ZJAWA [fragment]
Włożył drżące ręce pod strumień wody, próbując zmyć z nich krew. Wrzątek parzył mu skórę, którą zapamiętale drapał. Chciał pozbyć się śladów swojego grzechu, oczyścić się.
Wytarł zaczerwione dłonie w spodnie i wyszedł z łazienki. Nie znajdował się w swoim mieszkaniu – to było większe i bogato urządzone. Szare ściany chłodno przypatrywały się intruzowi, podłoga cicho krzyczała przy każdym kroku, a wychylające się z mroku obrazy szeptały między sobą. Wszystkie pomieszczenia w napięciu czekały na kolejny ruch mordercy, który stanął nad zwłokami. Z trudem mógł spojrzeć na nie i na statuę leżącą obok rozbitej głowy. Dwie historie zakończone za jednym zamachem – pomyślał posępnie zabójca. Teraz tylko musiał jakoś je spalić, pozbyć się ich całkowicie, aby wszyscy zapomnieli o tym, że kiedykolwiek istniały. Jak miał tego dokonać? Spróbować je wynieść do pobliskiego śmietnika? Wyrzucić przez okno i upozorować samobójstwo? Zwyczajnie wyjść z mieszkania i udawać, że nigdy go tu nie było? Uklęknął przy ciele i wpatrywał się w zastygłą twarz wykładowcy, licząc na jakąkolwiek podpowiedź. Tak bardzo chciał dojść do porozumienia, tak pewnie się czuł, chwytając za rzeźbę… I na co mu to było? Nawet jeśli jakimś cudem udałoby mu się uciec, to będzie jednym z głównych podejrzanych. Przecież cała uczelnia wiedziała o ich konflikcie…
– Widzę, że potrzebujesz pomocy – wyszeptał głos tuż przy jego uchu.
Student gwałtownie odwrócił się i rozejrzał z przerażeniem, jednak w gabinecie znajdowali się tylko on, ciężka cisza oraz trup. Po chwili nasłuchiwania odetchnął głęboko i przetarł twarz.
– Boże… – wymamrotał, przyciskając dłonie do oczu. Nieistniejące głosy, szybko znikające figury oraz niewidoczny dotyk zaczynały go wymęczać. Wiedział, że te wszystkie sytuacje nie były prawdziwe, że to jego umysł droczył się z nim, jednak momentami czuł się, jakby nawiedzały go błąkające się po świecie widma.
Nie zdziwił się więc zbytnio, gdy po podniesieniu głowy zobaczył przed sobą postać płonącą czarnym ogniem. Wpatrywali się w siebie bez słowa, bez jakichkolwiek gestów. Człowiek nie wiedział, ile minut czy nawet godzin minęło, nim w końcu odwrócił od zjawy wzrok i ponownie zaczął rozważać nad swoim kolejnym krokiem. I tak musiał jakoś wydostać się z miejsca zbrodni… Może faktycznie powinien wyjść i zostawić zwłoki? Raczej nie wzbudzałby żadnych podejrzeń, a profesor mieszkał sam, więc minie trochę czasu, nim ktoś go znajdzie. Wstał i rozejrzał się, ignorując widmo, które stało pośrodku pokoju. Nogą przetoczył rozbitą figurę na bok, nie mogąc znieść jej prześmiewczego oblicza. Z uznaniem skinął głową i skierował się do wyjścia.
Kiedy mijał zjawę, przeszył go nienaturalny chłód…





