Jewgienij&Vakel - Pub Zgniłe Jabłko
Spotkanie: Pierwsze, część II
Vakel
Wbrew wszystkiemu droga nie mijała braciom w niezręcznej ciszy - pewnym krokom śmierciożerców towarzyszyła kontynuacja rozmowy rozpoczętej jeszcze pod księgarnią. Wszystko dobre, co się dobre kończy, a więc i ona wreszcie zboczyła na inny tor, a konkretnie temat. Zaczęli po prostu obgadywać Mikaela. Nie to, żeby Vakel żywił do brata jakieś szczególnie negatywne emocje, bo przez kilka lat życia w tym samym mieście zdążyli się nieco ugadać i wylizać stare rany, ale wciąż niesamowicie bawiła go jego sytuacja rodzinna.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby Heidi postanowiła pewnego dnia otruć go arszenikiem. - przyznał, rzucając papierosa na ziemię i dogaszając go butem.
Relację Miki i jego wspaniałej żony Vakel poznał dość dogłębnie - nie liczącbardzo sporadycznych odwiedzin widywał się z bratową w ministerstwie, gdzie pracowali wspólnie przez ładnych parę lat. W tym momencie był zupełnie nieświadomy faktu, iż Giena również o posadę w owym budyneczku się postarał i teraz to on przejmie pałeczkę spoglądania na panią B. zza biurka, chociaż wątpił, aby miał cierpliwość do upewniania się, że kobieta nie planuje przerażającego morderstwa na członku jego rodziny.
W pewnym stopniu ją rozumiał - w sercu ich braciszka było dość sporo miejsca na karierę i mordowanie niewinnych ludzi, ale odczuć się mogło zdecydowane braki w miłości dla żony. Z drugiej strony gdyby próbowała wykręcić jakiś numer, to Vakel bez wahania wykręciłby jej kark.
- Ale niekoniecznie o Mice chciałem dzisiaj rozmawiać. - powiedział wreszcie, jeszcze zanim przekroczyli próg Zgniłego Jabłka. Ktokolwiek nazwał tak swoją spelunę powinien znaleźć pierwszy lepszy słownik i sprawdzić pojęciemarketing. - Po co cię tu przysłał?
Na takie pytania pora była zawsze, a jednocześnie nie było jej nigdy.
Jewgienij sam przyjechać z pewnością nie zechciał, bo ruszanie tyłka za granicę zdawało się przerastać rozpuszczonego dziedzica, ale...
Stał tutaj przecież. Z krwi i kości. Nawet nie chciał wyobrażać sobie powodu dla którego tatuś posłał swoje oczko w głowie tak daleko. Może wreszcie zechciał, aby Gienusza zmężniał? W końcu w Rosji tak pięknie świeciło słońce, a w Londynie...
W Londynie jaskółki latały nisko, wiatr się zrywał, a burza była blisko.
Śmierć wisiała w powietrzu.
Jewgienij
Minęło dużo czasu od ich ostatniego spotkania i choć bywało niezręcznie, mieli sobie sporo do powiedzenia. Nie były to może sprawy poważne, ani takie, o których kiedyś naprawdę powinni porozmawiać. Zwykłe plotkowanie, podtrzymywanie rozmowy na poziomie odrobinę wyższym niż dyskusja na temat pogody, ot zwykła pogawędka pomiędzy członkami rodziny. Mogłoby się to wydawać dosyć niemożliwe, że akurat ci dwaj będą w stanie porozumieć się w całkiem spokojny i nie wywołujący zbędnego napięcia sposób, mimo to - tak właśnie było. Przynajmniej w tej jednej, konkretnej chwili.
Giena idąc ramię w ramię z Vakelem przyglądał mu się ukradkiem. Ręce trzymał w kieszeniach marynarki, cały czas trzymając się sztywno. Był taki od zawsze, już nawet jako mały chłopiec nie umiał przyjmować rozluźnionej pozy, niezależnie od okoliczności. Szli szarą ulicą i plotkowali, aż wreszcie temat zszedł na jednego z ich wielu braci. Jewgienij prychnął tylko, z lekkim rozbawieniem i pokręcił głową. Mikael od jakiegoś czasu nie mieszkał już w Rosji, miał żonę i swoją pracę tutaj. Z tego też powodu to Vakel mógł mieć z nim lepszy kontakt, co Gienie absolutnie nie przeszkadzało. Prawdę mówiąc - mało obchodzili go jego bracia, liczył się w końcu tylko on. Dziedzic, przyszła nadzieja rodziny... Na samą myśl Jewgienij jedynie westchnął.
- Kto na jej miejscu by tego nie chciał? - Zadał tak oczywiste pytanie, a jednak pozbawione jakichkolwiek emocji. Jedno, do czego musiał się Giena przyznać sam przed sobą to to, iż ciekaw był prawdziwego charakteru Heidi. Tego, jaka była na co dzień, poza tymi wszystkimi zjazdami rodzinnymi, na których Mikael pokazywał ją swoim braciom jak kukiełkę, laleczkę, trofeum. Jaka była naprawdę ta jego żoneczka i jak wytrzymywała z jednym z Bułhakowów? Nie oszukujmy się - nie bez powodu Vakel i Jewgienij byli sami. Ich brat nie mógł być dużo lepszy od nich.
