When has your otp EVER^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^…

★

#extradirty
KIROKAZE

pixel skylines
No title available
Lint Roller? I Barely Know Her

Origami Around
No title available
No title available
Stranger Things

titsay
Game of Thrones Daily

No title available

Discoholic 🪩
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH
🪼
No title available
NASA
Three Goblin Art
noise dept.

seen from Maldives
seen from Canada

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from Brazil

seen from Germany

seen from United States
seen from United States

seen from Netherlands
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Malaysia
seen from Malaysia

seen from Netherlands
seen from United States
@ffbynats
When has your otp EVER^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^…
I love how embarrassing and needy this is
Epilog part 2. (ostatnia) - Three Silent Words - Larry Stylinson.
Od autorki: Cześć, mamy rok 2015 i właśnie postanowiłam dodać II część epilogu do opowiadania, które zaczęłam pisać w 2012, dziwnie się z tym czuję. Przede wszystkim poprawiłam się w pisaniu, ale mam sentyment do tej historii, więc nie chcę wprowadzać korekt, dlatego wybaczcie wszystkie błędy. Przepraszam też wszystkich, którzy czekali tak długo, stracili nadzieję i tak dalej, ale DZIĘKUJE wszystkim, którzy tu byli, komentowali, żyli ze mną i chłopcami w tym opowiadaniu. Nie wiem, co powiedzieć, ale jak czytam te 400 komentarzy na blogspocie, mam ochotę płakać i właśnie dodaje to, i płaczę. Dziękuję! Jeśli ktoś miałby ochotę ze mną porozmawiać - @sarahioops (twitter), nie gryzę, słowo.
Wszystkie rozdziały: KLIK A niedługo zabieram się za kończenie opowiadania Never Give Up.
W poprzedniej części epilogu:
- Louis, wróć, Louis, nie idź tam, Louis, proszę…Louis! – nierównomierne krzyki wzrastały aż kolana Harry’ego poczuły grubą i mokrą warstwę śniegu. – Nie możesz, proszę… - zapłakane oczy błagały, by Tomlinson stanął na twardym gruncie, ale jedyny dźwięk, jaki mógł usłyszeć starszy chłopak, to pękająca tafla lodu…
Tak bardzo czekam na epilog TSW, kiedy dodasz? Proooszę, czytam od początku i co jakiś czas wchodzę z nadzieją, że jednak coś tam się pojawi.. Jest szansa? :)
Tak, właśnie go piszę specjalnie dla Ciebie. :)
Jejku jejku "Hazz, dlaczego marchewką?" jest takie awh kochane ❤
Dziękuje, kochana. :) wiem, ze trochę późno, ale wciąż... ;)
Sweetie, to nic wielkiego *rumieni się* ja po prostu piszę co myślę i czuję po przeczytaniu opowiadania :)
♥♥
Hej! Bardzo mi się podobało 'All I want is you'! < 3
dziękuje ślicznie :)
Tytuł: Green tea, brown sugar.Opis: Louis jest nowy, czasem marudzi, ale kocha to bezgranicznie. Harry ma różowe paznokcie, pije zieloną herbatę z brązowym cukrem, a jego obsesją są koty. Harry jest...
Rozdział V. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Nic.
- Hej, Harry, Haz... - Louis próbuje powstrzymać chłopaka przed zrobieniem kolejnego kroku. - Proszę, przestań.
Harry podnosi głowę do góry i patrzy na niego rozkosznymi, ale pełnymi strachu oczami, które mimo przepięknej zieleni przybrały nagle kolor szarości.
- Jest w porządku, naprawdę, nie chodzi o to, że tego nie chcę... - tłumaczy, podczas gdy Harry wciąż wbija w niego swój gasnący wzrok.
- Tak.. - mruczy cicho i brzmi na naprawdę zranionego, dlatego Louis natychmiast podnosi się na równe nogi, łapie Harry'ego za uda i sadza na miękkim materacu szpitalnego łóżka, który mimo wszystko jest miłą odmianą dla niezbyt wygodnej podłogi.
- Posłuchaj... - zaczyna, ale tym razem chłopiec na niego nie patrzy. Louis kładzie więc swoją chłodną rękę na różany policzek Harry'ego, przez co ten natychmiast łączy ich spojrzenia ze sobą. - Nie chcę byś myślał, że jesteś mi coś winny, jasne? Nie robię tego wszystkiego tylko po to, by dobrać się do Twoich spodni.
Harry przez chwilę milczy, po czym kiwa twierdząco głową. Louis uśmiecha się czule, chcąc jeszcze coś dodać, ale w momencie, gdy dziewiętnastolatek nieśmiało zagryza dolną wargę, ma wrażenie, że słowa są zbyt skomplikowane.
Wpija się w jego malinowe usta z taką siłą, że Harry potrzebuje chwili, by prawidłowo ocenić sytuację. Przesuwa delikatnie językiem po jego podniebieniu i Louis wie, że nie ma w życiu nic lepszego niż całowanie chłopca, który smakuje zieloną herbatą i waniliowym pyłkiem. Niż całowanie Harry'ego.
- Chcę żebyś wiedział, że jeśli kogoś się bardzo lubi, pewne rzeczy robione są bezinteresownie. - odzywa się.
- Bezinteresownie?
Louis zamiera, bo cóż, gdzieś w głębi serca czuł, że Harry nie bez powodu zachowuje się w ten sposób. Jednak nie spodziewał się, że ta rozmowa nadejdzie tak prędko. Chciał, by nastolatek miał wybór, którą furtkę otworzy w jakim czasie, chciał, by była to jego własna decyzja, a nie przymus, wynikający z zaistniałej sytuacji.
- Lou? Powiedziałem coś złego?
- Nie, po prostu... - masuje przez chwile skronie, po czym bez słowa siada na bujanym fotelu i klepie zachęcająco swoje kolana. Harry natychmiast łapie podpowiedź i bosymi stopami przemierza pokój, by przytulić się do ciała lekarza. Fotel jest duży i wygodny, więc bez problemu mieści dwa splecione ze sobą ciała.
- Jesteś zmarznięty - szept Louisa przedziera się przez gęstą ciszę, przerywaną jedynie biciem serca Harry'ego, w które się wsłuchuje. Nastolatek porusza się niepewnie, więc chłopak okrywa ich grubą warstwą koca i łączy swe palce z palcami Harry’ego.
Pozostają cicho przez kolejne minuty, chłonąc ciepło swych ciał i bezwzględne poczucie bezpieczeństwa, jakie daje obecność drugiej osoby.
-Harry, musimy porozmawiać.
- Tak, wiem.
Louis pociera chłodne ramiona chłopaka, a jednocześnie daje sobie chwilę na zastanowienie. Naprawdę nie ma pojęcia, jak powinien zacząć tę rozmowę. Gdyby to był zwykły pacjent, Tomlinson po prostu usiadłby na jednym z krzeseł, wziął w dłonie notatnik, zadał trzy podstawowe pytania, po czym pozwolił rozmówcy zwierzyć się ze wszystkiego, bądź przymusiłby go do tego, jakąś psychologiczną sztuczką. Ale Harry nie jest zwykłym pacjentem i Louis chce postępować z nim inaczej. Nawet gdyby starał się robić to profesjonalnie, to wie, że się nie uda.
- Posłuchaj – szepcze mu do ucha, a ciało Harry’ego przechodzą dreszcze. W pomieszczeniu jest już ciemno i jedynie wpadający księżyc oświetla delikatnie ich twarze. Louis ma nos w lokach Harry’ego, ale naprawdę mu to nie przeszkadza.
- Wiem, że to Twoja praca…i że musisz zadać te wszystkie pytania.
- Nie, nie chodzi o to, Harry. I jeżeli myślisz, że robię to tylko z powodu swojej pracy to naprawdę mało o mnie wiesz. – stara się nie brzmieć na nieuprzejmego, ale zdaje sobie sprawę z tego, że stracił kontrolę. – Przepraszam. – dodaje prędko, wzmacniając uścisk ich dłoni.
Wydaje się, że cisza na dobre zagościła pomiędzy tą dwójką. Louisa zżera poczucie winy, a Harry nie chce wracać do przeszłości, chyba że Louis go o to poprosi. Louis jednak nie mówi nic.
- Pamiętam, że obiecałeś opowiedzieć mi o wszystkim w swoim czasie, ale naprawdę nie mogę z tym czekać – w końcu wydusza z siebie.
Harry drży.
- Czy ktoś… kiedykolwiek zmuszał Cię do dziękowania w ten sposób? – Louis czuje jakby wbijał sobie nóż w serce. Nie chce tego mówić, ale wie, że musi.
Uścisk Harry’ego się zacieśnia i lekarz jest pewny, że żadne słowa nie padną, nie żeby były potrzebne, ale wtedy chłopiec wybucha płaczem i wtula się w klatkę piersiową starszego.
~*~
Louis spotyka Liama dopiero kilka dni później. Przebiera się w fartuch, gdy ordynator szykuje poranną kawę dla całego personelu. Tak, cóż, Liam jest po prostu miły.
- Masz ochotę? – słyszy i mimo wcześniejszej złości skina głową, zajmując wolne miejsce na kanapie. Obok siedzi Leigh-Anne i kilka innych osób, które Louis kojarzy z korytarza. Nie jest niezręcznie, czego obawiał się najbardziej. Jest zabawnie i głośno, a to naprawdę dwa słowa, które opisują jego prawdziwą naturę.
Kiedy zegar wybija ósmą, pomieszczenie pustoszeje i Louis wie, co to oznacza.
Konfrontacja z Liamem. Naprawdę nie czuje się winny za te wszystkie słowa, które powiedział, ale może powinien przeprosić z grzeczności. Uniósł się nieco zbyt mocno, ale sprawa dotyczyła Harry’ego. I tego ewidentnie nie da się odciąć od emocjonalnej strony.
- Louis?
- Tak, Liam? Przepraszam, zamyśliłem się. – odpowiada spokojnie, mimo że w środku drży, a jego ręce się pocą. W końcu jego kolega po fachu ma tutaj władzę.
- Chciałem Cię jakoś przeprosić, no wiesz, za tamto. – pociera kark i wszelkie nerwy, jakie trzymały się ciała Louisa puszczają.
- Nie ma sprawy, nie gniewam się, myślę, że też byłem zbyt szorstki.
- Chciałbym się zrewanżować, moja dziewczyna organizuje imprezę dziś wieczorem, myślisz, że dasz radę wpaść? Rozerwiemy się trochę. – podaje mu wizytówkę.
Louis uśmiecha się radośnie. Czemu nie?
- Będę tam.
Korytarz jest pełen ludzi i Louis pomyślałby, że znów o czymś go nie poinformowano, gdy przypomina sobie, że dziś jest dzień otwarty, w którym praktykanci mogą zyskać jakieś doświadczenie, no i cóż, tak, musi więc przemykać slalomem pomiędzy ludźmi, a to wcale nie jest zabawne. Dociera do pokoju Eda i już chce odetchnąć z ulgą, gdy widzi, że chłopak otoczony jest wianuszkiem dziewczyn, które w ciszy przysłuchują się jego muzyce.
Doświadczenie, prycha pod nosem i wychodzi, zapisując mentalną notatkę, by wstąpić do niego w drodze powrotnej.
U Jade jest spokojniej, kilka osób piszących prace magisterskie siedzi na uboczu i niespecjalnie przykłada się do powierzonego zadania. Właściwie Louis jest im wdzięczny, nie ma dziś głowy do tłumaczenia tego, co oczywiste.
- Porozmawiamy? – siada obok fioletowowłosej dziewczyny i wyciąga zeszyt, w którym druga kartka nadal pokryta jest pismem Harry’ego. Przejeżdża delikatnie opuszkami palców po wykaligrafowanym zdaniu i uśmiecha się czule pod nosem. Powrót do rzeczywistości następuje jednak szybciej niż może się spodziewać. Jedna z praktykantek zadaje mu pytanie, którego jego uszy nie rejestrują na czas.
- Przepraszam, możesz powtórzyć? – pyta grzecznie, ale dziewczyna wydaje się być oburzona.
- Czy lekarz nie powinien skupiać się na tym, co istotne?
Louis wzdycha ciężko i przewraca oczami, ignorując pytanie rozpieszczonej studentki.
- Jak minął weekend, Jade?
- No chyba nie. – słyszy głos za swoimi plecami i bardzo powoli odwraca się, by zlustrować uczennicę. – Takie pytania zadaje psychiatra pacjentowi z zaburzeniami odżywiania, próbie sam…
Louis gotuje się ze złości, ale stara się tego nie pokazywać. Jade spuszcza głowę, nie chcąc pokazać swojej słabości, co paradoksalnie właśnie robi.
- Nie sądzisz, że posuwasz się odrobinę za daleko? Masz rację, lekarz psychiatrii – to ja. – uśmiecha się szyderczo. – studentka – to Ty, więc pozwól, że wrócę do swojej pracy, podczas, gdy Ty przez kolejne kilka lat będziesz starała dotrzeć tu, gdzie ja teraz siedzę, hm? Mamy kompromis? Wspaniale.
Obrażona praktykantka podnosi się z miejsca i wychodzi z sali, a jej koleżanki zaraz za nią.
Jade śmieje się cicho, gdy Louis szczypie lekko jej policzek. – No dalej, nie pozwól, by ten uśmiech znikał za często. Na czym skończyliśmy? Ach tak…
- Było dobrze, Lou. Prawie całą niedzielę spędziłam z Harrym. On jest bardzo miły, wiesz? – uśmiecha się podciągając pod siebie kolana.
Louis zastyga.
Tak, zdecydowanie jest miły, zwłaszcza wtedy, gdy wspina się na moje palce, by mnie pocałować, myśli Louis albo wtedy, gdy tuli się do mojej klatki i delikatnie wbija mi palce w policzek, tak, jest miły.
- O czym rozmawialiście? – pyta spokojnie, nie chcąc się zdradzić.
- Zapytał mnie, czy myślałam o tym, co będę robić, gdy już stąd wyjdę, ale ja naprawdę nie wiem, czy to kiedyś nastąpi. – patrzy smutno, a Louisowi robi się jej żal.
Czy Harry kiedykolwiek stąd wyjdzie?
Chłopak ma świadomość, że ta sesja dotyczy Jade, ale nie może odrzucić myśli o Harrym, który spędza w ośrodku kolejne lata swojej młodości. Widzi jego zaszklone oczy i roztrzepane loki, ale to wciąż nie jest życie na jakie zasługuje. Louisowi robi się smutno, więc kontynuuję rozmowę z pacjentką, wskakując jednak na całkiem inny temat.
~*~
Jest późny wieczór, gdy dociera do pokoju Zayna, ale chłopak leży w łóżku i Louis nie chcę przerywać jego drzemki. Próbuje się wycofać, gdy pacjent zabiera głos.
- Zostań, nie śpię.
- Jesteś pewny? Bo właściwie mogę wpaść jutro.
- Jestem pewny – siada na kołdrze i klepie miejsce obok, więc Louis nie waha się ani chwili dłużej. – Więc jak tam z Harrym?
- Ty frajerze – śmieje się i uderza Zayna lekko w ramię. – Zrobiłeś to celowo. Nie mam zamiaru zwierzać Ci się z mojego życia uczuciowego. – dodaje rozbawiony.
- A więc przyjąłeś już ten fakt?
- Co?
- No właśnie powiedziałeś coś o życiu seksu…uczuciowym – poprawia się – w zdaniu, które dotyczyło Harry’ego. – uśmiecha się, wiedząc, że Louis nie zdawał sobie sprawy ze swojej gafy.
- Nie nagrałeś tego, nie masz dowodu, powiedz komuś, a pożałujesz. – grozi mu, wystawiając język.
- Czyli między Wami to tak na poważnie?
- Nie wiem, Zayn, to wszystko jest takie skomplikowane. – wzdycha ciężko i wtedy wpada mu do głowy świetna myśl. – A Ty?
- Ja?
- No wiesz…kochasz kogoś? Nigdy nie mówiłeś mi o swoich podbojach.
- Nie ma się czym chwalić. – mruczy Mulat i odpala jedno z kadzidełek. Louis się prawie dusi.
- Co to do chuja za zapach? – jego oczy łzawią, ale i to nie przeszkadza Zaynowi w odpaleniu kolejnych.
- Kiedyś miałem dziewczynę, ale zerwaliśmy. – mówi krótko, a Louis świdruje go wzrokiem. – To po prostu nie było to, łapiesz, nie?
Louis kręci głową, chyba jest już zbyt zmęczony.
- Jesteś takim palantem, Tomlinson!
- Doktorze Tomlinson, proszę! – śmieje się głośno, jakby właśnie był na haju. – A teraz… masz kogoś na oku?
- Masz na myśli siebie? – żartuje i wie, że Louis ma tego świadomość. Przez te tygodnie pracy w ośrodku zaprzyjaźnili się ze sobą i nawet jeśli w pewnych momentach muszą pozostać w relacji lekarz-pacjent, to istnieją pozostałe momenty, gdy mogą być dobrymi kumplami.
- No dalej, nie bądź cieniasem, nikomu nie powiem.
- Jest tu jedna osoba w moim typie. – jęczy, wiedząc, że szatyn nie da za wygraną. – Ale jakby nieosiągalna, wiesz?
- Kto to? Rita? Spoko, ma fajną dupę, ale ja mam lepszą. – wybucha śmiechem, ale Zayn kręci głową.
