Są takie rozstania, po których nie płacze się dlatego, że przestało się kochać.
Płacze się dlatego, że kochało się bardzo i mimo to nie wystarczyło.
Najtrudniejsze nie jest dla mnie to, że ktoś odszedł. Najtrudniejsze jest to, że odszedł z przekonaniem, że go nie kochałam wystarczająco. Że wybrałam siebie. Że zrezygnowałam z nas.
A ja przez cały ten czas próbowałam zrobić coś zupełnie odwrotnego. Próbowałam nie zgubić ani jego ani siebie.
Czasem mam wrażenie, że ludzie myślą, że wybieranie siebie oznacza brak miłości. A przecież można kochać kogoś całym sercem i jednocześnie czuć, że potrzebuje się czegoś dla siebie. Można płakać na samą myśl o stracie i nadal wiedzieć, że jakaś droga woła nas głośniej niż strach.
Nie chciałam być wybierana zamiast marzeń. Nie chciałam też wybierać marzeń zamiast miłości. Marzyłam tylko o tym, żeby ktoś spojrzał na mnie i powiedział: „Nie rozumiem wszystkiego, ale jestem przy Tobie”.
Może byłam naiwna.
Może oczekiwałam za dużo.
A może po prostu wierzyłam, że miłość to nie tylko bycie obok wtedy, gdy wszystko układa się po naszej myśli.
Dzisiaj jest mi smutno.
Bo człowiek, którego kochałam, patrzy na naszą historię i widzi odrzucenie.
A ja patrzę na nią i widzę dwie osoby, które bardzo się kochały, ale nie potrafiły odnaleźć wspólnej drogi.
I chyba najbardziej boli mnie to, że nie udało nam się zobaczyć siebie nawzajem do końca.
Że on nie zobaczył mojego serca.
A ja nie zdążyłam pokazać mu go tak, żeby uwierzył.