- Oficjalnie, żeby sprawdzić jak sobie radzisz. Podobno mam cię trochę przypilnować, cokolwiek to znaczy. Dowiedzieć się, jak sam to określił więcej. - Zatrzymał się tuż przed wejściem i przez chwilę wpatrywał w młodszego brata w milczeniu. Wyciągnął jedną dłoń z kieszeni i podrapał się po nosie, westchnął cicho i dopiero wtedy był gotów do dalszej rozmowy.
- A nieoficjalnie... Myślę, że coś kombinuje. - Kolejna cisza przecinająca powietrze. Tym razem przerwał ją głośnym klaśnięciem w dłonie i otworzył drzwi wpuszczając go do środka.
- No ale, ta część już raczej ciebie nie dotyczy, więc nie masz się czym przejmować. - Mówiąc to położył rękę na jego ramieniu i nie przez przypadek zacisnął ją lekko, dużo lżej niż kiedyś, a jednak przypominając lata młodości, gdy w ten sposób zaczynał go zaczepiać.
Myślą o nadchodzących kilku godzinach picia Giena próbował odegnać niepokój, jaki zakradł się do jego serca w momencie, w którym usłyszał, że ma przyjechać do Anglii. Wiedział, że ojciec miał plany dla każdego z nich i czuł, że te dotyczące jego samego mu się bardzo nie spodobają.
Vakel
Pierwszy raz od dzisiejszego dnia dało się ujrzeć na twarzy Vakela delikatny, lekko drwiący uśmiech. Faktycznie ciężko było mu znaleźć we wspomnieniach kobietę zdolną do wytrzymania z braciszkiem dwa w jednym domu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że Heidi Mikaela naprawdę kochała i nie miała zamiaru się męża w najbliższym czasie pozbywać - w jego oczach wciąż pozostawała potencjalnym trucicielem, nawet pomimo wspólnej pracy w ministerstwie, podczas której udało im się do siebie minimalnie zbliżyć. Życie trochę go pokarało i do małżeństw podchodził z pewną dozą niepewności... i zapasowym dystansem.
Wykręcanie się od konkretnej odpowiedzi dało Vakelowi wyjątkowo klarowny obraz sytuacji. Albo Jewgienij nie miał zielonego pojęcia cóż takiego ojciec dla niego uszykował, albo nie mógł i/lub nie chciał o tym kogokolwiek informować. Jeżeli prawdą było to pierwsze - na próżno ciągnął go do pubu, a jeżeli to drugie... Miał nadzieję, że Giena od dzieciństwa za wiele się nie zmienił. Wiele stało teraz dla Vakela pod znakiem zapytania, za wiele. A on wyjątkowo nie lubił niepotrzebnego ryzyka, czego o bracie powiedzieć nie mógł.
Nie masz się czym przejmować. To brzmiało w jego ustach tak komicznie, że niemożliwym było powstrzymanie kolejnego uniesienia kącików ust, chociaż tym razem twarz młodego Bułhakowa nabrała raczej charakterystycznej bezradności, a nie tak długo wyczekiwanego rozbawienia.
Zniknęła ona dokładnie w momencie, w którym Jewgienij położył swoją rękę na jego ramieniu.
Coś w nim jakby zadrżało, pękło, a jednak nie pozwoliło sobie rozpaść się na kawałki. Posłał mu spojrzenie pozornie obojętne, w rzeczywistości zwiastujące nadejście czegoś niebezpiecznego. Czegoś, co najwyraźniej zbierało się w małym gnębionym chłopcu od czasów dzieciństwa, ale co to mogło być - to już wiedział tylko Vakel.
A może on sam nie był w stanie tego określić?
- W liście pisałeś o nowej posadzie. Rozumiem, że zostajesz na... dłużej. - stwierdził, a może zapytał? Kazał mu się na to spotkanie przygotować. Od rana próbował uzbroić się w cierpliwość i spokojnie wyczekać momentu, w którym wreszcie powie o co mu chodzi. Miał jakieś polecenia, czy po prostu chciał go nastraszyć? Czy on przypadkiem nie popadał w paranoję?
Uspokój się, Vakelu. Oddychaj, słuchaj.
Wkroczył do środka i skinął barmanowi na powitanie. Nie był tutaj częstym gościem, ale nie mógł zaprzeczyć temu, że nie była to jego pierwsza wizyta w tych stronach.
Jewgienij
Delikatny uśmiech Vakela nie uszedł jego uwadze, co skwitował tylko cichym, prawie nie dosłyszalnym parsknięciem. Co by nie mówić o nich obu i ich relacji, w tym jednym zgadzali się całkowicie. Żaden z nich nie był w stanie wyobrazić sobie, że Heidi mogła kochać ich brata. Obaj widzieli w niej kobietę ukrywającą się za maską, która w każdej chwili mogła zagrozić Mikaelowi. I choć wydawało się, że Giena nie miałby z tym żadnego problemu, w rzeczywistości było inaczej. Był Bułhakowem, a co za tym szło, został wychowany tak samo jak jego wszyscy bracia, no może trochę bardziej go rozpieszczano. Nie mrugnąłby okiem, gdyby musiał skręcić kark swojej ślicznej bratowej w odwecie za krzywdę wyrządzoną jednemu z nich. Choć tak naprawdę, w tej jednej chwili, chciał po prostu znać ją lepiej - wiedzieć, czego się boi, co tak naprawdę siedzi w jej głowie. Ale to zostawi sobie na później, teraz miał przy sobie dużo lepszą rozrywkę.