- Liam.
W pomieszczeniu nastaje cisza, a Louis lustruje chłopaka.
- Mówiłem, że to głupie. Proszę, zapomnij.
- Nie! Dlaczego? Po prostu…zaskoczyłeś mnie? Myślałem, że jesteś hetero, wybacz, dobrze się maskujesz.
- Nie jestem gejem, ale Liam jest gorący. – śmieje się cicho, wiedząc, że może ufać Louisowi. –
- No shit, Sherlock! Zaprosił mnie na imprezę. – wyznaje Lou – w ramach przeprosin.
- Przeprosin?
- Trochę się posprzeczaliśmy. – tłumaczy Louis i jego myśli wracają do Harry’ego, cholera, powinien być u niego piętnaście minut temu. – Słuchaj, Zayn, muszę lecieć.
- Opowiesz mi jak było…u Liama? Na imprezie?
- Masz to jak w banku. Tymczasem…trzymaj się stary, tak? – Louis przytula go na pożegnanie, decydując nie mówić nic o dziewczynie Liama, przynajmniej nie dopóki nie dowie się, co jego ordynator tak naprawdę lubi i jakie są szansę, by serce Zayna nie zostało złamane.
~*~
- Myślałem, że już nie przyjdziesz. – ten głos Louis rozpoznałby wszędzie.
- Przepraszam, że tak późno, dzisiaj był naprawdę szalony dzień. – tłumaczy, siadając w dolnej części łóżka Harry’ego, jednak chłopiec wyswobadza się spod kołdry i Louis wie do czego to doprowadzi.
Kilka zdań później, Louis leży na jego pościeli z głową Harry’ego na swojej klatce piersiowej i ręką w jego włosach. Harry pachnie dziś inaczej, pachnie jabłkami i cytrynami, i może to nie jest zielona herbata, ale Louis naprawdę to lubi.
- Tęskniłem za Tobą. – Louis w końcu się odzywa, a usta Harry’ego wykrzywiają się w nieśmiałym uśmiechu i mimo że jest ciemno, obaj wiedzą, że on się tam znajduje.
Leżą w ciszy przez kolejną godzinę. Louis zastanawia się, jakby to było gdyby Harry nie pojawił się w jego życiu? Czy byłby zakochany? Może wciąż miałby złamane serce po ostatnim związku, a może po prostu siedziałby teraz w knajpie i upijał się do nieprzytomności, bo właściwie tylko takie doświadczenie zostawił po sobie Aiden. Louis stwierdza, że bez względu jak bardzo jego życie ssie, mogłoby być gorzej.
Na przykład bez obecności Harry’ego.
Jego myśli przerywa dźwięk przychodzącego połączenia i nawet jeśli Harry zasypiał, teraz jest całkowicie rozbudzony. Louis naciska zieloną słuchawkę, mimo że numer na wyświetlaczu niewiele mu mówi.
- Louis? Tuu Leyum! – słyszy pijacki głos z drugiej strony i orientuje się, że jest już spóźniony na imprezę.
Harry marszczy brwi w konsternacji.
- Cześć, stary! Nie zapomniałem o Tobie, spokojnie. Noc jest długa, prawda? – śmieje się szczerze, na co Harry krzywi się w ten znany już lekarzowi sposób. Louis całuje swój palec i przejeżdża nim po ustach Harry’ego.
- W porządku, ale dotrzyj do nas, wisisz mi piwo, pamiętasz? – krzyczy tak głośno, że nawet nastolatek jest w stanie go usłyszeć. Po kilku zdaniach rozmowa się kończy, a Tomlinson wciska telefon do kieszeni spodni.
- Wychodzisz? – pyta zawiedziony Harry, bo to nie tak, że sądził, iż Louis spędzi z nim kolejną noc…
- Liam zaprosił mnie do klubu jego dziewczyny, nie mogłem nie odmówić. – wyjaśnia, ale to wcale nie sprawia, że wszystko staje się prostsze.- Hej, Haz. Nie smuć się, będę tu z samego rana.
- Na kacu? – pyta niedowierzająco.
- Nie piję, Głuptasie. Nie mogę. I nie chcę.
- Dlaczego? – Louis jest w stanie usłyszeć w jego głosie nutkę zaciekawienia.
- Kiedyś Ci opowiem, słowo, ale to naprawdę długa historia.
- Słowo? – Harry podaje mu malutki paluszek, a Louis owija wokół niego swój.
- Słowo.
- Myślisz, że możesz zostać…dopóki nie zasnę? – pyta niepewnie, nie patrząc na twarz swojego doktora.
- Zostanę, obiecuję. – całuje go delikatnie w czoło, odgarnia loki z oczu i pozwala, by wtulił się swym ciałem w jego klatkę piersiową. – Śpij, Harry.
-Dobranoc, Lou. Baw się dobrze.
I Louis to robi.
Wchodzi do klubu około 22 i może jest już dość późno jak na jego ostatni tryb życia, postanawia się dobrze bawić. Odnajduje Liama w zaskakująco szybkim tempie, poznaje jego dziewczynę Sophię i resztę znajomych, jest tam też Leigh, którą zna z pracy i Greg z czwartego piętra. Nie może być tak źle, co?
Louis odmawia piwa, tłumacząc kilka razy, że jego nerka nie jest jeszcze na to gotowa. W końcu ludzie ustępują, a Liam zamawia mu sok, za co jest mu ogromnie wdzięczny.
W sali bawi się masa osób, są tam blondynki, brunetki, a nawet kilka rudych i to nie tak, że Louis na nie patrzy, po prostu ich taniec jest tak perwersyjny, że nie sposób nie zlustrować ich wzrokiem. Jest też kilku przystojnych mężczyzn i tak, Louis karci się mentalnie za takie myśli.
- Wszystko okej? Wyglądasz na przygaszonego. – Liam dosiada się do niego po godzinie, jest bardziej trzeźwy, co Louisa widocznie dziwi.
- Nie pijesz już? Po prostu miałem ciężki dzień i tak jakoś.
- Sophia. – wyjaśnia Liam, a Louis wybucha śmiechem.
- Nie sądziłem, że jesteś takim pantoflarzem, Payne! – uderza go przyjacielsko w plecy.
- Zamknij się. A Ty? Myślałem, że przyjdziesz z kimś.
Louis waha się przez chwilę.
- Niestety się nie udało. – próbuje ominąć temat.
- Patrz ile tu jest lasek, wybieraj, co lubisz. – żartuje, ale widząc wzrok Louisa zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie zaszło. – Oh, kurwa. Nie wiedziałem.
- Bo nie wyglądam jak typowy gej?
- Tak, nie, nie! To znaczy…nie wiem. – śmieje się. – Przepraszam. – zakrywa twarz. - Chyba nadal jestem wstawiony.
- W porządku, Li. Powinienem chyba powiedzieć to na początku, prawda? Niezbyt dobry sposób na coming out przed kumplem z pracy.
- Jest okej, stary! – mówi i w jakiś dziwny sposób, Louis wie, że mówi szczerze. – więc gdzie Twoja druga połówka?
- Um… - Louis się zatrzymuje, nie wiedząc, czy ma prawo, by używać takich słów – myślę, że nie dał rady być tutaj dziś, ale kiedyś…czemu nie? – uśmiecha się, mając nadzieję, że jego słowa są prorocze.
~*~
Louis czuje, że dłonie Harry’ego błądzą po jego ciele.
- Louis!
Harry przypiera go do ściany i całuje jego szyję. Louis nie wie, dlaczego nie całują się w usta, przecież tak bardzo tego pragnie, ale nie ma siły ruszyć ciałem, Harry kontroluje wszystko.
- Louis kurwa!
Dlaczego Harry krzyczy i przeklina? Louis otwiera oczy, a wszystko jest rozmazane, traci przytomność w momencie, gdy ktoś odciąga go od Harry’ego i cóż, jest przekonany, że to Liam. Tylko dlaczego?
Budzi się następnego dnia, a ogromny ból głowy przypomina mu o poprzednim wieczorze i wszystko byłoby w porządku, gdyby znajdował się w swoim łóżku.
- Kurwa – siada na skraju materaca i przeciera oczy, słyszy czyjeś kroki i okrywa się kołdrą.
- Wstałeś. – Liam podaje mu aspirynę i szklankę wody. – Przykro to mówić, ale musimy zbierać się do pracy. I tak jesteśmy spóźnieni.
- My…nie?
- Co? Kurwa, nie, nic nie robiliśmy, jestem bi, ale bez przesady! – Liam protestuje zanim jego myśli mogą opuścić usta. – Byłeś wczoraj totalnie w innym świecie, jakiś koleś przystawiał się do Ciebie, nie mogłem Cię odciągnąć, myślałem, że nie pijesz, Lou?
- Nie piłem – jęczy Louis - I proszę, mów ciszej.
- W takim razie… o kurwa. – Liam znów przeklina i Louis notuje to w pamięci.
- W takim razie co? – pyta, ale w między czasie łączy fakty. – Myślisz, że…? Piłem tylko sok, myślisz, że coś mi dorzucili? – krzywi się na myśl o tym, do czego mogło dojść, gdyby nie Liam. - Jesteś bi?
- Musimy to zgłosić.
- Daj spokój, nic mi nie jest.
Nic oprócz ogromnego poczucia winy, które zrodzone w sercu, wędruje w tę i z powrotem, przypominając mu, że prawie zdradził swoje uczucia do kogoś, kto na tę zdradę nie zasłużył.
Ani trochę.
Rozdział IV. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Jest dobrze? :)
Kiedy Louis puka w ciemnobrązowe drzwi, gula w jego gardle rośnie do maksymalnych rozmiarów. Nerwowo ściska w dłoniach zdjęcie noworodka, które Harry wsunął do jego kieszeni zeszłej nocy i patrzy na zepsuty numerek, z którego siódemka leniwie zwisa poza obręb przeznaczonego miejsca.
Przeklina w myślach swoją dobroć, ale chwile później jego oczom ukazuje się brunetka z ostrym makijażem. I tak jakby traci całą pewność siebie.
- Cześć - mruczy niewyraźnie i dziewczyna już ma zamknąć drzwi, gdy Louis blokuje je nogą.- Przyszedłem porozmawiać. - tłumaczy, a ona bawi się niespokojnie kosmykiem swoich włosów.
- Crack, hasz, koka, a może chcesz zapalić blanta?
- Co? - chłopak marszczy brwi w konsternacji i kręci głową na boki. - słuchaj, przysłał mnie tu przyjaciel, potrzebuję zobaczyć się z Debbie.
- Co z tego będę miała?
Louis nie waha się ani chwili, to nie tak, że doświadczył praw funkcjonujących w dzielnicach biedoty, ale może kiedyś widział kilka dokumentów na ten temat, więc wyciąga portfel i wręcza nastolatce odpowiedni, jak sądzi, banknot. Ta uśmiecha się cwaniacko, zabiera pieniądze i wciąga go do środka. To nie tak, że Louis oczekuje luksusów, ale słowo bałagan byłoby tutaj małym nieodpowiedzeniem. Śledzi oczami wnętrze mieszkania i zauważa kilka obruszonych na ścianie zdjęć, jakieś pamiątki i ogrom ubrań, wiszący na oparciach krzeseł. Podłoga świeci brudem i Louis przez chwile ma ochotę wyjść i nigdy nie wrócić, ale przypomina sobie, że jest tutaj dla Harry'ego, a to liczy się najbardziej.
- Chciałeś ze mną rozmawiać? - słyszy głos za swoimi plecami i obraca się gwałtownie, zauważając, że dziewczyna mówiąca w jego kierunku, jest przynajmniej w szóstym miesiącu ciąży. Przygryza wargę i zastanawia się, czy Harry czasami nie pomieszał faktów.
- Tak, właściwie to przyszedłem w imieniu Ha... - nie udaje mu się dokończyć, bo mała, kilkuletnia dziewczynka, chwyta nogi swojej mamy i zerka na niego zaciekawiona.
Louis nie potrafi się nie uśmiechnąć.
- Cześć, Ty musisz być Niki - kuca obok niej i podaje rękę w ramach powitania. Dziecko natychmiast odwzajemnia gest, ale jego matka odsuwa je na znaczną odległość.
- Kim jesteś i czego chcesz? - pyta agresywnie i Louis musi się podnieść, i ustawić dłonie w obronnym geście.
- Harry prosił żebym sprawdził, co u Was. - mówi i ma wrażenie, że dziewczyna gotuje się ze złości. - Jesteś jego chłopakiem? - Ja... - Cóż, nie odpowiadaj. - warczy i zajmuje kanapę, kładąc dłonie na swoim okrągłym brzuszku. - Tak naprawdę nigdy nie pociągały go laski. Czego chcesz?
- Słuchaj - Louis siada obok, a mała dziewczynka przynosi bajkę i pokazuje mu swoje ulubione postaci. - Harry naprawdę chciałby tu być, ale nie może. Może nie dbasz o niego, ale to wciąż jego dziecko. - dodaje szeptem, by nie zgarnąć uwagi dziecka. - Po pierwsze, mówimy do niej Elsa, po drugie, skąd masz pewność, że jest tego Twojego Harry'ego? - fuka, a chłopak podejmuje się ostatecznego kroku i wyciąga zdjęcie noworodka ze swojej kieszeni.
Przez kilka minut panuje cisza, przerywana tylko przez chichoty dziewczynki i dobiegający z drugiego pomieszczenia dźwięk telewizora. Louis naprawdę nie wie, co ma zrobić, nigdy nie był w takiej sytuacji, nigdy nie czuł się tak odpowiedzialny za coś, co nie należało do niego i nigdy wcześniej nie czuł tak silnej potrzeby rozmowy z Harrym.
- Gdzie on jest? - kobieta oddaje mu zdjęcie i patrzy przez okno, odpalając papierosa. - W zakładzie psychiatrycznym, oddział dla... - Nie mów. I tak nie przyjdę. - Harry naprawdę, by to docenił. - mówi szczerze Louis i wie, że ma rację. - Myślę, że On tego potrzebuje. - Słuchaj, doktorku. Nie wiem, ile Was łączy, ale widzisz tą małą? Ona spędziła swoje ostatnie trzy lata bez obecności ojca. Myślisz, że mogę to tak po prostu zburzyć? - Zmiany na lepsze są jak przejażdżka na rollercoasterze, najpierw Ci niedobrze, ale potem zdajesz sobie sprawę, że to była zajebista decyzja. Nie sądzisz, że On ma do tego prawo? - Gdzie kurwa był w takim razie, gdy się urodziła i stawiała swoje pierwsze kroki, i poszła na pierwsze badania, i... - dziewczyna widocznie się załamuje, a duży brzuch nie daje komfortu w podnoszeniu się z miejsca.
Spojrzenie Louisa mówi wszystko i Debbie musi zerknąć jeszcze raz, by się upewnić, że ojciec jej dziecka spędził ostatnie kilka lat w zamknięciu. - Co zrobił? - Jeżeli łamanie tajemnicy lekarskiej ma Ci pomóc, to według akt zamordował swoją rodzinę, próbował się zabić, dwukrotnie, pił i był dziwką. - I myślisz, że po tym, jak mi to powiedziałeś, pozwolę mu zobaczyć się z Elsą? - Zarówno ja, jak i Ty wiemy, że te rzeczy nie są prawdą. Czyż nie? Mogę wyczytać to z Twoich oczu. - Faktycznie, to o dziwce do niego nie pasuje. - uśmiecha się, a Louis czuje, że osiągnął choć odrobinę sukcesu w tej zagmatwanej sytuacji.
Podnosi się z miejsca i przesuwa ręką po włosach dziewczynki, są długie i zakręcone, zupełnie jak Harry'ego. - Jeszcze się zobaczymy, w porządku? - mała kiwa głową w odpowiedzi, zbyt senna, by zadawać jakieś pytania.
- Przyjdź jutro, odwiedziny zaczynają się o czternastej. - mówi i podaje kobiecie wizytówkę. - Gdyby coś tu masz adres i numer kontaktowy. To naprawdę ważne. - patrzy na nią, ale wie, że nie dostanie teraz odpowiedzi, mimo wszystko wychodzi z mieszkania, zadowolony z dwóch rzeczy, pierwsza -będzie mógł powiedzieć Harry'emu jak cudowną ma córeczkę, druga - Harry niedługo pozna ją osobiście.
I to daje mu dziwną siłę na przetrwanie podróży do ośrodka, Nawet jeśli na drodze panują korki, a krople deszczu uderzają o przednią szybę, BBC Radio One, nadal gra dobre kawałki.
