Nie było mnie tutaj dosyć długo ostatnimi czasy, ponieważ wiele się wydarzyło. Niekoniecznie dobrego. I postanowiłam się podzielić moimi przemyśleniami tu. Po prostu.
Zawsze zastanawiałam się jak to jest, kiedy odchodzi ktoś taki jak rodzic. Niestety ostatnio się o tym przekonałam. Zawsze się zastanawiałam, jak to będzie; jak zareaguję; co się będzie działo; jak przeżyję dni od odejścia do pogrzebu... W tym przypadku było to aż sześć dni. Cóż, i szczerze powiedziawszy pierwsze dwa dni były chyba najgorsze. Od momentu, gdy zadzwonił wieczorem w niedzielę do mnie telefon i myślałam, że dzwoni TATA- ale to ktoś jego bliski z informacją- aż do wtorku, gdy powoli ten efekt uderzenia zaczął ustępować powoli stanowi smutku i nostalgii. Gdy powoli zaczęło ci brakować łez na samą myśl o tym co się nagle stało. Gdy w pewien sposób zakończyło się powiadamianie ludzi dookoła. Gdy zaczął następować wewnętrzny bunt i setki tysięcy pytań typu PO CO? NA CO? i DLA CZEGO? Czemu tak wcześnie? Najbardziej bałam się dwóch ostatnich dni-bałam się samej siebie; swojej reakcji. Reakcji na pożegnanie z nim w dwóch miejscach, w tym to jedno, o którym pisać nie chcę. Ale kiedy to nastąpiło, poczułam jakiś taki dziwny.....SPOKÓJ..... A po jakimś czasie - wiem, że to może zabrzmieć okropnie- ale poczułam to, że nie muszę się martwić już o ten moment. Że mam już to za sobą. Odejście jednego z rodziców...Ale mimo wszystko jest to okropne, kiedy łapiesz się na tym, że choć prawie całe swoje życie mieszkaliśmy osobno, to jednak chcesz spotkać się; napisać wiadomość; podzielić zdjęciem; porozmawiać- nawet pokłócić, ale przede wszystkim porozmawiać i śmiać się razem. I pomimo, że różnie się między nami układało- to tak, chcę tego bardzo. Ale nie mogę. Ale mam nadzieję i wiarę, że choć Go nie widzę, to będzie gdzieś koło mnie- choć trochę- jak Anioł Stróż. I choć na prawdę bywało ciężko, to jednak życzę Mu Tam dobra, o które się modlę.
I nie ważne jak blisko jesteś z tym rodzicem, mimo wszystko poczujesz jakąś pustkę. Choć wiem, że między ludźmi się różnie układa. Jedni po rozwodzie rodziców są w dobrych stosunkach inni kopią drugą stronę w przysłowiowy tyłek.
Musiałam się podzielić tą refleksją, by wyrzucić z siebie to co mieści się we mnie. Bo chociaż przez pierwszy tydzień od pożegnania wydawało mi się, że powoli się uczę i przyzwyczajam, to jednak pierwsza wizyta u Niego rozwaliła mnie totalnie i uświadomiła mi, że to nie będzie takie łatwe jak się wydaje. Nie wiem czy to jest miejsce na takie rzeczy, ale musiałam.
I choć zazwyczaj uważałam, że słowa księdza Twardowskiego "ŚPIESZMY SIĘ KOCHAĆ LUDZI. TAK SZYBKO ODCHODZĄ" to jakiś frazes, przyszedł czas, by naprawdę potwierdzić, że jest to życiowa mądrość, o której nie wolno nam zapominać...
I have not been here long enough recently because a lot has happened. Not necessarily good. And I decided to share my thoughts here. It's just that.
I've always wondered what it's like when someone like a parent passes away. Sadly, I've recently found that out. I always wondered what it would be like; how I would react; what would happen; how I would survive the days between the passing and the funeral.... In this case, it was six days. Well, and to be honest the first two days were probably the worst. From the moment the phone rang on the evening of Sunday and I thought it was Dad calling-but it was someone close to him with the news-until Tuesday, when slowly that impact slowly began to subside into a state of sadness and nostalgia. When you slowly began to run out of tears at the mere thought of what had suddenly happened. When you somehow ended up telling the people around you. When the inner rebellion and hundreds of thousands of questions like WHY? FOR WHAT? and WHY? Why so early? What I was most afraid of the last two days was myself; my reaction. My reaction to saying goodbye to him in two places, including this one, which I do not want to write about. But when it happened, I felt a strange..... peace..... And after a while - I know this may sound awful - but I felt that I didn't have to worry about that moment anymore. That I had put it behind me. The departure of one of my parents...But still, it's awful when you catch yourself that even though we've lived apart almost all our lives, you still want to meet; write a message; share a photo; talk-even argue, but most of all talk and laugh together. And even though things have been different between us- yes, I want that very much. But I can't. But I have hope and faith that even though I can't see him, he will be somewhere near me - at least a little bit - like a Guardian Angel. And even though it has been really hard, I wish Him There the good that I pray for.
And no matter how close you are to that parent, you will feel some emptiness. Although I know that things work out differently between people. Some people are on good terms after their parents divorce others kick the other party in the proverbial butt.
I had to share this reflection to get rid of what is inside me. Because although for the first week after saying goodbye I thought I was slowly learning and getting used to it, my first visit with him blew me away completely and made me realise that it's not going to be as easy as it seems. I don't know if this is the place for such things, but I had to.
And even though I usually thought that Father Twardowski's words "WE SHOULD LOVE PEOPLE. THEY GO AHEAD SO FAST" is just a cliché, but the time has come to really confirm that it is a life wisdom that we must not forget...