Rozrywkę, która właśnie patrzyła na niego bezradnym spojrzeniem, na które tylko czekał. Wewnątrz czuł już tą narastającą satysfakcję, to całe podniecenie zwiastujące same złe i nieprzyjemne, przynajmniej dla Vakela, rzeczy. Giena uważał, że jego brat był na swój sposób uroczy, cały czas starał się zachować twarz, obojętność. Mimo to, on wiedział, co siedziało w jego głowie. Dlatego niczego nie robił nieświadomie, położenie dłoni na ramieniu brata było bezczelnie zaplanowane. Żeby tylko zobaczyć ten wyraz twarzy jeszcze raz.
W tym momencie jednak nie potrafił skupiać się jedynie na tej jego małejzabawie. O ile Vakel popadał w paranoję z przyczyn praktycznie oczywistych, Giena miał po prostu przeczucie. Przeczucie, że ich kochany ojczulek zaplanował kolejną rzecz w jego życiu i niebawem przyjdzie mu się o niej dowiedzieć. Że życie tutaj w Anglii nie skończy się na obserwowaniu ruchów młodszego brata i piciu z nim w pubach. Że nie skończy się na mijaniu bratowej w tej samej pracy czy spotkaniach z Mikaelem. Przerażające było to, jak bardzo ci dwaj, jakby nie było bezwzględni na wiele sposobów dorośli mężczyźni, drżeli tylko na myśl o ich ojcu. Jakim potworem był stary Bułhakow?
- Na to wygląda. Prawdę mówiąc, wolałabym załatwić swoje sprawy jak najszybciej i wrócić. Ale jak widać, on ma inne plany. - Mówiąc to wszedł do środka za Vakelem i od razu wybrał miejsce. Stolik znajdujący się w najmniej widocznym i zwracającym na siebie koncie. Usiadł przy nim, praktycznie się rozsiadł i poczekał na to, aż brat zrobi to samo. Wtedy nachylił się z tym swoim szerokim, acz perfidnym uśmiechem.
- Będziesz skazany na moje towarzystwo w najbliższym czasie. Wiem, że tęskniłeś. - Zaśmiał się po czym odsunął twarz do tyłu i powrócił do swojej poprzedniej pozy. Cały czas jednak patrzył na brata, jakby przeszywając go wzrokiem i czekając na jego reakcję.
- Dostałem posadę w Biurze Bezpieczeństwa. Nie wiem, czy to przypadek, czy nie. - Dodał po chwili całkowicie spokojnym głosem. - To co polecasz do picia?
Vakel
Skinięcie, stolik, kroki. Siedział, z pewnością siedział. Ale czy wciąż był głową tutaj, czy jednak zostawił ją na dworze, gdzie ręka Jewgienija tak beztrosko wylądowała na jego ramieniu? Nie czuł się już nawet spięty. To było inne, jakby opuścił ciało, a ono samo prezentowało teraz Jewgienijowi pustą, stabilną skorupę, bez cienia strachu wpatrującą się w przeszywające na wylot oczy.
Kiedy płynął statkiem do Ameryki wydawało mu się, że jest już całkowicie bezpieczny. Wolny od tego przeklętego widma ojca i braci, unoszącego się nad jego głową przez całe życie. Kiedy zmierzał znów ku Anglii, czuł, że wraca do czegoś, co zostawił, chociaż nie mógł od tego uciec i w głębi duszy tak właśnie chciał zrobić, ale teraz... Teraz chyba ponownie zatracał się w swoim szaleństwie. Szaleństwie, przez które znów poczuł się jak ten młody, bezwartościowy chłopiec.
Młody Bułhakow włożył w swoje osiągnięcia wiele pracy. Prawdą było stwierdzenie, że był pasjonatem. Kochał to co robił, co odkrywał. Dzięki temu wciąż czuł potrzebę podniesienia się z wymiętego łóżka i ruszenia w stronę przeznaczenia bez cienia zmęczenia, chociaż niejednokrotnie znajdował się już na skraju wycieńczenia przez brak sensownego odpoczynku. Oczywiście mógłby spać. Mógłby dać powiekom przymknąć się na moment, zmarnować te kilka niby tak cennych, a przecież tak ulotnych chwil. Zrobiłby to, gdyby nie czekała go tam zguba.
Szare oczy badały teraz twarz Jewgienija. Postarzał się i to wyjątkowo zauważalnie. Dziewięć lat. Różnił się od swojej młodszej, nawiedzającej Vakela w snach, upiornej wersji, ale to nie miało żadnego znaczenia. Tam w środku siedział wciąż ten sam cholerny psychopata, którego tak usilnie próbował się pozbyć, a mimo tego nie potrafił bez niego poprawnie funkcjonować.
- Kto na moim miejscu by za tobą nie tęsknił? - zapytał, jakby wymagał odpowiedzi, chociaż była ona tak samo oczywista jak przy wcześniejszym pytaniu dotyczącym pani bratowej.
Kto na moim miejscu by za tobą tęsknił, ty cholerny...
- Skoro już przyjechałeś do United Kingdom, to uczcij to sobie szklaneczką whiskey.