~*~
Włosy Louisa pozostają w nieładzie, są lekko przemoczone, ale wciąż urocze. Przynajmniej tak myśli Harry, widząc, jak chłopak wchodzi do jego pokoju z dwoma, pasującymi do siebie kubkami. - Od kiedy stałeś się taki sentymentalny? - mruczy i przytula się do lekarza na powitanie. - Nie chcesz znać odpowiedzi. - żartuje Louis i odwzajemnia uścisk. Nie trwa on jednak zbyt długo, bo przecież jest to miejsce, gdzie pewne zasady muszą być przestrzegane. Przynajmniej w porze dnia. Piją herbatę, śmieją się i rozmawiają na wiele tematów, ale wciąż ten jeden - najważniejszy - tkwi ukryty, jakby czekając na pobudkę. Louis nie wie, od czego zacząć, nie chcąc rozbudzać w chłopcu nadziei, którą właściwie sam się nasycił, natomiast Harry nie chce ponaglać chłopaka. Gdy nadchodzi pora odpoczynku, Harry układa się na łóżku, a Louis delikatnie gładzi jego włosy, stojąc tuż obok. - Byłem tam, Hazz. - szepcze, gryząc wargi i ma wrażenie, że jest w stanie usłyszeć bicie serca Harry'ego. Chłopiec milczy, lustruje jedynie jego postawę, czekając na więcej informacji. - Jest śliczna, ma Twoje włosy i oczy, i wydaje się być mądrą dziewczynką.- mówi na jednym tchu, a nastolatek podnosi się do pozycji siedzącej, nie mogąc opanować ciepła, które rozprzestrzenia się po jego ciele. - Ma trzy latka? - pyta zachrypniętym głosem i Louis siada obok niego, stykając ich uda ze sobą. - Tak, tak sądzę. Jest naprawdę wysoka, chyba po Tobie. - uśmiecha się i Harry to podziela. Trwają przez moment w zamyśleniu, gdy pan doktor wygrzebuje z kieszeni zmięte zdjęcie. - Przepraszam, że w takim stanie, nigdy niczego nie kradłem, starałem się być dyskretny - śmieje się, a oczy Harry'ego rozszerzają się do granic możliwości i Louis nie jest pewien, czy z powodu fotografii dziecka, czy czynu, jakiego dokonał, by ją zdobyć. - U-ukradłeś to dla mnie? - pyta wzruszony, zarzucając swoje ręce na jego szyje. Kosmyki włosów Harry'ego łaskoczą Louisa po szyi, ale nic nie mówi. To nie tak, że to uwielbia. - Właściwie to pożyczyłem, ale...chciałem żebyś wiedział, jak wygląda. Nie jestem pewien, czy Debbie zdecyduje się przyjść, przykro mi, naprawdę się starałem. - mówi smutno, ale chłopiec przytula go mocniej i Louis wie, że jest w porządku, bo zrobił to wszystko dla niego i Harry naprawdę to docenia. Następnego dnia. - Co Cię łączy z Harrym? - Co masz na myśli? - Louis prycha, wyciągając pędzelek z ust. Zayn pozwala mu pomalować część ściany, jakimiś bazgrołami, choć Malik nienawidzi, gdy Louis nazywa to właśnie w ten sposób. Kreatywna twórczość to po prostu sztuka. Tak, tak sądzi. - Och, no przestań. To, że jesteś moim lekarzem psychiatrą, nie znaczy, że nie potrafię Cię przejrzeć. - śmieje się Zayn, widząc jak policzki Louisa nabierają koloru. - Zupełnie nie wiem, o czym mówisz. Mulat odkłada paletę i siada na podłodze, zaciągając się zapachem kadzidełek, jakie pan doktor dla niego przemycił. Może nie jest wzorowym lekarzem, ale na pewno takim, którego pacjenci darzą sympatią. Cóż, jego po prostu nie da się nie kochać. - Te maślane oczy, roztargnienie, wczoraj spytałeś mnie trzy razy, ile tu siedzę, a dzisiaj nasypałeś soli do mojej herbaty. - Co? Dlaczego nie powiedziałeś? - oburza się. - To było inne, ale dobre. - Jesteś pieprznięty, Zayn! - śmieje się głośno, trącając go w ramię i zajmując miejsce obok. Siedzą przez chwilę, obserwując to, co stworzyli, napawając się dumą, a przynajmniej poczuciem, że czas, który mieli dla siebie przeznaczony, spędzili w niesamowity sposób. - Może nie jestem tak utalentowany jak Ty, ale mój ptak wygląda dobrze! - Och, myślę, że Harry powinien to ocenić! - żartuje Zayn, rzucając mu aluzję, ale Louis stara się nie dać wyprowadzić z równowagi. - Jesteś głupi. - No tak, to było przykre, panie Tomlinson, uraziłeś mnie cholernie. - wybucha śmiechem, a Louis nalewa sobie odrobinę zapachowego olejku na dłonie i smaruje nim twarz Zayna dopóki ten nie błaga o wybaczenie. Kiedy czas wizyty dobiega końca, a Louis jest już jedną nogą na korytarzu, Zayn rzuca w niego papierowym samolocikiem. Tomlinson łapie go i macha swojemu podopiecznemu na pożegnanie. Przewraca przedmiot w rękach, gdy zauważa drobny napis. "Wiem, że go pragniesz. Zaryzykuj." Jesteś naprawdę głupi, Zayn, myśli rozbawiony, ale gdzieś w głębi serca wie, że chłopak ma rację. Pozostaje mu jeszcze pięć drzwi do tych właściwych, ostatecznych, na które czeka od samego rana, gdy Rita woła go do siebie. - Dzwoniła pewna kobieta, Debbie Adams, prosiła żeby przekazać Ci, że będzie o piętnastej. Louis uśmiecha się w odpowiedzi i dziękuje radośnie, a gdy dziewczyna pyta, czy to coś dobrego, pan doktor całuje jej policzek i ucieka rzucić się w wir pracy, im szybciej przetrwa kolejne sesje, tym szybciej znajdzie się u Harry'ego i będzie mógł przekazać mu tę wspaniałą nowinę. ~*~ - Bycie singielką wcale nie oznacza, że nie jesteś wartościową osobą! - Louis powtarza to jedno zdanie od jakichś dziesięciu minut, ale Taylor wydaje się w ogóle nie słuchać. Siedzi zawinięta w ogromny puchowy koc i przewraca tylko oczami. - Ty nie rozumiesz, Oni wszyscy łamią mi serce! Raz, był taki Jake, próbowałam się zabić, bo obiecał, że będziemy razem forever. Czy on w ogóle wie co to znaczy? FOR EVER, na zawsze, frajerze! Mam na myśli, On jest frajerem, nie Ty, oczywiście, nie pan, nie Ty Louis, właściwie - przekręca głowę w bok i wpatruje się w jego zmęczoną twarz - byłbyś świetnym facetem dla każdej laski, gdyby nie to, że jesteś gejem. - mówi spokojnie, po czym mocno wzdycha, Louis naprawdę nie ma pojęcia dlaczego. Właściwie, Louis siedzi nieruchomo przez kolejne kilka minut, bo do cholery co tu się właśnie stało? - Dlaczego uważasz, że jestem gejem? - pyta zaintrygowany, a Taylor ponownie przewraca oczami. - To oczywiste, nawet nie próbuj zaprzeczać. Masz ochotę opowiedzieć mi o swoich uczuciach? - łapie w dłonie notatnik i siada bliżej niego. - Mam na myśli... nie z imienia i nazwiska, ale ogólnie... potrzebuje materiał na piosenkę - uśmiecha się szczerze i Louis analizuje to przez chwilę w głowie. - Właściwie czemu nie? - Tak myślałam - śmieje się dziewczyna, ale Louis nie pyta. Chyba nie chce wiedzieć. - Może opowiesz mi... no wiesz...co czujesz? Chłopak uśmiecha się i skina głową. Dobre kilka minut zajmuje mu zebranie myśli, po czym wreszcie się odzywa. - To dziwne, prawda? Taylor ponownie przekręca oczami. - mówisz czy nie? - Czuję, że jest jedyną osobą na świecie, która mnie rozumie - mówi chłopak. - To nie tak, że nie mam dobrego kontaktu z rodziną czy znajomymi, On jest inny, sprawia, że jestem silniejszy, daje mi energię, jakiej wcześniej nie czułem. Nie znamy się długo, ale to coś jak... jedność dusz? Wiem, to śmieszne, ale... - Nie, to cudowne. - przerywa mu dziewczyna, a Louis zauważa, że ma łzy w oczach. Siada bliżej niej i posyła pytające spojrzenie. - Coś nie tak? Mogę przestać... - Nie, to po prostu... chciałabym żeby jakiś facet mówił o mnie w ten sposób - śmieje się przez łzy - tymczasem wszyscy albo są zajęci albo wolą chłopaków, idioci - wzdycha - bez urazy. - Tak, no cóż, wiesz... może Ty lubisz dziewczyny, tylko jeszcze tego nie odkryłaś - żartuje chłopak, a twarz Taylor się rozpromienia. - Powiesz mi coś więcej o Harrym? - Co? Ty też? - Przepraszam, jesteś zbyt oczywisty. ~*~ Louis stoi w pokoju Harry'ego, jego oczy skupione są na gałęziach drzew, kołyszących się w rytm zimowego wiatru, palce lekko stykają się z białym parapetem, ale myślami jest gdzieś daleko, gdzieś w sferze całkowicie oderwanej od rzeczywistości. Czuje ciepłe dłonie owijające się wokół jego talii i cichy chichot Harry'ego, mówiący, by wrócił na Ziemię... Chłopiec tuli go od tyłu, pozwalając, by jego loki spoczęły w zagłębieniu szyi lekarza. Louis czuje się naprawdę bezpiecznie, spokojnie i wie, że mógłby pozostać w takim stanie na zawsze... - Jesteś dziś cichy. - mówi Harry, obracając go przodem do siebie. - Już to przerabialiśmy, to ja jestem Twoim lekarzem - odpowiada, a jego słowa brzmią obco. Harry odsuwa się nieznacznie, marszcząc brwi. - Myślałem, że jestem dla Ciebie kimś więcej niż pacjentem z urojeniami. Louis wzdycha i zatrzymuje Harry'ego w pół kroku, łapiąc jego dłoń. - Bo jesteś, Harry. I w tym problem. Nastolatek obserwuje zmieniającą się mimikę jego twarzy i Louis wie, że nie powinien tego mówić. - Problem? - To znaczy, że bardzo Cię lubię. - podchodzi do niego bliżej, ich biodra prawie się stykają, gdy dłonie Louisa gładzą plecy chłopca. - Za bardzo. Harry uśmiecha się i przesuwa dłonią po policzku starszego, Louis drży i przymyka oczy. - Widzę jak na Ciebie działam. - komentuje, przez co lekarz wybucha śmiechem. Nie trwa to jednak długo, bo usta Harry'ego łapczywie zamykają jego własne. Pocałunek jest inny niż poprzedni. Tym razem przemawia przez nich pożądanie. Louis nie narzeka, Harry jest naprawdę w tym dobry i Louis nie mógłby powiedzieć złego słowa, zwłaszcza nie w momencie, gdy język chłopca przesuwa się po jego dolnej wardze, by wprosić się do środka i spowodować to szalone uczucie w dole jego brzucha. Gdy odrywają się od siebie, chłopiec na opuchnięte wargi, a Louis przesuwa po nich swoim kciukiem, trzymając go lekko za brodę. - Pójdę do piekła. - wyznaje, a Harry śmieje się głośno, trzymając swoje palce splecione na jego szyi. - Myślę, że mogę pójść tam z Tobą. - I tak jesteś już na liście. - żartuje doktor, ale Harry znacznie się zasmuca. - Hej, przepraszam, nie miałem tego na myśli - przesuwa palcem po jego skroni - wiesz o tym, że ja nie wierzę w te wszystkie zarzuty, prawda? Harry kiwa głową. - Niektóre z nich są prawdą, naprawdę chciałem zniknąć... - mówi niepewnie, a Louisem wstrząsa, bo przecież nie mógł tego nie zauważyć. - Wiem, Haz, ale nie pozwolę Ci zrobić tego po raz kolejny. Nie, póki tu jestem. -A wybierasz się gdzieś? - Właściwie tak, zamierzam przyprowadzić Twoją córkę. - całuje delikatnie jego policzek i rozdziela ich ciała. - Niedługo wrócę, postaraj się nie narozrabiać. Styles stoi tam i patrzy na niego z czerwonymi policzkami, rozburzonymi włosami, i tym cudownym uśmiechem, i Louis naprawdę nie może nic poradzić, więc prędko wraca, wpija się w jego usta po raz ostatni, po czym wychodzi bez słowa, bo jest pewien, że wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało wykonane. ~*~ - Jesteś moim tatusiem? Louis zamiera, a Harry ponosi dziecko na kolana i przeczesuje palcami jej drobne loczki. - Tak, kochanie. I przepraszam, że nie było mnie dotychczas w Twoim życiu, ale obiecuje to zmienić. - To tylko dziec... - Debbie siedząca niedaleko, próbuje zakwestionować słowa Harry'ego, ale Louis przerywa jej, proponując, by wyszli na kawę i zostawili tę dwójkę samą. Dziewczyna wydaje się nie być zadowolona, ale wie, że nie ma wyboru, dlatego rusza za Louisem, który posyła Harry'emu oczko. Dziewiętnastolatek snuje już w głowie plan, jak odwdzięczy się lekarzowi. Cóż. Być może pan doktor jeszcze nie wie, co go czeka. Gdy tylko wychodzą z sali, dziewczynka otwiera swój różowy plecak i proponuje zabawę. Rozścielają na podłodze koc i Harry czuje, że wszystko zaczyna wracać na właściwy tor. Z Louisem i tym małym promyczkiem, będzie w stanie przeskoczyć wszelkie kłody, jakie życie postanowi rzucić mu pod nogi. - Ten pan powiedział mi, że jeszcze się zobaczymy i nie kłamał, czy Ty też będziesz dotrzymywać słowa? Harry jest zaskoczony, skąd u kilkuletniego dziecka tak bogaty zasób słownictwa, ale może rozpatrzeć to tylko na plus, więc kiwa głową i całuje jej główkę, przez co mała chichocze. - Pinky promise?
- Pinky promise. - łączą swoje małe palce ze sobą i Harry czuje, że to jedno z najlepszych uczuć, jakich mógł doświadczyć. Miłość do dziecka. Gdy Louis i Debbie wchodzą do pokoju Harry'ego, nie spodziewają się zastać takiego widoku. Harry śpi na plecach, jego włosy są w całkowitym nieładzie, a twarz klei się od czekolady, podczas, gdy Elsa spoczywa na jego klatce piersiowej, dryfując po kranie snów, a jej mała raczka zaciśnięta jest na nadgarstku taty. Tomlinson czuje jak dziwne ciepło rozchodzi się po jego ciele i musi przytrzymać się futryny, by nie stracić równowagi. Debbie przewraca oczami i prosi, by zamówił jej taksówkę. Spełnia jej prośbę, po czym podnosi śpiącą dziewczynkę, która owija swoje drobne rączki wokół jego szyi. I coś nagle w Louisie pęka. Gdy opuszczają budynek, taryfa już czeka, więc układa ją delikatnie w samochodzie i płaci taksówkarzowi w z góry. - Dziękuje, że przyszłyście, mam nadzieję, że to pierwszy, ale nie ostatni raz. - mówi do Debbie, ale ta posyła mu tylko uśmiech, który Louis odbiera jako 'do zobaczenia wkrótce'. Kiedy wraca do pokoju Harry'ego, ten nadal śpi na podłodze z nogami podciągniętymi pod samą klatkę piersiową. Louis nie ma serca go budzić, dlatego kładzie się obok i nakrywa ich, leżącym obok kocem, modląc się w duchu, by nikt nie zrobił wcześniejszego obchodu. Obserwuje mimikę twarzy Harry'ego z zaciekawieniem i jest pewien, że chłopak ma jakiś zły sen. Potrząsa nim lekko, a powieki nastolatka unoszą się w górę. - Cześć, Śpiochu - szepcze lekarz, a Harry niczym małe dziecko przeciera zaspane oczy. - Gdzie Elsa? - Louis śmieje się cicho i tłumaczy całą sytuację. - Dziękuję Ci. - To nic wielkiego. - zbywa go Louis, ale Harry wie, że tak. - Zrobiłeś to wszystko dla mnie, nigdy nie będę w stanie Ci się odwdzięczyć. Ale mam mały pomysł - siada na nim okrakiem i delikatnie całuje jego szyję. - Hazz, nie możemy, nie tu. - mruczy Tomlinson, ale i to nie powstrzymuje chłopaka, przed wsunięciem swojej dłoni w jego spodnie. - Zawsze chciałem to zrobić. - uśmiecha się nad jego kroczem i Louis nie wie, co myśleć, z jednej strony pragnie go równie mocno, z drugiej, nie chce, by to wszystko działo się w ten sposób, ale kiedy czuje na sobie usta Harry'ego, każde zdanie staje się magicznie nieskładne. W przeciwieństwie do uczuć jakimi siebie darzą. One znalazły już właściwy tor.
Rozdział III. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Naprawdę lubię ten rozdział. Zwłaszcza zakończenie.
Jest niedzielny poranek i Louis ma wolne. Siedzi niespokojnie przy kuchennym stole, gdy mama przygotowuje obiad. Pomieszczenie wypełnione jest masą zapachów, rosół i pieczeń, które stanowią nieodłączny element świątecznego jadłospisu są prawie gotowe, a bliźniaczki skaczą dookoła blatu, stawiając zakłady, która zje większą porcję. I to wszystko byłoby cudowne, gdyby nie fakt, że gdzieś w tyle głowy chłopaka przebija się myśl o tym, że Harry będzie dziś zupełnie sam.
No może nie zupełnie sam, mówi jego wewnętrzny głos, przecież niedziele w ośrodku nie są takie złe, ludzie spędzają ze sobą czas, są otwarte drzwi i każdy może Cię odwiedzić. Louis wie, że stara się tylko zagłuszyć niepokój, który leży gdzieś w głębi jego duszy. Niepokój związany z Nickiem, niepokój związany z brakiem zaufania Harry'ego do ludzi, niepokój z powodu tego, że nie ma go tam, by dopilnować aby nastolatek był bezpieczny.
