone spojrzenie. Niepokój jest jedynym przyjacielem człowieka. Niepokój wstaje razem z tobą, o zasranym poranku – poszedłem dzisiaj po kawę, a on już tam był. Gdyby nie niepokój, wciąż bylibyśmy na drzewach. Więcej – gdyby nie niepokój, nie chciałoby nam się wyjść z wody i przeobrażać w ludzi. Nie zaczęłaby nas parzyć i mierzić. Wstałem rano i niepokój prowadził mnie za rękę po kawę. Przy kawie stałem się kimś innym, a niepokój wciąż siedział przy stoliku.
Mam wrażenie, że była jakaś burza i wszyscy znaleźliśmy się w jednej wielkiej Energylandii. Kiedy o tym pomyślałem, wszystko zaczęło mi się łączyć w całość. Chciałem się upewnić, więc zastosowałem stary chwyt – wpisałem dzisiejszą datę i filtrowałem od ostatnio dodanych. Zobaczyłem małą dziewczynkę, która nagrywa jak ucieka przed mamą i pomyślałem, że obie wyglądają jakby dopiero co wyszły z Energylandii. Najpierw algorytmy wrzuciły mnie w największy w Polsce park rozrywki, a potem zdałem sobie sprawę, że tkwię w nim od dawna. Przeniknąłem do Energylandii, żeby zobaczyć jak bardzo ona przeniknęła do nas. I jest we mnie sporo żalu za starym światem, ale przede wszystkim – musimy się przygotować na to, w czym tkwimy.
Chodzi mi o to, że poza naszą wiedzą wydarzył się jakiś wypadek o planetarnej skali i znaleźliśmy się od niego w wiecznej Energylandii. Wzrost zainteresowania magią wśród ludzi młodych uważam za zdrowy impuls i przejaw kolektywnej nadziei na to, że kiedyś się stąd wydostaniemy. Póki co, jesteśmy dziećmi burzy i błąkamy się po przeklętej wyspie dystopijnie zabarwionej rozrywki.
Zacząłem adaptować jutuba, bo boję się przyszłości. Taki był punkt wyjścia. Po roku adaptowania boję się jej jeszcze bardziej, wszędzie natykam się na powody do zmartwień, algorytmy wrzucają mnie w lęk.
Boję się przyszłości, bo tamta dziewczynka i jej mama wyglądały jakby dopiero co wyszły z Energylandii. Bo widziałem rodzinne gry w supermarkecie. Otwarcia giełd samochodowych, za dużo sprzedaży, za dużo konkursów, POV, dożynek, przepowiedni, dowcipów, instrukcji i wyznań.
Widziałem też filmiki ze zrekonstruowanym w Minecrafcie Auschwitz, a potem policzyłem, że od Energylandii do Oświęcimia jest siedemnaście kilometrów. Pomyślałem o obu miejscach jako generatorach dystopijnej energii.
Jedno z nich to muzeum zagłady, czyli miejsce, w którym za pieniądze można zobaczyć pozostałości po fabryce śmierci. Miejsce rozpalające wyobraźnię i takie, które chce się wyprzeć, nawet jeśli się tam nie było, więc jest powielane w popularnej grze o tworzeniu światów.
Drugie z nich to obleśnie reklamowana i bardzo droga strefa rozrywki. Wzniesiono ogromne konstrukcje, żeby ekstremalizować niecodzienne, zbliżające się do tortury wrażenia.
Od Energylandii i Auschwitz w Minecrafcie algorytmy rozwidlają mi się w dwie strony. Dostaję trochę zagranicznych instrukcji robienia totalitarnych rzeczy w Minecrafcie, trochę filmów dokumentalnych, a potem jak bumerang wracam w obszary objęte promieniowaniem Energylandii.
Adaptacja Jutuba kończy się wieczną Energylandią. Wrażeniem, że przeciążony system miał burzę, więc wyrzucił nas na wyspę z pamiątkami po zagładzie i wielgachnymi konstrukcjami mającymi przebodźcowywać ekstremalną rozrywką ekstremalnie przebodźcowanych ludzi. Dawno, dawno temu Wieczna Energylandia wyglądała do nas z przyszłości. I nagle tkwimy w niej po uszy. Każde z nas musi znieść swojego Hyperiona. Jesteśmy skazani na magię, czytanie Szekspira i szukanie rozwiązań w robieniu bezsensownych rzeczy.