Jewgienij
Dziewięć lat. Jewgienijowi wydawało się, jakby nie widział Vakela dużo dłużej, choć tak naprawdę wciąż przed oczami miał tego chłopca ze swojego dzieciństwa. Chłopca, któremu zatruł życie i nawet nie mrugnął przy tym okiem. Do tej pory mało obchodziło go to, jak bardzo złamał swojego młodszego brata wiele lat temu. Teraz jedynie spoglądał na niego z boku i próbował w rysach dorosłego już mężczyzny odnaleźć twarz dziecka, którego niszczenie było główną rozrywką małego Gieny.
- Obydwoje wiemy, że nie potrafisz od tego uciec. - Rozsiadł się wygodniej i patrząc na niego tym swoim całkowicie przenikającym wzrokiem nie przestawał się uśmiechać. Choć zdecydowanie nie wygrałby nagrody za najpiękniejszy uśmiech. Co miał dokładnie na myśli? Ach, Vakel dobrze wiedział. Jewgienij zdawał sobie sprawę z tego, jak głęboko to wszystko siedziało w jego bracie i czerpał z tego przyjemność. Cóż, był cholernym psychopatą i nawet nie próbował tego ukrywać.
- Tylko pod warunkiem, że uczcisz to razem ze mną. - Powiedział i nie czekając na reakcję zamówił dwie szklaneczki whiskey. Oparł dłonie o stół i milczał przez chwilę wpatrując się w swoje dłonie, by zdjąć jednym ruchem okulary z nosa i ponownie spojrzeć na niego.
- Jak praca? - Zadał to pytanie chcąc mieć je z głowy jak najszybciej. Poza tym, ciekaw był, co takiego odkrył Vakel - o ile w ogóle coś odkrył.
Vakel
Nawet pomimo upływu tych wszystkich lat wspomnienia Bułhakowa były wciąż wyraźne i nasycone, chociaż wszystkie znaki wskazywały na to, że powinny już dawno przygasnąć. Zmarnieć, odejść w niepamięć. Ale jak miały to zrobić przy człowieku tak zawzięcie próbującemu udowodnić samemu sobie, że jest choćby minimalnie lepszy od otaczającej go, szarej masy? Że te wszystkie rzeczy, przez które musiał przechodzić w tej serii niefortunnych zdarzeń dotknęły go, chociaż zasługiwał na coś lepszego? Gloryfikował swoje cierpienie samemu nie zdając sobie z tego sprawy. Hipokryzja była zauważalna u każdej żyjącej istoty ludzkiej, ale wyjątkowo przykrym zjawiskiem była świadomość tego, że wszystkie teorie dotyczące funkcjonowania świata oparł na beznadziejnym okłamywaniu samego siebie. Być może dlatego właśnie wyparł ją już niemal całkowicie.
Chciał być ponad to wszystko, pokazać, że jest kimś, chociaż nie musiał - przecież miał za sobą sukcesy, o których nie tylko Jewgienij, ale i reszta braci mogli tylko śnić.
Wtedy też się bronił. Przed ciosami, przez wyzwiskami. Przed wycelowanymi zaklęciami. W domu i w szkole, w dzień i w nocy. Cały czas walczył, bo w poddaniu się widział porażkę gorszą niż tak częsty brak sił i możliwości, żeby choćby podnieść się z podłogi.
Na tym statku od Ameryki myślał o nim. Pamięć przywiała obraz jego roześmianej twarzy, kiedy tak bestialsko wpatrywał się w bezwładne ciało brata. I pomyślał wtedy - już nigdy nie będę tym, który leży na dole i nienawidzi.
Ale nie potrafił.
Giena mógł być egoistycznym, zadufanym w sobie potworem. Mógł nie zasługiwać na nic, co ofiarował mu los, ale Vakel nie mógł zaprzeczyć jednej rzeczy - ta cholera znowu miała rację.
Nie potrafił. Nie potrafił się im postawić. Siedział teraz jakby niewzruszony, ale oboje wiedzieli, jak kolejna ściana w nim pęka. Dorosły mężczyzna bojący się własnej przeszłości. Najstarszy pięciolatek w historii świata.
- Jeżeli odmówię, to weźmiesz sobie soczek? - zaśmiał się dość okrutnie, bo marskość wątroby zbliżała się do Gieny wielkimi krokami. - Nie mam pojęcia jak ta szkoła w ogóle funkcjonuje.
Jewgienij
Uwielbiał mieć rację. Jeszcze bardziej kochał wszystkim wokół ją udowadniać i pławić się w tym całym uczuciu zajebistości, które się w takich sytuacjach rodziło. Tak też było i teraz, kiedy patrzył na swojego młodszego pół-krwi brata i mógł z satysfakcją śmiać mu się w twarz. Nie zrobił tego jednak, przynajmniej nie tak głośno i otwarcie jak kiedyś. Mimo całego swojego potwornego charakteru i praktycznie żadnej w nim zmiany przez lata, coś tam wewnątrz niego pękło, choć sam nie wiedział dokładnie kiedy i dlaczego. A już tym bardziej nie wiedział co, nadal błogo nieświadomy i pewny siebie. Nadal pełen pogardy i przeświadczenia o swojej wyższości nad innymi, co jakiś czas widział rysę, skazę na swojej perfekcyjnie zdobionej masce i dopiero wtedy zastanawiał się, co było z nim tak naprawdę nie tak.