- Jest taki od ponad tygodnia. - mówi Lottie i Louis dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że Jay zadała mu jakieś pytanie.
- Przepraszam, po prostu myślę o pracy. - próbuje się wytłumaczyć, ale mama posyła mu znaczące spojrzenie.
- Pewnie myślisz o tym chłopcu - śmieje się Fizzy - co nie zmienia faktu, że po części to Twoja praca - po czym zajmuje miejsce przy stole i wwierca swe oczy w brata.
- Chłopcu? - głosy Jay i Lottie są tak bardzo zsynchronizowane, że Louis kręci głową w rozbawieniu, oczywiście nie zapomina posłać swojej młodszej siostrze wrednego spojrzenia.
- To nic takiego, ciężki przypadek, staram się mu pomóc. - mówi szorstko, nie chcąc, by ktokolwiek oprócz Fizzy znał jego sekret. To nie tak, że im nie ufa, po prostu nie jest gotowy.
Obiad przebiega w przyjemnej atmosferze i wszelkie troski Louisa uciekają gdzieś w dal, dopóki rozmowy nie przerywa dzwoniący telefon. Z przepraszającym spojrzeniem wychodzi z kuchni, by wcisnąć zieloną słuchawkę. Słyszy Liama chwilę później i już wie, łapiąc kurtkę z wieszaka, że dzisiaj Harry nie będzie sam.
~*~
Wbiega na oddział, machając do Rity przyjaźnie, gdy ta przystawia do skroni wyimaginowany pistolet i oddaje niewidzialny strzał. Liam jest tuż obok i Louis musi zaczerpnąć powietrza, by uspokoić bicie swego serca.
- Stary, wiem, że masz dziś wolne i naprawdę Cię za to przepraszam, ale - urywa, widząc, jak pielęgniarze wynoszą Harry'ego z gabinetu. - ale naprawdę jesteś tu dziś potrzebny.
Serce Louisa zatrzymuje się na moment, gdy jego oczy śledzą dziejące się tuż obok wydarzenia, Harry ma na sobie biały kaftan, zupełnie taki, jaki zakłada się tym wszystkim chorym osobom, które się krzywdzą lub których nie da się uspokoić. Harry także krzyczy, a z jego oczu płyną łzy i Louis nie ma pojęcia, kiedy jego oczy zrobiły się tak mokre.
- Dasz radę? - pyta Payne, a Tomlinson klepie go lekko po ramieniu i kieruje się w stronę sali chłopaka, którego zna, nie chłopaka, którego widział przed chwilą na korytarzu, bo Louis jest pewien, że to są dwie, zupełnie różne osoby.
W środku panuje kompletna cisza, przerywana tylko stłumionym szlochem Harry'ego i chłopak musi naprawdę się postarać, by zamknąć drzwi bezszelestnie. Stawia kroki powoli i spokojnie, by nie przestraszyć leżącego chłopca. Chwyta w dłonie znane już mu krzesełko i siada przy łóżku, obserwując zaciśnięte z bólem powieki Harry'ego. Wsuwa delikatnie dłoń w jego rozburzone loki i to jest ten moment, gdy nastolatek otwiera oczy. Louis może przysiąc, że początkowo ogarnia go panika, ale widząc niebieskie tęczówki wpatrujące się w niego z troską, uspokaja się i łapie kurczowo dżinsową katanę lekarza.
- Hej, jestem tu. - Louis szepcze i wie, że brzmi to głupio, ale nie jest w stanie wymyślić innych słów. - I zostanę tak długo jak tylko potrzebujesz. - pomaga Harry'emu się podnieść, a ten wtula się w jego klatkę piersiową, jakby przy użyciu magicznego przycisku.
- Z-zostaniesz na noc? - stłumiony szloch łagodzi jego zmartwienie i kiwa głową, choć wie, że Harry ma świadomość, iż nie mógłby go teraz zostawić.
- A powiesz mi co się stało? - siada obok i delikatnie pociera jego dłoń. - Naprawdę tego potrzebuje, Harry. I Ty także. - patrzy smutno w okno, gdzie niebo pociemniało, a śnieg staje się prawie niewidoczny.
- Obiecuję, ale zostań. - i to są słowa, których zdecydowanie się nie spodziewa.
~*~
Przebranie się w mundurek lekarski i zatelefonowanie do mamy z wyjaśnieniami, zajmuje Louisowi dobre kilka minut. Początkowo nie jest zadowolona, ale chłopak ma swoje sposoby, by ją udobruchać. Gdy wygrany odkłada słuchawkę, widzi, jak pielęgniarze niosą Nicka na noszach i wychyla się tylko na korytarz, by sprawdzić, co się stało.
Próba samobójcza - tylko tyle mu potrzeba, by zwinąć dwa kubki z herbatą i ruszyć w stronę pokoju Harry'ego.
Tym razem nastolatek jest w nieco lepszym stanie, siedzi w fotelu i przewraca coś niecierpliwie w rękach. Louis jest ogromnie ciekawy nadchodzącej rozmowy, ale jednocześnie zmartwiony, bo naprawdę nie chce naciskać na swojego podopiecznego.
- Zrobiłem nam herbatę.- Taką jak lubię?
- W rzeczy samej. - posyła Harry'emu uśmiech, a jego twarz rozpromienia się, gdy chwyta w dłonie gorący kubek i przystawia do swojego policzka.
- Lubię jego ciepło - tłumaczy, a Louis wzrusza tylko ramionami, to nie jest pierwsza dziwna rzecz w Harrym, którą mógłby pokochać, gdyby tylko chłopak mu na to pozwolił.
Przez pierwsze pół godziny rozmawiają o drobnostkach, Louis wspomina rodzinny obiad, mówi trochę o siostrach, a Harry słucha uważnie, czerpiąc z każdego słowa niesamowitą radość. Louis wyciąga także coś z kieszeni spodni i Harry nie mógłby być bardziej wzruszony.
- Naprawdę nie musiałeś... - szepcze, spoglądając na malutką obrożę z dzwoneczkiem. Przesuwa palcami po napisie 'Dusty', a jego policzki są cholernie czerwone.
- Chciałem być miły i przy okazji zrobić coś pożytecznego - odpowiada szczerze Louis i chwyta kotkę, by usadzić ją na kolanach Harry'ego. - no dalej, załóż, zobaczymy, czy jej się spodoba.
Harry promienieje, gdy wsuwa odpowiednią zapinkę, a Dusty zeskakuje z jego kolan z cichym dźwiękiem. Śmieją się radośnie, co niestety przerywa pukanie do drzwi. Twarz Harry'ego natychmiast zastyga.
~*~
- Bo to nie jest takie proste! - krzyczy Louis i to jest chyba pierwszy raz, gdy podnosi głos w pracy.
- Louis, wszyscy wiemy, jaki jest Harry. Musisz to z niego wyciągnąć. Nick prawie próbował się zabić, to już nie jest zabawa.
- Sugerujesz, że się bawię? Każdego pieprzonego dnia przez ostatnie tygodnie starałem się do niego dotrzeć i idzie mi zajebiście, podczas gdy jakiś jebany frajer wszystko psuje jednym ruchem!
- Mówiłem Ci, że do niego nie da się dotrzeć! To beznadziejny przypadek, zamordował rodzinę, próbował się zabić i wpadł w alkoholizm. To nie jest coś, co da się uratować.
- Gówno wiesz, Liam. Czytałeś moje raporty? Podejrzewam, że nie, bo gdybyś to zrobił, miałbyś pojęcie o tym, jak duży postęp zrobiliśmy z Harrym. A teraz wychodzę, pójdę "pobawić" się z Harrym, bo przecież tylko to robię odkąd tutaj jestem. - fuka głośno i zatrzaskuje za sobą drzwi. - Gówno wiesz.
Gdy wraca do pokoju chłopaka, jest okropnie roztrzęsiony.
- Coś się stało? - pyta Harry, gryząc nerwowo swoją wargę, gdy Louis siada na podłodze i opiera plecy o ścianę.
- Tak. Nie. - odpowiada cicho i zamyka twarz w dłoniach, nie chcąc, by młodszy widział, jak się załamuje pod wpływem presji. Lokaty nie czeka długo. Siada przed Louisem, siada prawie między jego nogami i chwyta go za ręce.
Louis jest naprawdę rozsądnym człowiekiem i naprawdę wie, gdzie leżą granice, których przekraczać nie wolno, ale w momencie, gdy Harry siedzi tak blisko z nieśmiałym uśmiechem na twarzy, jego oczy świecą niczym rozpalone gwiazdy, a dłonie masują lekko jego blade knykcie, nie wytrzymuje, przyciąga nastolatka do siebie i gwałtownie wpija się w jego usta, pocałunek nie jest brutalny i ku zdziwieniu Louisa nie jest też łapczywy. Jest delikatny, leniwy i namiętny. Jest taki jak Harry. Idealny.
Kończy się zbyt szybko i Louis zbyt szybko zdaje sobie sprawę, co zrobił. Patrząc na zaskoczone spojrzenie Harry'ego zamyka twarz w dłoniach i wybucha płaczem, co jest co najmniej śmieszne, bo przecież to on jest tutaj lekarzem i to nie on powinien płakać.
- Aż tak źle całuje? - pyta Harry i Louis ponownie wybucha, ale tym razem gromkim śmiechem, gdy chłopiec układa się na jego klatce piersiowej i delikatnie całuje jego dłoń.
- Jesteś wyjątkowy, wiesz o tym, prawda? - szepcze starszy, wciąż nie mogąc uspokoić bicia swego serca. - Ale przepraszam, że to zrobiłem, po prostu... - próbuje wytłumaczyć, mając świadomość, że tak naprawdę nie posiada solidnych argumentów. Harry milczy przez kolejne kilka minut i Louis nie ma pojęcia, co powinien teraz zrobić. Czuje, że jego ręce są mokre, a ciało drży, lecz wciąż jest tu z Harrym i póki tak się dzieje, jest w stanie przetrwać każdą niedogodność. W momencie, gdy chce się odezwać, chłopiec przykłada palec do jego warg jakby w uciszającym geście. - Nie mów nic, tak jest idealnie. - słyszy i cóż, nie mógłby się nie zgodzić. To nie jest prosta gra i Louis ma tego świadomość, ma także świadomość, iż Harry to wie, i to wszystko jest tak cholernie skomplikowane, a kiedy wplątują się także, jest tylko jeden sposób, by się przekonać czy warto. Spędzają w tej pozycji kolejną godzinę, milcząc i rozkoszując się swoją obecnością, Harry wydaje z siebie co jakiś czas niezidentyfikowane pomruki, a Louis stara się upchać całe analizowanie tej sytuacji gdzieś na tył głowy, przynajmniej na jakiś czas. Wie, że nie może teraz tego roztrząsać. Nie teraz, gdy nastolatek ma większe problemy, niż jeden pocałunek, jakim obdarował go znajomy lekarz. A przynajmniej tak myśli. - Harry... - odzywa się wreszcie, przełamując ciszę - naprawdę musimy porozmawiać. - chłopiec podnosi głowę i kiwa smutno, podnosząc się z miejsca i zajmując odległy od miejsca w którym siedzi Louis, fotel. Tomlinson jest zmieszany, czuje jakby coś zepsuł, utracił, ale stara się zagryźć wargę i zignorować to męczące uczucie post miłosnego głodu. Zamyka oczy i mówi sobie, że da radę. Chwilę potem, czuje, że Harry zaczyna budować swój mur od nowa, i nie może uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Powinien był wiedzieć, powinien był być przygotowany. Cóż, nie był. - Obiecałem Ci, że porozmawiamy, więc...w porządku. Dotrzymuję słowa, więc nie musisz być taki zmartwiony. - Nie, to nie to... - odpowiada bezmyślnie, a Harry wpatruje się w niego z zaciekawieniem. - Wrócimy do tego... kiedyś. - Chciałbyś...no wiesz...zacząć? Dawno z nikim nie rozmawiałem... - spuszcza wzrok, a serce Louisa roztapia się po raz kolejny tego wieczoru. - W porządku. To w porządku, Harry. Wiem, że nie czujesz się komfortowo z wyjawianiem sekretów obcym osobom, ale ja naprawdę tu jestem dla Ciebie... - mówi głośno i sam nie wie, dlaczego brzmi to jak deklaracja, ale bardzo chce, by Harry odebrał to w ten sposób, bo deklaracje są ważne i szczere, i miłe, a Harry naprawdę lubi miłe rzeczy, i Louis chce, by jego słowa były jedną z nich. - Nie, to także w porządku, Louis. - szepcze ciepło i lekarz zauważa, że ponownie obraca jakiś przedmiot w rękach. - Po prostu nie wiem od czego zacząć... czy możesz usiąść bliżej? Czułbym się..bezpieczniej. Louis nie zastanawia się ani przez chwilę, zajmuje białe krzesełko tuż przy boku Harry'ego, gdy ten odnajduje jego dłoń i splata ich palce ze sobą. - Czy to...czy to też jest w porządku? - pyta nieśmiało, a Louis posyła mu uśmiech, upewniając go w tym, że sprawy mają się dobrze. - Masz..jakieś pytania, czy... Louis śmieje się cicho, pocierając kciukiem po wewnętrznej stronie dłoni nastolatka i jest pewien, że może odczytać w jego oczach przerażenie. - Właściwie to jedno, ale nie bój się, w porządku? Jeżeli coś Cię przerasta, po prostu przerwij temat, zgoda? - Harry kiwa głową, więc Louis odbiera to jako 'tak'. - Powiesz mi o co chodzi z tymi lakierami do paznokci? Styles marszczy czoło, ale potrzebuje zaledwie kilku dodatkowych sekund, by zrozumieć aluzję lekarza. Chce zabrać swoją dłoń, jednak Louis mu to uniemożliwia. - Hej, nie powiedziałem, że tego nie lubię. - broni się, ale Harry nawet na niego nie patrzy. Jest zażenowany i czerwony, i Louis uważa, że to naprawdę urocze. - Hej, spójrz na mnie, Haz. Obiecuję, że odpowiem na jedno Twoje pytanie, jeżeli przetrwasz ze mną ten wieczór w szczerości? Hm? - One sprawiają, że czuję się miły i ładny, i dobry... - odpowiada krótko, a serce Louisa pęka. - Harry, wiesz, że jesteś bardzo... - gryzie się w język nim słowa mogą opuścić jego usta, ale układa drugą dłoń na policzku chłopca i przekręca jego twarz w swoją stronę. - Dlaczego uważasz, że jesteś nieładny? To absurdalne! Harry uśmiecha się na jego komplement, ale po chwili gaśnie niczym świeca, której już nikt nie potrzebuje. - Dlaczego tak uważasz? Czy..chciałbyś mi o tym opowiedzieć? - pyta grzecznie Tomlinson, umacniając ich uścisk, by dodać mu otuchy. - To naprawdę długa historia, Lou... - Myślę, że mamy całą noc, nie jesteś senny, prawda? - Nie, gdy jesteś tu ze mną. Louis jest widocznie zadowolony z tej odpowiedzi i nie może zrobić nic, by ukryć pojawiające się wypieki na swoich policzkach. Harry bez problemu to zauważa. - Czy ta oferta z jednym pytaniem jest aktualna? - Podejrzewam, że już się z tego nie wyplącze. - śmieje się Louis, a Harry cicho mu wtóruje. - Właściwie to masz rację. - mówi spokojnie, po czym łapie głęboki oddech. - Miałem dziesięć lat, gdy zrobił to po raz pierwszy... - łzy napływają do jego oczu, a dolna warga drży bardziej niż Louis się spodziewał, bo cholera w aktach nie było ani słowa o tym, że ktoś zrobił coś jemu, wręcz przeciwnie. - nie chciałem go wpuścić do Gemmy, więc wziął mnie...ja naprawdę nie chciałem, by ją znów bił...przynajmniej wtedy tak myślałem...myślałem, że to robi...