Jestem nic niewartym smieciem i z kazdym dniem zdaje sobie z tego sprawe coraz bardziej. Kazdego dnia gdy patrze w lustro mam ochote zwymiotowac, nie chce byc soba i nie wiem czy bardziej wspolczuje mojemu cialu ze ma tak odrazajaca dusze czy duszy ze ma tak obrzydliwe cialo. Nie wazne co robie moje mysli mnie sabotuja, ze wszystko co robie jest bezcelowe, ze powinnam zdechnac i przestac robic wszystkim problemy. Nie mam samokontroli i jedyne co mnie powstrzymuje od jedzenia to mysl, ze na nie nie zasluguje. Czuje sie obrzydliwie czujac ten caly tluszcz, ktory przybralam przez ostatnie miesiace. Cale moje starania, wpierdolenie sie w mie, wszystkie fasty, omady, momenty gdy odmawialam sobie najmniejszej przyjemnosci na wyjsciach ze znajomymi poszly na marne. Nie moge na siebie patrzec, za kazdym razem chce mi sie plakac. Proboje to zmienic, chodze na silownie, robie omady ale nawet najmniejsze emocjonalne zmiany prowadza do binge. Kocham jedzenie tak bardzo, choc sprawia ze jestem coraz brzydsza, obrzydliwa. Zawodze sama sibie coraz bardziej, z powidu swojego braku dyscypliny, tego, ze nie potrafie byc normalna, taka jak inni. Zawodze kazdego, zwlaszcza mame, ktora nie potrafi mnie zrozumiec, robie glupie rzeczy przez ktore sie o mnie martwi. Nie ucze sie i chyba nigdy nie mialam gorszych ocen. Moglabym sie postarac, ale ja wole lezec i nie robic nic. Chcialabym miec do tego jakakolwiek dyscypline, motywacje, cokolwiek. Wspolczuje jej ze ma taka corke, gdybym mogla oddalabym zycie zeby mogla miec dziecko, na ktore zasluguje. Wiem, ze mnie kocha calym sercem i nie moge tego zrozumiec. Jak mozna kochac takiego jebanego smiecia? Powinna mnie juz dawno temu zostawic, zrozumialabym i zaakceptowalabym to. Tak samo M, ktory pojawil sie w moim zyciu calkiem niedawno. Jest we mnie zakochany po uszy i tego tym bardziej zrozumiec nie moge. Za jakis czas pewnie pozna moje gorsze strony i mnie zostawi. Nie zasluguje na niego, on jest dobry, uczciwy, cudowny. Ja za to robie okropne rzeczy, oklamuje najblizszych, pale i pije wydajac na to pieniądze rodzicow, nadal rzygam choc mialam przestac, moj mozg to po prostu jeden wielki smietnik. M mowi, ze ze mna jest najszczesliwszy, ze zmienia sie dla mnie na lepsze. Mysle, ze powinnam sie od niego odsunac, on naprawde zasluguje na kogos lepszego. Boje sie, ze zaczynam sie zakochiwac coraz bardziej. Nie zniose tego, jesli przeze mnie stanie sie nieszczesliwy, przez glupowy ktore robie, przez to jak okropna bywam. Chce dla niego jak najlepiej. Wśród znajomych jest coraz gorzej, nie potrafie byc juz zabawna, moje wypowiedzi nie sa tak blyskotliwe jak kiedys i nie potrafie sprawic zeby inni byli szczesliwi przy mnie. Czasem mysle, ze nikt mnie tak naprawde nie lubi, ze jestem zapychaczem w towarzystwie i ludzie rozmawiaja ze mna z litosci. Nienawidze siebie tak bardzo, ze z kazda kolejna sekunda ze swoimi myslami czuje sie coraz gorzej. One tez mnie nienawidza, mowia ze jestem niewystarczajaca i nigdy nie bede, ze na nic nie zasluguje, ze w halloween w parku powinnam byla zamarznac na smierc. Zaluje ze tak sie nie stalo. Nie wiem ile jeszcze tak pociagne. Nic mi w zyciu nie wychodzi i gdy chce zeobic cos dobrze, wszystko tylko pogarszam. Jestem smieciem. Okropnym i beznadziejnym.