Niezależnie jednak od tych wad, które były mu ziarnem w oku, nie dawał po sobie nic poznać. Nawet przez chwilę nie ujawniał słabości, jakie kryły się za powłoką popieprzonego dziedzica i nie miał zamiaru pokazać tego nikomu.
- Mnie się nigdy nie odmawia. Powinieneś to wiedzieć najlepiej. - Mówił spokojnym, prawie wyplutym z emocji głosem. A mimo to, błysk w oku - ten niebezpieczny, dobrze znany Vakelowi znowu się pojawił i nie zwiastował niczego dobrego. Gdyby jednak młody próbował odmówić - zapewne wlałby w niego alkohol siłą, zaciągnął w ustronne miejsce i pokazał dosadnie, kto z nich dwóch rządził i miał władzę nad drugim. Nie spodziewał się jednak tak buntowniczego zachowania, choć przecież lata minęły od ich ostatniego spotkania i każde z nich mogło się zmienić.
Nie zmienili się jednak, a widząc te same oczy Vakela był pewien, że i on - choć zapewne starał się i chciał oderwać od swojej przeszłości, o wszystkim dobrze pamiętał i nie potrafił się uwolnić. A Gienie na samą myśl chciało się śmiać.
- Może coś więcej? Niewiele mi to mówi. - Zaczął, a w tym momencie doszły ich szklanki z trunkiem i nie czekając na reakcję brata uniósł swoją w geście toastu.
- Za spotkanie po latach. - Mruknął i zamoczył usta w whiskey krzywiąc się lekko. Ach, tyle godzin bez alkoholu zdawało się go wymęczać od środka, teraz zaznał prawdziwego spełnienia.
Vakel
Jewgienij mógł mówić co zechciał. Bawić się słowami, pławić w jego reakcjach, uśmiechać szyderczo. Mógł, bo przy siedzącym naprzeciw niego młodziaku miał gwarancję bezwarunkowego posłuszeństwa. To było wręcz niedorzeczne. Całe to oddanie, przymilne skinienia głową, kiedy każdy normalny człowiek na jego miejscu już dawno skrobałby pazurami w ściany psychiatryka.
On zaś tu był. Siedział, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło i chociaż miał mętlik w głowie - nie dawał wypełznąć tej maszkarze na zewnątrz. Już się nie podda, nie zachwieje. Nie przy nim, nie przy tej kurwie. Nie przy tym pierdolonym sadyście.
Dłoń Bułhakowa zacisnęła się na szklance, a oczy wciąż na ten swój przerażający, pusty sposób obserwowały twarz najstarszego brata. Nic już nie było takie jak dawniej, chociaż nic pozornie nie ruszyło się z miejsca. Tacy sami, chociaż tak wiele się zmieniło. Zabawny był ten czas. Trochę go nawet ciekawiło, czy gdyby wrócił teraz do domu, to by go poznali. Czy stojące przy wejściu posągi odwróciłyby się w jego stronę, czy trwały w bezruchu. Jak zareagowałby o n i jak Vakel zareagowałby na n i e g o. Być może będzie miał jeszcze tą niesamowitą przyjemność, aby się o tym przekonać? Może siedzący naprzeciw niego śmierciożerca nie przybył tutaj w ramach bezdusznej egzekucji, tylko sam błąkał się teraz, nie do końca wiedząc czyje rozkazy powinien objąć teraz na swój priorytet.
Lord Voldemort. To imię miało wzbudzać strach, a jednak Bułhakow nie drżał w środku, kiedy je słyszał. O wiele bardziej przerażało go Vladimir Bułhakow.
- Za tatusia. - czyżby chciał mu dopiec?
Napił się ze szklanki, jakby chciał uniknąć spoglądania na jego reakcję i dopiero kiedy znów znalazła się na stole zaczął streszczać co właściwie działo się w tym... Hogwarcie.
- Na błoniach stoi wielki pomnik poświęcony pamięci jakiś 10 uczniów, którzy zginęli w walce na czarnomagiczne zaklęcia. Rodzice nie wyrazili sprzeciwu. Najwyraźniej nie mieli potrzeby chowania ich ciał gdzieś w rodzinnych grobowcach, a przynajmniej blisko domu. - wymienił pierwszy absurd, który rzucił mu się w oczy pierwszego dnia po objęciu nowego stanowiska. - I oni wszyscy jakby nic. Grają sobie na miotłach, malują obrazki, bawią się w berka, plotkują na lekcjach. To j a miałem być w tym towarzystwie popierdolony.
Jewgienij
Nie lubił, gdy mu się opierali. Gdy stawiali się i próbowali wywalczyć swoje, choć i tak wiedział, że na koniec będą potulnie błagać o litość. Vakel był inny - posłuszny, nigdy mu się nie przeciwstawił. Giena zdecydowanie to lubił w nim najbardziej, choć oczywiście ani trochę by się nie przyznał do choćby odrobiny sympatii, którą miałby darzyć swojego brata. Z resztą, był to zdecydowanie inny rodzaj "lubienia" niż mogłoby się wydawać. Bezgraniczne posłuszeństwo było tym, czego pragnął, czego oczekiwał. Chciał, by ludzie słaniali się przed nim na kolanach, a przy nim nawet nie musiał się starać.