że tylko to. Louis nie może oddychać, przeciera dłonią czoło i stara się poukładać myśli, wie, że to dopiero początek, a już ma ochotę zwymiotować na myśl o tym, co Harry zamierza mu jeszcze wyjawić. Widzi, jak chłopak wbija swoje paznokcie w wewnętrzną stronę drugiej dłoni i natychmiast pomaga mu przestać, posyłając smutny uśmiech. Nie nalega, nie mówi nic, czeka, aż ten zbierze siły i postanowi powalczyć dalej. - On... nigdy go nie lubiłem, wiesz? Nie wiem, co moja matka w nim widziała... może to dlatego, że zawsze przy nas udawał dobrego ojczulka... To nie jest mój prawdziwy tata. - broni się Harry - Des mieszka w Ameryce i rozszedł się z Anne gdy miałem siedem lat. Potem poznała tego... nie szanował nas. Tak, robił to tylko, gdy mama była w pokoju, ale gdy wychodziła do pracy lub na zakupy, zmieniał się w potwora. Nie wierzę, że nie zauważyła poobijanego ciała Gemmy. Musiała to widzieć, Louis! Nikt nie jest na tyle głupi, by wierzyć dziecku, że zadało sobie takie rany! - Harry płacze, a Louis płacze razem z nim, nawet nie próbując się powstrzymywać. Ich dłonie są złączone, młodszy opiera swoją głowę o ramie Louisa i cicho szlocha. Louis wie, że to nie jest koniec historii. - Czy...Gemma powiedziała Ci kiedyś o tym? - pyta niepewnie, nie chcąc wyprowadzić go z równowagi. Chłopiec tylko macha głową na boki. - Ona nie wiedziała, dlaczego przestał ją... widziałem jej wyraz twarzy po tej nocy, gdy spędził ją w moim...pokoju, widziałem wymalowane zdziwienie, ale i radość...nie mogłem jej odebrać tego, była taka mała... - Ty również, Harry! - Louis próbuje protestować, ale wie, że to bezsensowne. Nie jest w stanie cofnąć czasu. Nie jest w stanie naprawić świata. Ale wie, że jest w stanie naprawić świat Harry'ego. I to ma zamiar uczynić. Wkrótce. - Wtedy o tym tak nie myślałem, Louis, chciałem żeby była szczęśliwa i nie musiała zakrywać tych siniaków w szkole... ja zawsze mogłem wytłumaczyć się bójką z kolegami... na początku nie był brutalny...czasami był miły, ale gdy mama zaczęła wyjeżdżać na delegacje... - Louis nie wytrzymuje, podnosi Harry'ego z fotela i zajmuje jego miejsce, sadzając go sobie na kolanach. Kołysze ich delikatnie w rytm kropel deszczu, które od jakiegoś czasu obijają się o zakratowane okna. Pociera dłońmi zmarznięte plecy Harry'ego i chwyta koc, okrywając ich obu. Harry jest mu naprawdę wdzięczny, wtula się w jego klatkę, pozwalając łzom zniknąć. - Wszystko dobrze? Nie musimy kontynuować jeżeli nie czujesz się na siłach... - głos Louisa jest zatroskany i cieplejszy. Przy Harrym wszystko jest inne. W lepszym tego słowa znaczeniu. - Ja.. ja ich nie zabiłem, Louis. - jego palce zaciskają się na uniformie lekarza i Louis nie ma zielonego pojęcia, co teraz dzieje się w jego głowie, a przede wszystkim w sercu, ale wie, że z biegiem czasu, uda im się wszystko poukładać, bo są w tym razem. Harry nie jest już zupełnie sam. Jego klatka piersiowa może nie jest najwygodniejszym miejscem na świecie, jednak wydaje się, że Harry sądzi inaczej. Milczą przez kolejny kwadrans, a Louis daje tym samym sobie, a przede wszystkim Harry'emu, czas na ochłonięcie. - Jestem z Ciebie dumny, wiesz? - mówi wreszcie, gdy nastolatek rysuje kółka na jego piersi. - Cholernie dumny i usatysfakcjonowany, i szczęśliwy. Cóż, może nie z tej części...wiesz, ale szczęśliwy, że mi ufasz. Oczy Harry'ego świecą się łzami. - Tylko nie płacz, te oczy nie zostały stworzone do smutku. - dodaje po chwili, rezygnując z jakichkolwiek zasad. - Przepraszam, że...nie byłem w stanie tego...dokończyć...kiedyś...kiedyś to zrobię, Lou, obiecuję, tylko nie bądź zły na mnie! - zamyka twarz w dłoniach, ale doktor jest szybki, ujmuje go ciasno w swoje ramiona szepcząc, jak świetnie się spisał dzisiejszej nocy. ~*~ Mijają godziny, a bujany fotel wciąż jest okupowany przez dwa ciała. Louis nie śpi, Harry mruczy coś cicho, ale jest to zbyt piękne, by jednym ruchem móc to zniszczyć. - Mam do Ciebie prośbę... - głos Harry'ego przebija się przez cierpką ciszę, gdy wreszcie słowa otrzymują moc. Louis siedzi zaciekawiony, a jego dłoń ląduje ponownie na plecach Harry'ego, gdzie pociera je delikatnie. - To jest moja córka...czy mógłbyś...sprawdzić czy z nią wszystko w porządku? - jego głos jest nieśmiały, gdy podaje Louisowi zdjęcie noworodka, a umysł starszego jest w pieprzonym nieładzie. -C-córka? - pyta niesamowicie zaskoczony, a jednocześnie zraniony, jeżeli w ogóle ma do tego prawo, bo przecież Harry nie jest jego, nie był i prawdopodobnie... - To...to zrobił mi ojciec, gdy dowiedział się, że jestem..."pedałem". - gryzie wargę, by nie wybuchnąć płaczem. Cóż za ironia, myśli Louis. - To zrobił? - Kazał mi przespać się z tą laską na jego oczach, ona zaszła...ja tego nie planowałem... Niki powinna mieć teraz trzy latka...bardzo chciałbym wiedzieć, co u niej...czy to złe? - spuszcza wzrok z zażenowania. - Tylko Tobie ufam. - Harry, jak długo tu jesteś? - Prawie tyle samo... Louis milczy przez chwilę, po czym przeciera oczy w zmartwieniu. - Zrobię to, Harry. Sprawdzę, jak się ma. Masz moje słowo. - Lou? - Tak? - Co z moim pytaniem do Ciebie? - No tak, nigdy nie zapominasz, co? - trąca go delikatnie w nosek. - Jest Twoje. - Czy...byłeś kiedyś.. zakochany? Louis uśmiecha się ciepło i gładzi jego loki, po czym próbuje zdusić to szalone uczucie w dole brzucha, bo cholera, jest, właśnie teraz jest zakochany.
Rozdział II. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Dwójeczka! Chętnie przyjmę Wasze opinie. x
Oczy Harry’ego śledziły drobne palce Louisa, gdy ten rysował wzory na zaparowanym oknie. Na zewnątrz padał śnieg, lecz policzki młodego lekarza płonęły ogniem. Louis sam nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd przebywał w towarzystwie Harry’ego i nie był to czas, o jakim mógłby pomarzyć. Zwykle była to godzinka dziennie, nie licząc zajęć w grupie, na które ku zdziwieniu Liama, Harry przychodził coraz chętniej. Louis mógł uważać to za swój mały sukces, ale naprawdę nie chciał triumfować zbyt szybko, dlatego trzymał ten sekret głęboko w ukryciu, pozwalając sobie zapomnieć o wszelkich powodach, przez które młody chłopak przebywał w tak okropnym i nieodpowiednim dla jego wieku miejscu.
Louis wiedział, że w życiu bywa różnie, wiedział, że każda historia pleciona jest w inny sposób i mimo że spotykamy na swej drodze tysiące osób, tak w rzeczywistości należymy do innych światów.
- O czym myślisz? – jego słowa były miękkie i powolne, otulone śnieżną zaspą, tak, Louis zdecydowanie porównałby je w ten dziwny, a jednocześnie magiczny sposób. Harry po prostu mówił bardzo wolno, co momentami mogło dekoncentrować. Starszy odwrócił głowę, zamazując rysunek na szkle i posłał mu uśmiech. Jeden z tych uśmiechów, które były zarezerwowane tylko dla chłopca w lokach.
- Czy to nie ja jestem tutaj od zadawania pytań? – mruknął przekornie, a Harry tylko przechylił głowę w bok, nie odrywając wzroku od jego twarzy.
Louis czuł się pewnie przy Harrym, czuł, jakby znalazł bratnią duszę w najmniej odpowiednim miejscu na Ziemi. Przecież mógłby poznać kogoś w teatrze, zoo albo robiąc zakupy w pobliskim supermarkecie, ale nie, jego przeznaczeniu zachciało się kpin. I w ten właśnie sposób, zamknięty w czterech ścianach z dziewiętnastoletnim dzieckiem, zastanawiał się, dokąd go to zaprowadzi.
- Znów to robisz. – zauważył słusznie chłopak, a Louis pokręcił tylko głową w rozbawieniu.
- Po prostu się zastanawiam. Czy jest coś, o czym chciałbyś pomówić? – usiadł na krześle i starał się nie rozpraszać Harry’ego lekkim stukaniem o ramę łóżka.
- Nie? – odparł chłopak i choć jego usta mówiły to w ten przekonywujący sposób, Louis wiedział, że jest inaczej.
Stwierdził, że da Harry’emu czas na otwarcie się, da mu czas na zbudowanie zaufania i przełamanie bariery, tej niewidzialnej ściany, jaką chłopiec postawił między sobą, a światem. Nie chciał naciskać, był psychiatrą, wiedział, że duże szczyty zdobywa się małymi krokami. Zamyślił się po raz kolejny, co nie uszło uwadze nastolatka.
- W takim razie powinienem chyba już pójść, Niall prosił… - nie udało mu się dokończyć, bo Harry podniósł się z fotela i podszedł do swojej szafki, sięgnąwszy po różową szczotkę, podał ją Louisowi.
Chłopak stał przed moment niczym posąg, lecz odczytał jego sugestię zanim ten mógł się rozmyślić. – Chcesz żebym rozczesał Twoje-t-twoje włosy? – Louis naprawdę nie miał pojęcia od kiedy zaczął się jąkać. Harry tylko skinął głową, przygryzając dolną wargę i bawiąc się rękawem swojej szarej bluzy. Kurwa, pomyślał Louis i wiedział, że jest o krok bliżej tego, przed czym bronił się od samego początku.
- Myślę, myślę, że powinieneś się… odwrócić? – spytał niepewnie, karcąc się w myślach za to, jak seksualnie to zabrzmiało, ale Harry zdawał się nie zwrócić uwagi i pociągnął krzesło Louisa w swoją stronę, siadając na nim lekko.
- Emily dziś nie przyszła, inaczej…nie prosiłbym… - powiedział chłopak nieśmiało i mimo że Louis nie mógł zobaczyć jego twarzy, wiedział, że te dwa dorodne rumieńce, które zdążył już poznać, siedziały tam od przeszło minuty.
- To w porządku, Harry. Umiem to robić. Zawsze miałem misję, gdy mama wychodziła wcześniej do pracy. – zaśmiał się, chwytając loki dziewiętnastolatka i przejeżdżając po nich szczotką. – jeżeli pociągnę to mów.
Cichy pomruk opuścił usta Harry’ego, gdy delikatne palce lekarza zaczesywały coraz większą powierzchnię głowy.
- Jakieś specjalne zamówienie? – zażartował Louis, gdy trzymał w garści praktycznie wyprostowane włosy Harry’ego. – Trochę zmieniły kształt. – zauważył głupio.
- Dziękuje, możesz je puścić, zrobię koczek… - powiedział prawie szeptem, nie chcąc, by Louis w jakikolwiek sposób go oceniał. W końcu była to typowo…damska rzecz.
Ułożył powoli kosmyki na swoje miejsce, a jego dłoń otarła się o szyję Harry’ego przesyłając im obu przyjemne dreszcze. To było coś zakazanego, a jednocześnie tak cholernie silnego, że musiał odsunąć się na bezpieczną odległość i przeprosić Harry’ego, tłumacząc się jakimś nagłym spotkaniem, o którym całkowicie zapomniał.
Na korytarzu natknął się oczywiście na Liama i był wręcz przekonany, że chłopak nie powstrzyma się przed mini-kazaniem, jakie Louis otrzymywał od niego od poniedziałku. Mimo wszystko starał się przybrać maskę, nie mogąc nikomu wyjawić tego, co czuł za zamkniętymi drzwiami pokoju numer dwadzieścia dziewięć.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie… - powiedział sceptycznie Payne, nie chcąc być niegrzecznym. – Czy Harry zrobił coś nieodpowiedniego? Czasem bywa agresywny.
Louis prychnął w myślach. – Nieodpowiedniego? – zapytał cicho, po czym zaśmiał się na spostrzeżenie Liama, Harry był przy nim puszystą i bezbronną kuleczką tajemnic, tajemnic, które miał zamiar rozwiązać prędzej, czy później. – Nie, daj spokój, po prostu przypomniałem sobie, że jeden z pacjentów na mnie czeka i tak właściwie się spieszę – urwał, machając ordynatorowi na pożegnanie. Wiedział, że póki co, jest to jedyne rozwiązanie, które trzyma to wszystko w ryzach. ~*~
Przemoc, morderstwo, próba samobójcza, alkoholizm.
Louis nie mógł uwierzyć w to, co widział. Siedział przy biurku z otwartą kartą pacjenta i czuł, jakby ktoś wycelował w niego rewolwer i z każdym wyrazem wbijał kolejny nabój w jego serce. To nie mogło być prawdziwe.
Alkoholizm? – wyszeptał do siebie, nie zdając sobie sprawy z obecności jednej z lekarek.
- Przepraszam, że się wtrącę, jeżeli czytasz kartę Harrry’ego, to zerknij do katalogów A15, tam jest tego więcej.
- Więcej?! – Louis niemal zakrztusił się własną śliną.
- Mam na myśli, bardziej szczegółowo. Tu są tylko szczątkowe dane. – poprawiła się kobieta. – Jestem Leigh Anne, miło mi poznać nową legendę.
- Legendę? – uniósł brwi w górę, po czym uścisnął jej dłoń. – Louis…
- Tomlinson, tak, wiem. Wszyscy o Tobie mówią.
- Dlaczego? – spytał niepewnie, nie chcąc wyjść na zbyt zapatrzonego w siebie, choć musiał przyznać w głębi duszy, że mu to schlebiało.
- Może dlatego że dzięki Tobie to miejsce odżyło. – zaparzyła sobie kawę, machając kubkiem w stronę Louisa. – A może dlatego że w końcu ludzie czują się bezpieczniej ze swoim lekarzem psychiatrą, Niall nie narzeka na spotkania, Zayn jest bardziej rozmowny, a no i Harry, wychodzi do ludzi. To coś, co dotychczas nie zdarzało się zbyt często. A jesteś tu zaledwie kilka dni, legendo. – zaśmiała się i pozostawiając Louisa w osłupieniu wyszła z gabinetu.
- Legendo… - powtórzył śmiesznie, zdając sobie sprawę, że już polubił tę lekarkę.
- Widzę, że poznałeś Leigh – Louis nie zdążył zarejestrować momentu, w którym Liam pojawił się w pomieszczeniu. – To dobrze, nasz personel jest mały, ale przyjazny, miło, gdy panuje tu dobra atmosfera.
- Tak, Liam, jest w porządku. – powiedział od niechcenia, będąc pewnym, że jego głos go zdradza.
- Słuchaj, pracuję tu wiele lat, przeszedłem to wszystko, co Ty teraz czujesz. Początki...
- Wiem, Li. To wszystko kwestia czasu. – zapewnił go. – Po prostu dręczy mnie pewna sprawa.
Payne oparł się o szafkę i odkręcił butelkę wody mineralnej, rozpraszając tym młodego lekarza. – Niech zgadnę, Harry?
Spojrzenie Louisa mówiło wszystko. – Chciałbym mu pomóc, wydaje się być zupełnie inny, niż mówi karta. – posłał plikowi dokumentów mordercze spojrzenie, jakby co najmniej mogło to wycofać wszelkie zarzuty skierowane w stronę lokatego chłopca.
- Nie jesteś pierwszy Louis. Wiele osób próbowało do niego dotrzeć. On nawet nie daje się nikomu dotknąć. Z wyjątkiem Emily, przychodzi do niego, co niedzielę. To jest bardziej skomplikowane niż możesz sobie wyobrazić, wiem, że studiowałeś te wszystkie przypadki, ale teoria różni się nieco od praktyki, nabierzesz doświadczenia i ocenisz to właściwie.
Louis zastygł, jego myśli krążyły wokół tych wszystkich sytuacji, w których Harry pozwalał mu się dotykać. Oczywiście, nie były to długie momenty, ale krótkie gesty, przy podawaniu kubka, czy poprawianiu kaptura bluzy. Tomlinson czuł, że może doliczyć do tego wydarzenie sprzed piętnastu minut, gdy rozczesywał jego lśniące włosy. Nie potrafił tego wyjaśnić w racjonalny sposób, więc zgodnie z poprzednim założeniem, odepchnął to na drugi plan, postanawiając nie wspominać o tym Liamowi. Przynajmniej na razie.
- W ogóle mnie nie słuchasz, muszę iść, a Ty – postawił dłoń na jego ramieniu – nie angażuj się tak mocno w sprawę Harry’ego, to może być dzień, dwa, gdy go stąd odeślą, jak znów coś przeskrobie. – powiedział poważnie, a Louis skrzywił się na te słowa i pozostawił Liama bez odpowiedzi.
~*~
Zayn leżał na podłodze owinięty ciepłym kocem, gdy Louis zapukał lekko w szybkę i wszedł do środka. Widok, jaki ujrzał, zaparł mu dech w piersiach i Malik mógł przysiąc, że przez chwilę poczuł się, jak jego prywatny psychiatra, pytając co minutę, czy wszystko w porządku.
- Mówiłem żebyś to wykorzystał – wskazał na ścianę – ale nie sądziłem, że jesteś pierdolonym Picasso! – zaśmiał się, widząc ulgę na twarzy Zayna.
- Trochę mnie poniosło – wyjaśnił, zakładając drobny pędzelek za ucho. Jego ubrania były całe w kolorowych farbach, a twarz świeciła się od jakiegoś olejku, ale Louis o to nie dbał. W końcu ten chłopak był prawdziwym artystą.
- Skoro dotarliśmy do tego etapu, myślisz, że możemy porozmawiać?
- Nie robimy tego codziennie? – spytał, mając nadzieję, że Louis odpuści.
