„Marvel często testuje granice pseudonaukowej wyobraźni, zahaczając o fantasmagorie rodem z innego wymiaru, problematykę związaną z czasem i kosmosem, a nawet na poły technologicznego konceptu stworzenia. Ich komiksy są świetnie narysowane, niemal halucynacyjne".
Jeśli tylko Sidney Lumet wiedziałby co się działo w branży komiksowej w latach 70, to jestem przekonany, że jeden z jego najlepszych filmów - "Sieć" nie opowiadałby o mechanizmach funkcjonowania stacji telewizyjnej, a właśnie o zapleczu tworzenia komiksów. A jeśli znałby tylko książkę Sean Howe'a i to ona posłużyłaby mu za scenariusz, to stworzyłby film równie aktualny i z pewnością jeszcze bardziej agresywny. Wyobrażam sobie nawet Roberta Duvalla wystylizowanego na Stana Lee.
Sean Howe pisząc swoja książkę wziął na język kilkadziesiąt osób, które miały styczność z Marvelem i na podstawie ich wspomnień przedstawił nam prawdziwą twarz Domu Pomysłów. Niezwykła historia Marvel Comics, to bezkompromisowa opowieść o żądzy, zdradzie, kłamstwach i superbohaterach. Portret wydawnictwa, w którym nie czci się Boga Piorunów, a zielone szeleszczące dolary. Marvel w książce Hove'a to bezlitosne wydawnictwo nastawione tylko i wyłącznie na zysk, miejsce, w którym artysta nie ma żadnych praw do wymyślonych przez siebie historii i którego można zastąpić w każdej chwili innym twórcą.
Kwestia roszczeń o prawa, czy to do postaci, czy całych historii jest osobą zaznajomionym, chociaż trochę z medium dobrze znana. Ale myślę, że nawet i Ci, którzy znają realia panujące w wielkich komiksowych wydawnictwach będą zszokowani niektórymi występkami Marvel Comics. Każdy fan, który widzi co spotkało Jacka Kirbiego natychmiast chce sięgnąć po Mjølner i cisnąć, nim w fasadę tego wydawnictwa. Ale książka Howe'a, to nie akt oskarżenia, czy próba wylania żali. Niezwykła Historia Marvel Comics to kronika, która poprzez ogromną ilość informacji stała się biblią Geekow na temat tego wydawnictwa. I mimo tego, że Howe ani przez chwilę nie sympatyzuję z Marvelem, to czuć między wierszami jego miłość do ich komiksów a jeszcze bardziej do twórców tam zatrudnionych.
Howe podsuwa nam także kilka ciekawych tez, na które wcześniej nie wpadłem, a teraz wydają mi się takie oczywiste, jak np. porównanie Charlesa Xaviera z Martinem Lutherem Kingiem a Magneto z Malcolmem X. Czy też crossoverowe starcie z lat 60 Fantastyczniej Czwórki i Silver Surfera z Galactusem jako metafora konfliktu wietnamskiego (Galactus był Wietkongiem, Fantastyczna Czwórka Południowym Wietnamem, a Silver Surfer - Ameryką). Howe dzięki temu, że opowiada historię Marvela chronologicznie jest wstanie także przyjrzeć się temu jak komiks amerykański nadążał za popkulturowymi trendami. Gdy w kinach w latach 60 królował James Bond, to automatycznie w tytułach takich jak Nick Fury, czy Kapitan Ameryka bardziej eksponowano motywy szpiegowskie i futurystyczne gadżety. Gdy Gwiezdne Wojny podbijały kina to czołowymi tytułami Marvela stawały się kosmiczne opery pokroju Warlocka, czy Kapitana Marvela. Gdy pod koniec lat 70 nastała era kina kopanego i wszyscy oglądali filmy z Brucem Lee, natychmiast Marvel promował komiksy "Master of Kung Fu", czy też "Iron Fist". Komiksy Marvela zawsze były odzwierciedleniem swoich czasów, a w książce Howe widać to najdokładniej.
I nie chodzi tu tylko o kwestie związane z popkulturą. Gdy w na początku lat 70 Don McGregor dostał w swoje ręce wyjątkowo kiepsko sprzedający się komiks o jasnowłosych (!) bogach i boginiach dżungli, który kipiał rasistowskimi podtekstami natychmiast przeobraził go w w 100% komiks dla społeczności afroamerykańskiej. Jego Jungle Action był jedynym amerykańskim komiksem z głównego nurtu z wyłącznie czarnoskórymi bohaterami. A seria ta była wydawana w okresie, w którym walka z rasizmem sięgała zenitu. Gdy w połowie lat 70 wszystkie amerykańskie ulice były po brzegi wypchane środkami odurzającymi, twórcy Doctora Strange'a Steve Englehart i Jim Starlin zamykali się w mieszkaniu, brali razem LSD i szukali za drzwiami percepcji inspiracji do swojego komiksu. Ich seria była pełna halucynogennych wizji i absurdalnych zwrotów akcji do tego stopnia, że do Wesołej Zagrody docierały paczuszki z marihuaną i wiadomościami pokroju: "Lubię sobie przypalić, puścić płytę Pink Floyd i poczytać nowy numer komiksu Doctor Strange"
To tylko wybiórcze anegdoty z tej potężnej księgi, i to one są dla mnie najważniejszą częścią ten publikacji. Są także dowodem tego, jak skrupulatnie do swojej pracy podszedł jej twórca. "Niezwykła historia Marvel Comics", to szczegółowy zapis dziejów tego wydawnictwa, który wielokrotnie przeraża, ale chyba jeszcze częściej fascynuje i przekonuje do komiksów tego wydawnictwa. Ale to także obraz tego jak komiks mainstremowy się rozwijał i jak wyglądała praca przy jego tworzeniu w ostatnim półwieczu.
Może wydawać się, że książka opowiadająca o wydawnictwie komiksowym, która zawiera w sobie setki informacji na temat superbohaterów i ich twórców może przytłaczać, ale zapewniam, że tak nie jest. "Niezwykłą historie Marvel Comics" czyta się z zapartym tchem tak jak nie jedną powieść kryminalną. Dla mnie osobiście, to jedna z najlepszych rzeczy jakich kiedykolwiek przeczytałem. Jeśli miałbym wystawić jej jakaś ocenę z pewnością była, by ona maksymalna z adnotacją, że jest to pozycja obowiązkowa i warta każdej złotówki.
książkę do recenzji podesłało wydawnictwo SQN - dziękuje!
więcej o książce na moim facebooku!