Przekonał się już dawno, jak wielkim masochistą był Vakel. Już wtedy, gdy byli jeszcze dziećmi i nie sądził, by to się zmieniło. Z takich rzeczy się nie wyrasta, nie zmienia się tego od tak. On był typem sadysty bez dwóch zdań, cała rodzina o tym wiedziała i właśnie dlatego tak dobrze bawił się przy Vakelu. Mógł z nim robić co chciał, a ten nawet nie odszczeknął. Nie potrafił jednak określić, czy mu się to podobało, czy po prostu się go bał. Prawdę mówiąc, mało go to obchodziło - dopóki miał rozrywkę brał wszystko, co tylko Vakel mógł mu dać. Niezależnie od tego, czy chciał czy nie. Gienie bowiem nikt nie odmawiał.
Czasem brakowało mu kogoś takiego jak Vakel w posiadłości. Spędzał czas robiąc wszystko to, czego oczekiwał od niego ojciec. Nie nudził się prawie w ogóle i od czasu do czasu zdarzało mu się zabawić w ten swój charakterystyczny sposób. A mimo to, nie miał już kogoś, kogo mógłby poniżać bez konieczności wychodzenia z domu. Wszystko jednak toczyło się dobrze, dopóki ojciec nie zaczął za bardzo węszyć, ingerować w jego własne sprawy i w końcu wysyłając go tutaj. Giena nie przyznałby się do tego nigdy, ale powoli zaczynał się bać. Tego, co wymyśli Vladimir Bułhakow, najgorszy z nich wszystkich. Ten, który przekazał im najbardziej spierdolone geny na świecie.
Na toast Vakela nie odpowiedział absolutnie nic. Spiął się jednak nieznacznie, a uśmiech powoli zaczął schodzić z twarzy. Chrząknął tylko i wlał w siebie większą część trunku, by zająć myśli czymś innym. Imię Lorda Voldemorta nie przerażało praktycznie żadnego z nich. Byli tacy, którzy jak Mikael ślinili się do Czarnego Pana łaknąc jego uwagi. Byli też tacy, którzy nie mieli zamiaru wdawać się z nim w relacje. Wszyscy jednak chcieli od niego czegoś konkretnego. Czegoś, czego nie umieliby osiągnąć sami. Giena wiedział, czego chce. Ale czego pragnął Vakel? To była dla niego prawdziwa zagadka, choć przecież znał brata na wylot.
- Chyba się przesłyszałem. - Zaczął wpatrując się w twarz Vakela całkowicie zdziwiony, nawet nie próbował tego ukryć. - Ten ich dyrektor musi być spierdolony bardziej od nas wszystkich razem wziętych. W sumie, dzieciaki też mają pewnie ostro nasrane w głowach, jeżeli nauczyciele są tacy. - Zaczął bawić się szklanką, w której resztka płynu wirowała raz w lewą, raz w prawą stronę.
- Musi ci się tam nudzić. Po tych wszystkich podróżach ugrzęzłeś w jednym, tak żałosnym miejscu. - Dodał na końcu i wlał w siebie napój. Jednym ruchem ręki dając barmanowi znać, że chce więcej.
Vakel
Głównym problemem Vakela było to, że on już nie potrafił czerpać przyjemności z innej rzeczywistości. Masochista? Być może. Sami go takim stworzyli. Był efektem zgubnej działalności całej jego przeklętej rodziny, która zrobiła wszystko, żeby tylko przekreślić go na stałe. Po co w ogóle utrzymywali go przy życiu? Czy gdyby urodził się chrałakiem to dalej cieszyłby się takimi przywilejami, czy jednak gryzł piach pochowany gdzieś pod murem niczym pospolity samobójca?
- Ten dyrektor pozostaje niewidoczny. - powiedział spokojnie. - Nie wiem co robi w tym swoim cholernym gabinecie. Stołek dostałem po kolesiu, który zamienił się w kupę pyłu, uczniowie im umierają. Gdyby ktoś zapytał mnie dlaczego szkoła jeszcze stoi, to jestem zmuszony powiedzieć, że, kurwa, nie wiem. - coś przyjemnego było w tym, że przynajmniej w słownictwie nie musiał się już powstrzymywać. Angielski zdawał się być wypruty z jakichkolwiek przekleństw i wyjątkowo poetycki, więc klecenie rozsądnie brzmiących zdań wychodziło mu o niebo łatwiej. Przy rosyjskim... przestawał się starać.
Dziewięć lat bez sztywnych bankietów i posiadówek, na których musiał pokazać się od najlepszej strony.
- Jest tak samo interesująco jak w ministerstwie. Po prostu znajduję sobie inne, dodatkowe zajęcia.
Jego szklanka została opróżniona w równie szybkim tempie, chociaż nie spieszyło mu się tak do następnej, jak bratu.
Jewgienij
Zabawne w tym wszystkim było to, że Giena nie raz wyobrażał sobie martwe ciała braci, kiedy tylko się na nich irytował (a to przychodziło mu niezmiernie łatwo). Nigdy jednak w swoich myślach nie posunął się na tyle daleko, by ujrzeć w nich bezwładne, nieżywe ciało Vakela. Każde jego działanie, znęcanie się czy po prostu wyśmiewanie nigdy nie przekroczyło tej jednej, konkretnej linii. On zawsze był w jego wyobraźni żywy, jakby Jewgienij nie potrafił sobie wyobrazić braku tego, jakże nic nie znaczącego w jego życiu czarodzieja pół-krwi. Było to może spowodowane faktem, iż sam Vakel nie starał się go denerwować, zawsze posłuszny i oddany pozwalał się poniżać i robić sobie krzywdę. Praktycznie za każdym razem.