- Zayn, nie jestem tu dla zabawy, ani Ty nie jesteś tu, dlatego że tak sobie wymarzyłeś. Musimy robić krok na przód. – przyjął profesjonalny ton, czując rozpierającą dumę, gdy Mulat skinął głową w zgodzie.
- Czy Liam wie o tym? – spojrzał znacząco na malunki, a Louis wystawił zęby w uśmiechu.
- Nie do końca, być może zapomniałem mu o tym wspomnieć? – zaśmiał się – Ale nie martw się, wszystko zostaw mnie.
~*~
To była pierwsza niedziela Louisa w ośrodku i naprawdę nie wiedział, jak one przebiegają. Rita z recepcji zdradziła mu kilka szczegółów, ale w większości sytuacji postanowił iść na spontan. Gdy wybiła godzina obiadu, nie był świadomy do czego do zmierza.
Sala stołówki była wypełniona ludźmi. Ludźmi nie tylko z ich oddziału, ale i tymi z piętra niżej. Louis czuł się niepewnie, mimo że zachowywał pozory. W końcu to nie on był tutaj domkiem z kart, który rozsypuje się pod presją, on był tym, który miał pozbierać te karty i złożyć domek do kupy.
- Louis? Co tu jeszcze robisz? – usłyszał za plecami głos Leigh. Spojrzał na nią pytająco, wyjaśniając swoje niedoinformowanie. – Rozumiem, że ten idiota Payne Ci nie powiedział – zachichotała, co rozluźniło lekko atmosferę – w każdą niedzielę jemy wspólny posiłek, wiesz, by każdy mógł poczuć się jak w domu. Przynajmniej taki jest zamiar… – spojrzała na mężczyzn, którzy poprawiali stoliki. - Potem do wieczora wszyscy spędzają czas na grach i tego typu rzeczach. Oczywiście terapeuci uczestniczą. – posłała mu oczko. – Znajdź swoją grupę i usiądź z nimi, Louis.
Okej, więc to było zbyt wiele informacji jak na jeden raz i Tomlinson potrzebował zaczerpnąć powietrza, by uzmysłowić sobie, że przez następne kilka godzin będzie musiał siedzieć niedaleko Harry’ego i traktować go jak normalnego pacjenta. Louis doskonale wiedział, że ich relacja nie była zwykłą relacją i tego obawiał się najbardziej.
Odnalazł Jade dyskutującą z Taylor o nowym albumie Imagine Dragons i postanowił zająć miejsce obok nich, nie pytając nawet o zgodę, co po chwili uznał za ogromny błąd.
- Myślę, że to miejsce jest zajęte, Twoje jest po drugiej stronie, obok Harry’ego. – powiedziała bez emocji, co bardzo zdziwiło chłopaka. Skinął głową i obszedł stół, siadając w jeszcze pustym rzędzie.Harry zjawił się kilka minut później i Louis musiał napiąć wszystkie mięśnie, by naprawdę trzymać kontrolę nad sobą. Mimo wszystko, obiad przebiegł bardzo spokojnie i wszelkie obawy, których zarodki Louis podlewał na wstępie, w trakcie posiłku, zniknęły gdzieś w tyle. Było głośno i rozmownie, a przynajmniej z jego strony. Gdy naczynia zostały odniesione na właściwie miejsce, a stoły ponownie ułożone w pierwotny wzór, pacjenci zaczęli zajmować miejsca na sofach i fotelach, szykując się na seans filmowy, który, jak Louis się dowiedział, był już tradycją. Stanął z boku, machając do Liama przyjaźnie. Obserwował swoich podopiecznych uważnie, mając nadzieję, że taka sytuacja będzie dla niego podpowiedzią.
Wysunął kilka wniosków, które jak uznał, były bardzo trafne w przełożeniu na czas, jaki pracował w tym miejscu. Zayn nie lubił być w centrum zainteresowania, trzymał się na uboczu, ale nie był niepewny, po prostu odnalazł swoje miejsce w grupie i tam się trzymał, Jade była duszą towarzystwa i razem z Taylor stanowiły duet liderek, cóż, pomyślał Louis, przecież ktoś musi. Kolejno zwrócił uwagę na Eda, facet był trochę starszy od reszty, ale mimo tego, odnajdywali wspólny język, jak wspomniał mu wcześniej Liam, prawie trzymał w dłoniach wypis. No i był Harry, oczywiście, Louis nie mógłby go pominąć. Przypomniał sobie słowa Leigh i uśmiechnął się pod nosem. Jego mina uległa jednak drastycznej zmianie, gdy zauważył, że chłopak ściśnięty jest na kanapie z o wiele starszym mężczyzną. Louis go nie znał, ale nie potrzebował więcej niż trzech sekund, by go znienawidzić. Jego ręka była owinięta wokół szyi Stylesa, a nogi splątane z nogami chłopca.
W jego żyłach zawrzało i już miał ochotę jakoś im przeszkodzić, gdy światła nagle zgasły, a na ekranie pojawił się film. Louis nie miał wyboru, usiadł na parapecie i przez kolejne sto minut obserwował to obraz, to twarz Harry’ego, która roztapiała się w półmroku.
Nie potrzebował wiele, gdy usłyszał cichy pisk. Znał głos Harry’ego wystarczająco dobrze, mimo że ich spotkania nie należały do najbardziej rozmownych. Podbiegł do drzwi i włączył oświetlenie, przez co otrzymał zduszony jęk publiczności. Spojrzał na kanapę, która stanowiła ten mały problem w jego głowie i dostrzegł, że dłoń faceta wspina się po udzie Harry’ego. Na twarzy chłopca było wymalowane zaniepokojenie, ale odskoczył dopiero, gdy koleś, nazwany przez kogoś Nickiem, posunął się o kilkanaście centymetrów wyżej.
Louis stracił kontrolę. Podbiegł do mężczyzny i odciągnął go od dziewiętnastolatka, przez co ten pchnięty, uderzył głową o rant stołu.
- Nie waż się tego więcej robić! – wykrzyczał Liam, pozostawiając pozostałych pacjentów w głębokim szoku. Znalazł się obok Louisa chwilę później, przytrzymując wyrywającego się mężczyznę. – Zabierz Harry’ego, poradzę sobie z nim. – powiedział cicho.
Louis nie dbał o to, że ponad trzydzieści par oczu badało jego ruchy, gesty i mimikę, dbał teraz tylko o to, by Harry nie czuł się zagubiony i właśnie to spieprzył.
Pomógł Jade podnieść go z podłogi i delikatnie przytrzymał na swych rękach, wynosząc nastolatka z pomieszczenia. W głowie Harry’ego wirowało, co Louis mógł stwierdzić, bez zadawania zbędnych pytań. Dotarli do dyżurki pielęgniarek, lecz pomieszczenie świeciło pustkami.
- Słuchaj, Harry. Teraz Cię posadzę i opatrzę Twoją głowę, w porządku? – mówił wolno, by każde słowo przebiło się przez stres pourazowy. W odpowiedzi otrzymał tylko ciche pomruki. Może to nie było miejsce i czas na takie wyznania, ale naprawdę je lubił.
Kiedy chłopiec siedział bezpiecznie oparty o zagłówek lekarskiego łóżka, Louis odszukał wszystkie potrzebne rzeczy i stanął między jego nogami, by uzyskać lepszy dostęp do rozciętej skroni.
- Przepraszam, powinienem był Cię bardziej chronić. – powiedział cicho, a zarazem absurdalnie i obaj mieli tego świadomość. Nasączył wacik wodą utlenioną i przejechał po drobnej ranie, na co Harry głośno jęknął, zacisnąwszy swoje palce na ramionach Louisa.
Lekarz musiał oddalić miłe uczucie, budzące się we wnętrzu jego brzucha i solidnie zadbać, by w ranę nie wdało się żadne niepożądane zakażenie. - Harry? Spójrz na mnie. – polecił, chwytając jego twarz w dłonie. – Proszę, popatrz na mnie.
Powieki nastolatka uniosły się, ku górze, a te duże, zielone oczy złączyły niewidzialną nić, jakiej Louis teraz potrzebował.
- Teraz posłuchaj mnie uważnie, nie możesz zasnąć, jasne? Utrzymuj ten stan jak najdłużej, kochany. – odparł, pocierając dłonią jego policzek. – Założę opatrunek i odniosę Cię do Twojego pokoju, w porządku? To naprawdę nic groźnego, ale uderzenie było mocne, nie możesz zasnąć. Nie jestem lekarzem pierwszego kontaktu, ale… właściwie to myślę, że powinienem się zamknąć…
- Nie. Lubię też Twój głos, jest kojący.
~*~
Dłonie Harry’ego trzymały kurczowo szyję chłopaka, gdy ten układał go na jego bujanym fotelu. – Haz, musisz mnie puścić. – zaśmiał się, przez co otrzymał dźwięk dezaprobaty, jednak ostatecznie dzieciak zdjął z niego swoje pomalowane paznokcie.
- Dlaczego to robisz? – usłyszał nieoczekiwane pytanie i mógł przysiąc, że jego serce zatrzymało swój bieg.
- Robię co? – spytał ostrożnie i usiadł niedaleko, wpatrując się w zmieszany wyraz twarzy Harry’ego.
- Dbasz o mnie, troszczysz się. – spuścił wzrok, jakby te słowa nie miały prawa opuścić jego ust.
Louis naprawdę nie wiedział, jak ma wytłumaczyć to, co się między nimi dzieje. To nie tak, że nie interesował się innymi pacjentami i nie tak, że zachwycił się Harrym tylko dlatego, że miał on różowe paznokcie i damską szczotkę do włosów. To było coś więcej, coś ukrytego w głębi serca i właściwie nie znał on odpowiedzi na pytanie zdane przez nastolatka.
- Taka moja rola, Harry.
- To nie to. O mnie się nie dba, mnie się wykorzystuje. – jest to odpowiedź, której Louis się nie spodziewa, więc siedzi przez kolejne trzy minuty i widzi, jak Harry załamuje się z każdą sekundą narastającej ciszy.
- Co Ty mówisz? – podnosi się z miejsca i ma zamiar podejść do niego, złapać jego twarz w dłonie i wyjaśnić, jak bardzo się myli, ale coś go blokuje, coś nie pozwala na ten gest i nim jest w stanie się przemóc, Harry zeskakuje z siedziska i wbija swe ciało w najdalszy kąt pokoju, podciągając swe kolana w szlochu i zamykając się w swoim świecie.
Louis dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, jak długa i kręta droga przed nimi.
- Harry, uspokój się, proszę, spróbuj to opanować, jesteś silniejszy niż całe zło, które Cię spotkało. – Louis prawie klęczy i nie wie, dlaczego to robi, nie wie, dlaczego nie zachowuje się w sposób, jaki jego profesorowie uczyli go na studiach, nie wie, co do chuja jest z nim nie tak.
Przez kolejne sekundy panuje cisza i zdecydowanie nie jest to cisza, którą Louis lubi.
- Jestem złym człowiekiem, Louis, nie powinno Cię tu być, odejdź. – chlipie chłopiec, a jedyne o czym Louis marzy to przytulić go tak mocno i pozwolić tym łzom zniknąć.
Zastanawia się przez chwilę, po czym podchodzi bliżej i siada obok. – Posłuchaj, każdy zrobił w życiu coś złego, każdy ma choć jedną rzecz, z której nie jest dumny, jesteśmy tylko ludźmi. – Dusty mruczy, ocierając się o ich nogi, a Louis podnosi ją na kolana i szturcha jej łapką policzek Harry’ego.Chłopiec się rozpromienia na chwilę, co Louis uznaje za kolejny malutki sukces.
- Jestem zły, jestem bardzo zły, zabiłem ich, zniszczyłem wszystko – ponownie płacze, ale teraz Louis już nie czeka, łapie go w swoje ramiona i pozwala zmoczyć cały mundurek. Pozwala łzom Harry’ego wyjść naprzeciw jego trosce, pozwala temu odejść i mimo że wie, iż będzie tego więcej, jest gotowy, przyjąć wszystko i pomagać mu tak długo, jak będzie tego potrzebował.
I to nie tak, że Louis chce pomagać mu już zawsze…
Kiedy Harry się uspokaja, a jego oczy wysychają, młody pan doktor podejmuje się próby, która być może stanowi zbyt pochopny krok, ale nie może powstrzymać tej wiercącej jego serce śruby.
- Harry, zadam Ci teraz pytanie, bardzo ważne, ale i trudne pytanie, i proszę odpowiedz szczerze. Tylko szczerość się tutaj liczy, rozumiesz? – chłopiec kiwa głową, więc Louis przytula go mocniej, wplatając dłoń w jego włosy. – Czy ten mężczyzna ze stołówki…Nick…- na te słowa ciało Harry’ego sztywnieje i Louis może definitywnie wyczuć nadchodzące spięcie, dlatego pociera jego ramiona, by dodać mu otuchy. – czy…on robił to wcześniej, Harry? Czy posunął się dalej?
- To..to są dwa pytania, Louis.
- możesz odpowiedzieć na które chcesz. – nie chce naciskać, wie, że na wszystko potrzeba czasu.
- nie tutaj, nie posunął się dalej tutaj. – odpowiada Harry, ale chwile potem ponownie zanosi się płaczem, więc Louis układa go na łóżku i obiecuje, że za moment wróci. Prędkim krokiem przemierza korytarz w kierunku kuchni. Jego myśli są rozburzone, dryfują na wielu płaszczyznach i chłopak nie jest w stanie teraz ich złożyć do kupy. Nie wie, co mogą oznaczać słowa Harry’ego. Nie wie nic, oprócz tego, że za godzinę będzie musiał go zostawić, łamiąc sobie tym samym serce.
Po drodze spotyka Liama, który posyła mu pytające spojrzenia. Macha ręką, by nie drążył tematu i znika parząc herbatę, która jest jego jedynym ratunkiem.
- Zielona? – słyszy znajomy głos.
- Z brązowym cukrem. – odpowiada Louis.
- To go naprawdę uspokaja. – Liam pociera czoło w zdenerwowaniu. – Jak źle z nim jest?
Louis ma ochotę go uderzyć, mimo że to nie jego wina. Ma ochotę rozwalić coś i sprawić sobie ulgę, ale wie, że musi zachować spokój. Przynajmniej do czasu, gdy nie opuści ośrodka. Wtedy wpada mu do głowy genialna myśl.
- Liam? Czy..czy mógłbym wziąć dzisiaj nocny dyżur? – pyta, nie będąc do końca pewnym, jak ordynator zareaguje.
- Naprawdę się o niego troszczysz… myślisz, że może coś..? - Nie kończ! Mogę czy nie?
- Tak, jasne, tylko zgłoś to Ricie.
- Dzięki, szefie. Jesteś najlepszy. – chwyta gorący kubek w dłonie i wraca do pokoju chłopca, który nieświadomie rozkopał jego życie.
Harry leży zwinięty w kłębek, jego oczy są zamknięte, a klatka piersiowa unosi się bardzo powoli. Louis nie jest pewny czy śpi dopóki długie palce nie łapią jego uniformu.
- Jestem tu i będę całą noc. Przyniosłem Ci herbatę. – odpowiada cicho. – Jak się czujesz?
Dziewiętnastolatek podnosi się do pozycji siedzącej i robi miejsce dla Louisa. Ten siada obok i przenosi kubek ze stolika wprost w dłonie Harry’ego. Cichy odgłos siorbania przypomina mu o ich pierwszym spotkaniu i nie jest w stanie nie uśmiechnąć się, co Harry bez wątpienia zauważa.
Gdy Louis budzi się następnego dnia, wciąż siedzi na krzesłach, które zajął, gdy tylko Harry usnął, lecz jego ciało jest otulone ciepłymi kocami, których nie pamięta z poprzedniej nocy, widzi też przyklejone do niego zielone oczy Harry’ego i ten bezcenny uśmiech, jakim obdarza go nastolatek, i wie że mógłby budzić się w ten sposób do końca życia, a przynajmniej tak długo, jak to możliwe.
Rozdział I. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Przepraszam za błędy, pewnie jakieś się znajdą.
Kiedy Louis otworzył oczy, spostrzegł, że za oknem jest jeszcze ciemno, a budzik stojący na nocnej szafce nie wybił nawet piątej nad ranem. Usiadł zaspany na skraju łóżka i przetarł rękoma twarz. Dotychczas nie cierpiał na bezsenność, nie miewał problemów z koncentracją i racjonalnym myśleniem. Coś ewidentnie w nim pękło. Postawił bose stopy na zimną posadzkę, zbyt przejęty, by zastanawiać się, czy mama sprzątnęła jego pokój po raz dziesiąty w tym miesiącu, gdy nie odnalazł miękkiego dywanu, który zwykł leżeć zaraz obok. Mając świadomość, że już nie zaśnie, narzucił na plecy szlafrok i zapaliwszy światło na korytarzu, powolnym krokiem opuścił piętro.
Kilkanaście minut później, siedział przy kuchennym stole ze szklanką pomarańczowego soku w dłoni, kreśląc paznokciami niewidzialne wzory. Był tym tak pochłonięty, że nie usłyszał nadchodzących kroków.
- Nie śpisz? – głos był zatroskany, ale i pełen ciepła. Louis nie mógł tego kontrolować, upuścił naczynie, które w sekundę rozprysnęło się na milion drobnych kawałeczków.
- Przepraszam! Posprzątam to. – odrzekł cicho, próbując uniknąć niezręcznego tematu.
- Louis.. Lou. – kobieta zatrzymała go w pół kroku. – Jest w porządku, to tylko głupia szklanka. Czy coś się dzieje w pracy? Czy jest nie tak jak oczekiwałeś? – I Louis już wiedział do czego to prowadzi. - Wręcz przeciwnie, jest dobrze, mamo. – odpowiedział prędko, zbierając kawałki szkła z lśniącej podłogi. – Po prostu…to nowe, prawda? Sama mówiłaś, że początki…
- …bywają trudne, tak, wiem, mój synu. – przygarnęła go do uścisku, nie zważając na drobne odłamki wciąż zalegające na kafelkach. – Wiem, że będziesz tam najlepszy, po prostu potrzeba czasu. – potarła jego policzek, a on posłał jej uśmiech. Niewymuszony.
- Dzięki, mamo. Tego chyba było mi trzeba.
- Postaraj się nie obudzić dziewczynek, ledwo zmusiłam je wczoraj do położenia się wcześniej.
- Jasne, będę cicho. Żadnych szklanek do tłuczenia. – zamknął niewidzialną kłódkę na ustach, a kobieta roześmiała się cicho i zabrawszy butelkę wody mineralnej, zniknęła na schodach prowadzących na piętro.
Louis siedział jeszcze chwilę na twardym krześle, zastanawiając się jak to wszystko się potoczy. Czy będzie mógł za pół roku, usiąść w tym samym miejscu i powiedzieć, „tak, zrobiłem to”? Czy może, wtuli się w ramiona Jay, przyznając smutno, że mógł pójść jednak inną drogą? Wszystko było kwestią czasu, no i może odrobiny szczęścia, miał nadzieję.
~*~
Pojawił się w pracy nieco szybciej. Miał zaplanowane spotkanie z ordynatorem, więc bycie przed czasem dawało mu chwilę na ochłonięcie. Tak, Louis Tomlinson naprawdę się stresował, co było kolejną dziwną rzeczą, jaka pojawiła się w jego życiu odkąd przyjął tę szaloną pracę. Zazwyczaj nie dbał przesadnie o zdanie innych ludzi, ale teraz było inaczej. Tłumaczył to sobie na różne sposoby i póki nie dotarł do tego najważniejszego, wszystko szło jak z płatka. Odgarnął grzywkę, która opadała niechlujnie na jego oczy i założył błękitny strój, którego spodnie stanowczo zbyt mocno obciskały jego krągłą pupę. Nie mógł narzekać na swoje geny, ale w takich momentach wolałby się czuć bardziej…komfortowo. Odrzucając tę myśl na bok, spostrzegł, że za kilka minut powinien rozpocząć się obchód, co oznaczało nowe przygody, nowe twarze i może nowe…kłopoty. Louis lubił wyzwania, a to tylko dodawało pikanterii całej tej sprawie.
- Cześć, Ty jesteś naszym nowym lekarzem? – głos zza jego pleców całkowicie wyrwał go z zamyślenia i Louis potrzebował kilkunastu sekund, by się odwrócić i zaobserwować, że mężczyzna wcale nie jest tak stary, jak się spodziewał i nawet nie wygląda tak wrednie, jak oczekiwał.
- Em..tak, tak, to ja. Louis Tomlinson – podał rękę, pozwalając, by przyszły kolega z pracy uścisnął ją w naprawdę delikatny sposób.
- Liam Payne, jestem tu ordynatorem i myślę, o ile Rita nie zrobiła mi psikusa, – spojrzał w swój harmonogram - że mam Cię oprowadzić po szpitalu. – posłał mu radosny uśmiech i Tomlinson wiedział, że cholera, idzie zbyt łatwo.
Polubił Liama już na początku, a podczas przechadzki po korytarzach, zdążył poznać historię jego życia w pigułce, wiedział, że ma dwie siostry i mamę, która jest troskliwa bardziej niż powinna. Louis skomentował to śmiechem, dodając ‘wiesz, myślę, że One mają to w swej naturze’, nawiązując do kilku incydentów z Jay, które za żadne skarby nie mogły opuścić jego umysłu. Liam pochwalił się także ojcem, który wspierał go od samego początku i Louis mógł poczuć odrobinę zazdrości, mimo że przecież to nie była jego wina, że on sam taty nie posiadał. Louis nie był tak wylewny jak jego nowy szef, ale wciąż dzielił się z nim drobnymi przemyśleniami, faktami i obserwacjami. To był naprawdę dobry początek.
- Myślę, że powinienem przedstawić Ci Twoich podopiecznych – zaczął Liam, ale Louis przerwał mu tę myśl machnięciem ręki.
- Tak, właściwie to myślę, że już to zrobiłem, wczoraj skończyłem tę całą papierkową robotę przed czasem, co dało mi szansę na krótki obchód, poznałem chyba wszystkich, choć nie jestem pewien, bo z roztargnienia zapomniałem karty…em, nie powinienem tego mówić swojemu przełożonemu, co? – szturchnął Liama w ramię, udając zmartwienie na twarzy.
- Jest w porządku, Louis. Cieszę się, że jesteś taki… - urwał zdanie – nasz poprzedni pracownik nie wywarł tu dobrego wrażenia, dlatego wyleciał, nie bierz tego do siebie, mam na myśli raczej… jestem pewien, że Cię polubią. – odparł szczerze, co dodało Louisowi kopa do działania.
- Powinienem podziękować. – wystawił język Louis. Jego głupkowata strona dawała o sobie znać, ale miał przeczucie, że Liam to polubi. – myślę, że po prostu kiedyś postawię Ci piwo.
- Jasne, stary, ale wypijesz je ze mną. – upewnił się Liam. – moja dziewczyna nie przepada, gdy wracam zbyt.. no wiesz… – zademonstrował postawę, przez co Louis wybuchnął gromkim śmiechem.
- Jeżeli tak wygląda pijany Liam, to szczerze? Postawię Ci dwa albo trzy. – poklepał go po ramieniu w żarcie - a co do mnie, przykro to mówić, ale od jakichś pięciu lat nie piję.
- Poważnie? Nie uwierzyłbym… wybacz, to nie miało tak zabrzmieć. – zasłonił rękoma twarz.
- Jest okej, stary. Oddałem komuś nerkę, więc teraz muszę dbać o moje maleństwo, wiesz, jak jest. - To świetny gest. Nie każdy zdecydowałby się na coś tak…znaczącego. – jego słowa były ostrożne, a Louis tylko skinął głową, czując, że nie jest to jeszcze czas na tego typu rozmowę.
- Tak, więc co z moimi pacjentami, mam na myśli, jakieś wskazówki, zastrzeżenia? Czy mam być doktorem Housem i wszystko wywnioskować samemu? – posłał mu oczko, udając, główną postać jednego z najlepszych seriali, jakie widział.
- Jesteś pewien, że… poznałeś wszystkich na tym piętrze? – spytał nerwowo Payne, a Louis zrozumiał, że nie wszystko tu gra jak należy. Zaśmiał się w głębi duszy na swoje przemyślenie, w końcu znajdowali się w szpitalu psychiatrycznym, przecież nic tu nie miało grać.
- Dlaczego Twój ton wskazuje na to, że mam się bać? – zażartował, ale Liam nie zaprzeczył, więc Louis wskazał na białą ławkę, gdzie po chwili usiedli. – Słuchaj, poznałem Jade, która wydaje się być miłą dziewczyną, jej fioletowe włosy odrobinę mnie rozpraszały, ale jest to do przełknięcia, skrytykowała mnie na wstępie, ale hej, damy radę, czyż nie? Myślę, że tęskni za swoim chłopakiem i to jakby zatrzymuje ją przed ruszeniem na przód, poznałem też Eda, świetny facet, a jaki utalentowany, okej, spędziłem z nim zaledwie dwadzieścia minut, dobra… po Twoim wyrazie twarzy zgaduję, że nie tylko ja pokochałem jego muzykę. Swoją drogą, czy nie powinien mieć zakazu posiadania gitary? Struny…szpital psychiatryczny, no wiesz… - nakierował Liama na myśl. – nie żebym studiował psychiatrię, ale…
- Tak, zdecydowanie, ale Ed nie jest tu z powodu skłonności samobójczych, ufamy mu, właściwie jest już w jednym z ostatnich stadiów choroby, naprawdę z nim dobrze. – wyjaśnił Liam, na co Louis tylko przytaknął. – Ale kontynuuj, Twoje analizy brzmią ciekawie.
- Tak, w takim razie, miałem też spotkanie z blondynką, nuci country’owe piosenki, ale twierdzi, że pop byłby lepszy dla jej głosu, kocha spotkania z Edem, ale za często jej na to nie pozwalają, nie pamiętam jej imienia niestety, jest wysoka i zgrabna…
- Taylor. Taylor Swift. – dodał Liam, a Louis złączył dłonie jakby w potwierdzeniu, że tak właśnie mu się przedstawiła.
- Jest też chłopak, Zayn… - Louis nie był pewny, czy dobrze wypowiedział jego imię, ale kiedy otrzymał w odpowiedzi uśmiech ordynatora, wiedział, że nie mogłoby być lepiej – On jest tajemniczy, ale myślę, że jeszcze dwa dni i go rozgryzę, siedzi tu za prochy czy coś takiego? Ma talent do rysowania, woah, nigdy nie widziałem takich dzieł sztuki z amatorskiej ręki, serio. Jest trochę nieśmiały, ale ostatecznie mógłby być moim kumplem.
- Wszystkich oceniasz przez pryzmat możliwego koleżeństwa? – śmieje się Liam, gdy Louis posyła mu karcące spojrzenie.
- Wiesz, myślę, że to czasem dobry sposób na postawienie się w sytuacji danej osoby. – próbuje wyjaśnić, ale Liam macha ręką, by kontynuował. – Niall? Co tu dużo mówić, jedna z pozytywniejszych osób w tym miejscu, zastanawiam się, dlaczego tu jest, mieliśmy mało czasu na rozmowę, ale ten koleś zdecydowanie kocha jedzenie! – śmieje się Tomlinson, a Liam mu wtóruje.
- Tak, Niall jest wyjątkowy. Oni wszyscy są. – mówi cierpko. – Ktoś jeszcze? - Liam, było ich wielu, ale część z nich tylko powitałem i wyszedłem, wiem, że to takie nieprofesjonalne, ale muszę przywyknąć do ich bezuczuciowych twarzy. Potrzebuję czasu na adaptację.
- Oczywiście, a Harry?
- Harry? – zapytał Louis z nutą zaciekawienia.
Ciche „och” opuszcza usta Liama, gdy mówi o kręconych włosach i chce kontynuować, ale Louis mu przerywa okrzykiem „tak, poznałem go!”.
- Naprawdę? I wciąż pałasz takim optymizmem? – pyta niepewnie, na co Louis porusza się nerwowo, nie wiedząc, czego oczekiwać.
- Czy coś z Nim nie tak? – pyta głupio, ale nie daje Liamowi czasu na odpowiedź. – Właściwie to wydaje mi się być najciekawszą osobą tutaj, nie bierz tego w złych kategoriach, ale jego pokój, przedmioty, sposób…bycia. To wszystko jest dla mnie zaskakujące. Teraz naprawdę czuję się jak doktor-rozwikłajmy-tajemnicę.
- Harry… jest trudny. Jest inny niż reszta.
- Co masz na myśli mówiąc „trudny”? Wydaje się być ciepłą osobą, jest zamknięty w sobie i lubi, gdy się o niego dba. Wybacz, wywnioskowałem to po piętnastu minutach siedzenia w ciszy. – skarży się cicho, ale wie, że Liam nie będzie zdziwiony. – Co on zrobił, że tu jest?
- Zamordował całą rodzinę.
~*~
Pierwsze spotkanie terapeutyczne Louisa nie jest takim, jak się spodziewał. Po informacji, jaką otrzymał od Liama, nie potrafił się skupić na drobnych rzeczach, a co dopiero na tych bardziej znaczących. Gdy zobaczył grupkę ludzi zbierającą się w specjalnej sali, wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie mógł uwierzyć, że Harry był do tego zdolny. Nie mógł uwierzyć, że ten kawałek puszystego człowieka, zamknięty w swoim kokonie z kotem na kolanach i pomalowanymi na różowo paznokciami, mógł kogoś zabić. Chciał, by Liam był w błędzie. Chciał się teraz obudzić w swoim łóżku, będąc przekonanym, że to tylko zły sen. Ale przede wszystkim chciał wiedzieć, czemu do cholery tak mu na tym wszystkim zależało.
W drodze powrotnej zahaczył o łazienkę i polał twarz zimną wodą w ramach orzeźwienia, przetarł ją szorstkim zielonym ręcznikiem, który zgniótł w koszu pełnym śmieci i ruszył na bitwę. Lubił to tak nazywać, wiedział, że przegrana bitwa nie oznacza porażki w wojnie, dlatego mógł przegrywać na spotkaniach terapeutycznych, ale wiedział, że ostatecznie odniesie zwycięstwo.
Wszedł do pomieszczenia, a kilkanaście par oczu skupiło się właśnie na nim, prawdopodobnie miał pochlapaną od wody koszulkę, ale nie dbał o to. Podszedł bliżej i zajął pozostawione dla niego krzesło. Wszyscy siedzieli w kręgu i jak podejrzewał Louis nie było to dla nich niczym nowym. Ich oczy świdrowały jego postawę, jego włosy, niektórzy w ogóle nie zwracali na niego uwagi. Były tam też te oczy, te oczy, których Louis nie mógł wyrzucić ze swojego umysłu odkąd ujrzał je po raz pierwszy.
- Ekhm – odkaszlnął, tworząc niezręczną ciszę, ale do diaska, on tutaj był lekarzem i on miał mieć nad nimi kontrolę. – Cześć wszystkim, jestem Louis Tomlinson i będę Waszym opiekunem przez… najbliższy czas. – zaczął formalnie, ale wiedział, że to nigdy nie odnosi skutku. – Tak, naprawdę jestem w tym nowy i proponuje małą umowę – oczy podopiecznych rozszerzyły się na tę informację – nie będę kłopotliwym lekarzem i będę dawał z siebie wszystko, by Was zadowolić, ale oczekuję tego samego. Dopóki nie będziemy dla siebie problemem, będzie w porządku. – powiedział stanowczo, nie czekając na odzew. – Myślę, że to tyle z części organizacyjnej. Oprócz tego typu spotkań, mogę widywać się z Wami prywatnie, co po części zrobiłem wczoraj. W tym wypadku jednak zależy to od Was, jeśli macie ochotę ze mną porozmawiać, przy najbliższym obchodzie dostaniecie kartę z prośbą o zaznaczenie lekarza psychiatry. – wyjaśnił prędko, widząc znudzenie na ich twarzach. – Co wy na to, bym mógł Was poznać? Może ja zacznę? Jak wspomniałem, jestem Louis, kocham piłkę nożną i Grease, nie oceniajcie – zaśmiał się – mieszkam z mamą i młodszymi siostrami, które kocham nad życie.
Louis widział kątem oka, że gdy opowiadał o sobie, oczy Harry’ego były skupione na jego ustach. To sprawiało, że jego ręce pociły się i naprawdę nie potrafił tego kontrolować. Kiedy przyszła kolej na kolejne osoby, usłyszał wiele mało interesujących wypowiedzi, pomijając oczywiście Zayna, który przedstawił się mniej więcej „chuj Wam do mojego imienia, mam ochotę zajarać” i Nialla, który powtarzał tylko jak tęskni za irlandzkim jedzeniem. Gdy oczy wszystkich skupiły się na Harrym, nikt nie oczekiwał, że chłopak się w ogóle odezwie.
- Jestem Harry i podobają mi się Twoje oczy.
Głos był niski i zachrypnięty, i Louis naprawdę nie spodziewał się usłyszeć tych słów z jego ust. Potrzebował tlenu, najlepiej zapasu na kolejne okazje, chociaż to nie tak, że miał nadzieję, iż nadejdą. Skinął w stronę Harry’ego, nie chcąc być niegrzecznym, ale chłopak już na niego nie patrzył. Jakby się zawstydził, a jedyne o czym marzył Louis, to uniesienie jego podbródka i powiedzenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiedział, że nie jest, ale obiecał mu to wczoraj i naprawdę chciał dotrzymać słowa.
~*~
Obudził się, gdy na dworze zrobiło się już ciemno, a jego ramiona drżały z zimna. Nie pamiętał momentu, w którym zasnął, ale ta komfortowa kanapa w lekarskim pokoju była wszystkim, czego potrzebował po wyczerpującej sesji, z której mimo starań innych pacjentów zapamiętał głównie Harry’ego, jego ładne oczy i głos, który sprawiał, że nieznane dreszcze błądziły pod cienką warstwą skóry. Jego przerwa skończyła właściwie dwadzieścia minut temu i prawdopodobnie cholernie nieprofesjonalne było zasypianie w drugim dniu pracy, ale nie mógł nic na to poradzić.
Podniósł się z miejsca, otrzepał lekarski mundurek, próbując wygładzić zagniecione końce i spojrzał w wiszące niedaleko lusterko. Wszystko było w porządku, w porządku, powtarzał w myślach, chcąc w to uwierzyć. Chwycił kartę leżącą na biurku i zaczął czytać. Liam miał spotkanie z dyrektorem szpitala w sprawie przeniesień pacjentów, więc już na początku spadła na niego odpowiedzialność w dopilnowaniu sal i dokonaniu ostatniego obchodu. - Tomlinson, jesteś tu królem. – powiedział do siebie po cichu i z notesem w dłoni ruszył na kolejną bitwę.