- To byłoby nie do pomyślenia u nas. Co się w tej przeklętej Anglii wyprawia. - Mruknął pod nosem cały czas lustrując Vakela. - Ale to dla nas raczej lepiej. Zdobycie upadającej szkoły nie może być trudne. - Zarechotał na samą myśl o tym, jaką przyjemność sprawiłoby mu zabijanie tych wszystkich dzieciaków. A jeszcze większą sam widok ciepiących młodych osóbek, spośród których wybrałby sobie kilku do pomęczenia na osobności.
- Nawet nic nie mów. Na samą myśl o tym, że będę musiał tam siedzieć i przekładać papierki aż robi mi się niedobrze. - Jęknął i od razu, gdy tylko kolejna szklanka z whiskey pojawiła się na stole przechylił ją i opróżnił pół. Uśmiech pojawił się chwilę później i przez jakiś czas nie schodził z jego ust. Znowu.
- Dodatkowe zajęcia, mówisz. Co takiego ciekawego możesz tam robić? Podrywasz jakieś ładne nauczycielki? O ile jakieś tam w ogóle są, podejrzewam, że samo próchno szwenda się po korytarzach.
Vakel
Zdobycie Hogwartu nie może być trudne.
- Jest tam kilka osób, na które powinno się uważać. - powiedział wreszcie, na ten krótki moment odpędzając przerażające myśli o ich niezbyt kolorowej, wspólnej przeszłości i przenosząc się nimi do samej sfery zawodowej. - Poza tym, skoro mogli pozwolić sobie na tak brutalne dawki absurdu i nadal stoją, to coś jest na rzeczy. Ten cały dyrektor może spędzać powalająco dużo czasu w swoim gabinecie i marnować go na przeglądanie się w nowych rajstopach, a jednak wszyscy się go boją.
Stary, odrobinę ślepy dziadek musiał dźwigać na swoich barkach wyjątkowo wiele dobrych i złych wspomnień, a więc i krążyło o nim wiele mieszanych opinii. Mimo to, z perspektywy Vakela przynajmniej, nie wyjaśniało to w żaden sensowny sposób dlaczego nie stracił jeszcze posady i dlaczego rodzice nie zabrali swoich dzieci z placówki, gdzie zmarłym na jej terenie uczniom stawiało się pomniki i zapominało o stracie w przerażająco szybkim tempie.
Trochę pracy, co, Gienusza? Przekładanie papierków zdecydowanie nie było najgorszą pracą jaką można sobie wyobrazić. W ministerstwie dużo się działo, napływało sporo informacji, a w Hogwarcie... cóż, mury były grube, a jego dotychczasowymi towarzyszkami były niemowa i piętnastolatka.
- Są. Ale są jednocześnie tak nudne, że ta gruba nauczycielka, która w Durmstrangu uczyła tylko dziewczyny, to przy nich świetny materiał na powieść biograficzną. - powiedział bez większego wzruszenia, bo prawdę powiedziawszy idąc tam do pracy nie spodziewał się młodych, ładnych i mądrych nauczycielek, które choć trochę porwałyby go rozmową. No dobrze, była Prudence, ale wspominanie o niej było bezsensowne. - Robię to co zawsze.
Pisał, testował. Próbował nowych rzeczy. Zbierał Hogwartowe questy poboczne, jak chociażby odzyskiwanie niemowie języka.
Jewgienij
Giena słuchał uważnie i popijał whiskey jednocześnie wpatrując się w twarz Vakela. Dla nich obu mogło się to wydawać dziwne, jednak niezależnie od tego, co sobie myśleli - ta szkoła dalej stała. Stała i miała się dobrze, jeżeli ufać temu, co mówił jego młodszy brat, a Jewgienij nie miał powodu by mu nie wierzyć. Mogli się nienawidzić, mogli mieć do siebie urazy, ewentualnie znęcać się nad sobą, ale jedno było pewne, byli rodziną. I choć mogłoby się to wydawać dziwne, dla nich obu było to ważne.
- To znaczy, że dyrektor jest pewnego rodzaju osobistością. Kogoś jeszcze powinniśmy się obawiać w tej szkole, czy reszta to już zwykłe płotki? - Zapytał bawiąc się szklanką i obserwując resztkę wirującego w niej płynu. Co jakiś czas podnosił wzrok i spoglądał na brata milcząc przy tym w zamyśleniu. To wszystko było tak skomplikowane, Giena nie lubił zabawy w szpiegowanie. Wolał otwarty atak, zadawanie bólu, śmierć. To była prawdziwa frajda!
Jeszcze nawet nie zaczął pracy w Ministerstwie a już wiedział, że będzie się w niej koszmarnie nudził. Liczył tylko na to, że znajdzie sobie tam kogoś do rozmów, z kogo będzie mógł się pośmiać. No i miał też plan, by obczaić swoją bratową - ale to wszystko zależało od tego, jak cała sytuacja będzie wyglądać na miejscu.