Poświęcił odrobinę więcej czasu na wysłuchanie historii Nialla i to nie byłoby niczym zaskakującym, bo ten chłopak emanował dobrą energią, już na spotkaniu pozwalał na wiele więcej niż inni pacjenci i Louis był dumny z siebie, że nawiązał choć jeden tak dobry kontakt. Gdy kolejne pokoje minęły bez zbędnej troski, Louis dotarł do dwóch ostatnich, najbardziej przejmujących. Zayn siedział na podłodze ze paletą w dłoni i trzymając w ustach drobny pędzelek wpatrywał się w suchą przestrzeń.
- Masz ochotę je pomalować? – spytał Louis prawdopodobnie zaburzając jego kontemplację.
- co? Co Ty pierdolisz? Przecież mam sztalugę i… - urwał, wpatrując się w jego sterczące włosy.
- Tak, wiem, ale pytam o coś innego, Zayn – odparł spokojnie i zajął miejsce obok niego. – są takie białe i puste, trzeba tchnąć w nie życie, co myślisz? - I tak nie mogę tego zrobić, wiesz o tym prawda? – zszedł z tonu, co Louisowi zdecydowanie nie umknęło.
- A co jeśli powiem Ci, że możesz?
- Naprawdę chcesz stracić pracę w drugi dzień? – spytał z uśmiechem i Louis był pewien, byliby świetnymi kumplami.
- O to się nie martw, są Twoje, ale postaraj się przespać trochę, do zobaczenia jutro, Artysto. – zaśmiał się ciepło, na co otrzymał piorunujące spojrzenie.
Czuł, że zmierza ku dobremu rozwojowi spraw. A to był dopiero początek. Te myśli trzymały się go dopóki nie dotarł pod ostatnie drzwi, które właściwie mógłby wybrać jako pierwsze, ale przecież…deser zjadamy na końcu. Jego serce biło, a dłonie ponownie stały się wodospadem, gdy naciskał metalową klamkę. W pomieszczeniu panował półmrok, a drobne, jasnoróżowe światełka oświetlały ścianę, którą poprzedniego dnia nie zdobiło nic. Louis był naprawdę dobrym obserwatorem.
Zamknął delikatnie 'magiczne wrota', jak zwykł mówić sobie w myślach, czym zgarnął uwagę siedzącego w fotelu Harry’ego. Chłopak nie odezwał się, nie mrugnął, po prostu siedział i obserwował, jak Louis chwyta małe białe krzesełko i zajmuje miejsce w bezpiecznej odległości od niego.
Louis czuł, że słowa są im niepotrzebne, nie potrafił tego wyjaśnić racjonalnie, ale gdy patrzył na twarz chłopaka, jego troski odchodziły, podczas gdy tak naprawdę powinno ich tylko przybywać. Wiedział to, ale ta świadomość leżała ukryta gdzieś w tyle, by pewnego dnia obudzić się i zabić całą nadzieję. - Nie żebym uważał, że cisza między nami jest męcząca, bo nie jest – zaczął delikatnie – ale jednak musimy trochę pomówić, Harry. – zakończył miękko, jakby z obawy, że zrani chłopaka swoim spostrzeżeniem.
Nie nastąpiło nic, czego Louis, by się nie spodziewał. Harry wciąż siedział w swoim wiklinowym siedzisku i bujał się od czasu do czasu, nie odrywając ani na chwilę wzroku z Louisa. Chłopak zaczynał się do tego przyzwyczajać, a przywołując komplement z sesji terapeutycznej, wiedział, że Harry darzył go sympatią.
- To naprawdę nie jest trudne, wiesz? – powiedział ciepło, łapiąc za notes i długopis, gdy kot zeskoczył z kolan Harry’ego i zbliżył się znacznie, by otrzeć się o jego nogę. – Cześć, Kochanie… - Louis położył dłoń na futerku i zatopił się w przyjemności. - Lubi Cię. – usłyszał głos Harry’ego i automatycznie podniósł wzrok tak, że ich źrenice spotkały się ze sobą. Spojrzenie było głębokie, lecz przepełnione obawą, jakby lokaty nastolatek pozwolił Louisowi wejść do jego duszy i odczytać całą prawdę, która go tu sprowadziła, a przede wszystkim prawdę, której się bał.
Louis podniósł zwierzątko i usadził je sobie na kolanach. – Tak myślisz? Ma imię? Jego futerko jest okropnie miłe. – wyznał, ponownie zatapiając w nim palce.
- To Ona. Dusty. Dostałem ją od mamy. – odparł nieśmiało, siląc się na szczere słowa. Louis naprawdę to doceniał.
- Jest piękna, ale dlaczego nie ma obroży? – troskliwy ton wydał mu się odpowiedni, nawet jeśli przekraczał granicę.
- Poprzednia się zniszczyła… - powiedział smutno Harry, a Louis skinął głową na znak, że rozumie. Tak naprawdę jego serce pękało na milion kawałeczków. Chciał podejść i go przytulić, chciał tego tak bardzo, mimo że wiedział, iż to totalnie absurdalne.
- Harry, czy jest coś, co mógłbym dla Ciebie zrobić? – spytał ostrożnie, odkładając niezapisany notes i długopis na stolik obok.
Chłopiec poruszył głową na boki, a jego pokręcone kosmyki przyciągnęły uwagę Louisa. Po chwili jednak się namyślił, a jego oczy zaszły niepewnością. – Czy mógłbyś przynieść mi herbatę? – spytał nieśmiało - zieloną z brązowym cukrem…
Louis uśmiechnął się czule i skinął głową, nie widząc w tym żadnego problemu. Kiedy wrócił z kubkiem gorącego naparu, podał Harry’emu ostrożnie naczynie, dorzucając jeszcze ciastko, jakie mama wrzuciła mu do torby w ramach ‘drugiego śniadania’. Przez moment ich dłonie zetknęły się ze sobą i obaj mogli poczuć to magnetyczne ciepło, jakiego nie dostarcza zwykły dotyk.
- Myślę, że powinienem się zbierać. Mam nadzieję, że kiedyś zdradzisz mi swój sekret… - powiedział bez namysłu, a w oczach Harry’ego pojawiło się przerażenie – wiesz, o tej herbacie z brązowym cukrem... – posłał mu oczko i chwytając swój notes, opuścił pomieszczenie, życząc lokatemu dobrej nocy. Gdy znalazł się na korytarzu oparł ciało o zimną ścianę i zjechał plecami w dół. Otworzył notes na drugiej stronie i natknął się na starannie wykaligrafowany napis. „Naprawdę lubię Twoje oczy.”
Prolog. - Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Od autorki: Zapraszam do czytania i z góry dziękuje!:)
Wszystkie rozdziały: [x]
Odrzucił grzywkę na bok i pozwolił, by chłodne powietrze z niedomkniętego okna po lewej stronie korytarza podrażniło jego rozgrzaną skórę. Był tu zaledwie kilka godzin, ale zdążył już zawiązać nowe znajomości i pozwolić na krytykę jednej dziewczynie w fioletowych włosach. Nie czuł potrzeby zatrzymywania jej przed tym. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że czasami każdy musi powiedzieć o kilka słów za dużo, by się zreflektować i zrozumieć swój błąd. Poznał też nastolatka, którego buzia nie zamykała się ani na minutę i Louis naprawdę zastanawiał się dlaczego radosny blondyn przebywa w takim miejscu. Ich czas jednak skończył się szybciej niż przewidywał, więc postanowił nie rozpoczynać tematu póki nie nadejdzie odpowiednia chwila i podarował mu skradzioną tego poranka z samochodu swojej mamy, słodką krówkę, jakby w podziękowaniu, Louis sam nie potrafił wyjaśnić sobie za co. Nie czuł, że słowa rodzicielki w jakikolwiek sposób się wypełniają. Wiedział, że początki bywają trudne, ale musiał być cholernym szczęściarzem, że dziś go to nie dotyczyło. A przynajmniej tak sądził.
Po chwili refleksji, podniósł się z miejsca i odszukał kolejne drzwi. Te były inne, mimo że Louis widział w swoim życiu masę drzwi. Te miały w sobie coś, czego nie potrafił zrozumieć. Nacisnął lekko klamkę i mimo że nie miał obowiązku pukania, czuł, że właśnie powinien to zrobić. Niestety było już za późno, więc wemknął do środka i delikatnie zamknął je za sobą.
Pomieszczenie było pomalowane na ciepłe kolory, zupełnie inaczej, niż pozostałe pokoje. Na północnej ścianie widniał ogromny kolaż ze zdjęć, a na szafce obok biurka stał flakon z kwiatami, szczotka do włosów i kilka nieznanych Louisowi przedmiotów. Zaintrygowany, zrobił krok na przód, by przyjrzeć się bliżej zdjęciom, gdy jego serce zatrzymało się z przerażenia.
Stojący w najdalszym kącie pokoju wiklinowy fotel zaskrzypiał i dopiero teraz Louis zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Kurczowo trzymał w dłoni pager, choć sam nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie mu potrzebny w celu wezwania pomocy. Przecież nie mogło się to zdarzyć już pierwszego dnia. Odwrócił się lekko i ujrzał ogromną burzę loków zwisających z nad oparcia bujanego siedziska i miał ochotę mentalnie skopać swój tyłek za to, że wcześniej nie zwrócił uwagi. Odchrząknął lekko, ale osoba wydawała się nie reagować. Przez głowę Louisa przebiegło milion myśli, od wycofania się do lekkiego szturchnięcia śpiącej postaci. Nie uczynił niczego z powyższych.
Gdyby ktoś na studiach powiedział Louisowi, że w przyszłości będzie stał w pomieszczeniu swojego pacjenta przez dziesięć minut i zastanawiał się, co tak naprawdę powinien zrobić, nie uwierzyłby, ale dziś było to rzeczywistością i poranne słowa jego matki uderzały w jego umysł z podwójną siłą.
Wwiercał właśnie swój wzrok w zaciśnięte na podparciu fotela pomalowane na różowy kolor paznokcie śpiącej osoby. Cóż, nie miał pewności, że śpi, ale jak na jego pierwszy dzień, liczył, że tak właśnie będzie. Usiadł więc po turecku na śliskiej podłodze, nasłuchując miarowego oddechu swej „ofiary”.
Pragnął opuścić to miejsce jak najszybciej, ale wiedział, że aby stąd wyjść musi użyć kodu dźwiękowego, co z pewnością przysporzyłoby mu jeszcze więcej niezręczności. Jaki więc był plan? Postanowił poczekać aż bohater jego dzisiejszej przygody da znak życia.
Ku jego radości nie trwało to długo. Kiedy znudzony oglądaniem zdjęć i całej, można powiedzieć prywatnej przestrzeni, jak podejrzewał śpiącej dziewczyny, jego oczy zwróciły się w stronę postaci, którą jeszcze niedawno podejrzewał o bycie niebezpieczną.
Jego serce zwolniło bieg, a może tak naprawdę przyspieszyło, Louis nie był kardiologiem do jasnej cholery, ale uczucie, które przebiegło przez jego ciało, gdy ujrzał wpatrujące się w niego boleśnie zielone tęczówki, z których smutek, ale i ciepło biły z takiej odległości, nie potrafił wykrzesać słowa. Wiedział, że powinien, ale nie potrafił.
Blada twarz chłopaka, długie ciemne rzęsy, burza loków, a przede wszystkim wspomniane wcześniej hipnotyzujące oczy, które świdrowały każdy zakamarek ciała młodego lekarza. Och, nie tego spodziewał się Louis. Zdecydowanie nie tego.
Gdy pierwsze uniesienie minęło, Tomlinson podniósł się z podłogi, przecierając twarz i zrobił krok w stronę nieznajomego. Fotel natychmiast zaskrzypiał i chłopak wiedział, że nie może zrobić już żadnego ruchu.
- Em, przepraszam. Spałeś… pomyślałem, że poczekam – zakłopotał się, co nie wróżyło nic dobrego. – Po prostu… chciałem się przedstawić, jestem tu nowy i… - urwał, mimo że siedzący niedaleko niego chłopak wykazywał zainteresowanie jego słowami. – Jestem Louis. Myślę, że od teraz będziemy widywać się częściej. – posłał mu uśmiech, ale jedyne, co otrzymał w odpowiedzi to ciche siorbanie herbaty. Nie był urażony.
Doskonale wiedział, że powinien się już pożegnać i wyjść, ale jakaś magiczna siła uwięziła jego nogi i po prostu nie mógł. Dostrzegł, że na kolanach chłopaka siedzi puchaty kotek. Jego sierść była koloru szarości, a jego oczy świeciły żółcią. Louis niespecjalnie znał się na tych zwierzakach, ale wiedział, że są wyjątkowe. Całkiem jak ich właściciele.
Z zamyślenia wyrwały go dopiero różowe paznokcie chłopca, zatapiające się w burej sierści czworonoga.
- Um, przepraszam. To mój pierwszy dzień, naprawdę to spieprzyłem….. – poskarżył się, zamykając na chwilę twarz w dłoniach - W dodatku nie wiem, jak masz na imię, bo zapomniałem swojej karty z recepcji. A tak swoją drogą – zlustrował całe pomieszczenie wzrokiem – masz całkiem przytulny pokój, inny niż reszta. – miał nadzieję, że jego komplement wywoła jakąś emocję na twarzy lokatego, jak przypuszczał nastolatka.
Panowała między nimi cisza, ale Louis nie określiłby jej jako niekomfortową, czy bolesną. Była po prostu ciszą, jakiej potrzebuje czasem każdy człowiek. Siedzieli tak przez kolejne piętnaście minut, wpatrując się, Louis w spadające płatki śniegu, chłopiec w wiklinowym fotelu w Louisa.
Gdy pager starszego, zadzwonił dwa razy, obaj wiedzieli, że to koniec spotkania. Tomlinson wstał i przełamując zasadę, którą nakreślił chwilę wcześniej jego nowy pacjent, ułożył rękę na ramieniu chłopaka, obiecując, że następnym razem to wszystko będzie lepsze.
Wyszedł, nie zdając sobie sprawy, że Harry odprowadził go wzrokiem do wyjścia, trzymając się ramienia w tym samym miejscu, w którym Louis przed sekundą umieścił swą dłoń i dziękując spadającej gwieździe, że po raz pierwszy jest to coś innego niż brązowy cukier i zielona herbata.
Green tea. - Larry Stylinson - opowiadanie.
Tytuł: Green tea, brown sugar.
Opis: Louis jest nowy, czasem marudzi, ale kocha to bezgranicznie. Harry ma różowe paznokcie, pije zieloną herbatę z brązowym cukrem, a jego obsesją są koty. Harry jest także trudną układanką, ale kto powiedział, że Louis nie lubi wyzwań?
Pairing: Larry.
Ostrzeżenie: Opowiadanie dotyczy miłości między dwojgiem mężczyzn, możliwe sceny erotyczne. (;
Od autorki: Opowiadanie publikuję od jakiegoś czasu na bloggerze, ale teraz mam fazę na bycie tutaj, więc...cześć again?
Dostępne również na blogspot: greenteabrownsugar.blogspot.com
Spis rozdziałów:
Prolog.
Rozdział I.
Rozdział II.
Rozdział III.
Rozdział IV.
Rozdział V. 20/02/15
well
Prolog. - Coś słodkiego. - Larry Stylinson - (Fanfiction)
CREDIT BANNER: Ogromne podziękowania dla Martiny (http://cheerfultown.tumblr.com) za wspaniałe wykonanie! X
Opis: Gdy Harry się uśmiecha, Louis jest szczęśliwy. Gdy Harry znika na cały tydzień, dzieją się rzeczy, które potrafią wstrzymać bicie niejednego serca. - Historia dwojga młodych ludzi, których połączył nie tylko strach przed działaniem, ale niesamowita przyjaźń i wiara w siebie nawzajem, która może upaść, ale zawsze się podnosi. Louis się uśmiecha, więc Harry jest znów szczęśliwy.
Albo Harry i Louis są studentami, ale żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, że jedno spotkanie, jeden głupi wisiorek może wywrócić ich życia do góry nogami, a w chwili, gdy robi się naprawdę czerwono, Harry czuje, że żył i przegrał życie, jednak „Styles” i „poddaje się” w jednym zdaniu to konflikt, bo ten chłopak nigdy, przenigdy tego nie robi. I Louis z pewnością to doceni. Oczywiście wtedy, gdy już będzie mógł.
Od autorki: Postanowiłam z nim ruszyć! Jeśli dacie mi siłę, będę tu często! Rozdziały będą krótsze niż w poprzednim ff, bo chcę dodawać częściej.
Ostrzeżenia: Miłość męsko-męska, 1D nie istnieje.
Masterpost: klik
~*~
Zobaczył go pewnej gwieździstej nocy na jednym z mostów. Stąpał po cienkiej, oblodzonej poręczy, a jego dłonie drżały z każdym pokonanym centymetrem. Miał kasztanowe włosy i błękitne, wręcz hipnotyzujące oczy, które niemo prosiły o ratunek. Chciał podbiec i złapać go, chciał dotknąć różowych liców i zapewnić, że jest tu dla niego, ale nie mógł. Chłopak zniknął tak szybko jak się pojawił, a do jego głowy napłynęła jedna prosta myśl - zabiłem go.