- No to masz tam bardzo ciekawie. - Parsknął śmiechem i chyba pierwszy raz od dawna na jego twarzy pojawił się zupełnie naturalny i nie psychopatyczny uśmiech. - Niech zgadnę, badasz coś jak zawsze. Piszesz kolejna książkę. Tylko gdzie w tym wszystkim zabawa? Nie powinieneś czasem, no nie wiem, się jakoś rozerwać? Czy już w ogóle tego nie potrafisz? Zawsze byłeś sztywny. - Choć z tego szydził, tak naprawdę trochę mu tego zazdrościł. Giena musiał się bardzo starać, by z całkowitą powagą wykonywać wszystkie powierzone mu zadania.
Vakel
Delikatnie wzruszył ramionami.
- Jest kilka osób, którym na szkole wyjątkowo zależy i wydaje mi się, że mogą stanowić problem. - miał tutaj na myśli głównie osobistego, zezowatego przydupasa Albusa, wicedyrektorkę szkoły. Ta kobieta momentami go przerażała.
Zabawić się? Miał tutaj na myśli rozboje, gwałty, znęcanie się nad zwierzętami, czy wszystko naraz? Vakel traktował pojęcie rozrywka nieco inaczej. Nie wychodził do ludzi. Zaszywał się raczej w samotności i poświęcał sobie samemu, ucząc się, czytając książki, zwiedzając. Lubił też sztukę. Nie stronił od ludzi całkowicie - cenił sobie przecież dobrą rozmowę i piękne towarzystwo, potrzebował dzielić się swoimi osiągnięciami. Nie lubił podróżować samotnie.Przyjemnie było mieć towarzysza, przy którym można było czuć się swobodnie - pragnął tylko, aby ten pytał, słuchał i rozumiał odpowiedzi. Może to dlatego tak chętnie przyjął tą posadę? Bycie czyimś nauczycielem, mentorem, wzorem - to oliwiło mu wszystkie trybiki. Sprawiało, że w środku nie czuł się do końca pusty.
- Umiem wyznaczyć sobie czas na zabawę. - powiedział zwyczajnie, wyjątkowo szczerze. To fakt, często żartował sobie w nieodpowiednich sytuacjach, palił dowcipy o Żydach, wygłupiał się jak bachor w celu zaimponowania komuś, kogo takie zachowania bawiły i udawał, że nie traktuje niczego poważnie, ale w rzeczywistości wszystko planował.
Bo jak inaczej?
Już teraz zdążył policzyć wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu drzwi i okna. Rozejrzeć się po otaczających ich ludziach. Ukradkiem, nie zwracając niczyjej uwagi.
Jewgienij
Nie przestawał bawić się szklanką, jakby nie było lepszego zajęcia w całym pubie. Słuchał uważnie słów brata, chcąc zapamiętać z tego wszystkiego jak najwięcej. Musiał sporządzić własny raport, a to właśnie na słowach Vakela miał zbudować jego szkielet. Resztą miały być zapewne ploteczki z Ministerstwa, ale tam jeszcze nie dotarł. I tak naprawdę nie chciał docierać, choć wiedział, że od tego nie ucieknie.
- Umiesz? - Zapytał wyraźnie rozbawiony i dopił trunek. Chciał więcej, to nie byłoby w jego stylu, jakby właśnie przestał wlewać w siebie alkohol. Mimo to, nie podobało mu się, że Vakel miał zdecydowanie wolniejsze tempo. Postanowił więc zamówić nie tyle kolejną szklankę, co całą butelkę whiskey, którą będzie mógł rozgospodarować na dwie, stojące na stoliku szklanki.
- Pokaż jak się bawisz, b r a c i e. - Specjalnie zaakcentował ostatnie słowo spoglądając wprost w oczy swojego towarzysza i czekając cierpliwie na jego reakcję.
W tym samym czasie barman położył na stole jego zamówienie, które bez chwili zwłoki zostało rozlane do szklanek. Jewgienij nawet nie pytał, zwyczajnie wskazał palcem na złoty płyn i sam napił się swojego.
- Pij, bo jeszcze uznam, że chcesz mnie upić a samemu zostać trzeźwym.
Vakel
Whiskey było ciężkim alkoholem i każde jego ilości, po tak długim okresie pozbawionym kontaktu z jakimkolwiek napojem zawierającym procenty był zwyczajnie nierozsądny. Vakel nie był ryzykantem. Robienie rzeczy, które mogły skończyć się dla niego solidną katastrofą było kompletnie nie w jego stylu, a więc upijanie się z bratem mogło okazać się druzgocącym strzałem w kolano. Najzwyczajniej w świecie nie miał pojęcia jak sobie w takiej sytuacji poradzić. Nie to, żeby był abstynentem - w końcu również wychował się w posiadłości Bułhakowów, a tam sobie nie próżnowano, ale od powrotu do Europy nie miał czasu na zabawy i pijackie imprezy. Całkowicie oddał się swojej pracy, a sprawy towarzyskie zepchnął na dalszy, o wiele dalszy plan. Teraz dopiero poczuł, że to, co działo się w Hogwarcie mogło być efektem tego, że najzwyczajniej w świecie poczuł się lekko zmęczony takim trybem życia i potrzebował lekkiej odmiany. Na brodę Merlina, on naprawdę się starzał. Czy tak zaczynał się kryzys wieku średniego?
- Nie śmiałbym. - powiedział, chociaż faktycznie - taki miał zamiar. Bycie w towarzystwie najbardziej trzeźwą osobą było według Vakela wyjątkowo wskazane - nigdy nie wiesz na co trafisz na ulicy, a w przeciwieństwie do Jewgienija nie potrafił wycelować różdżką w czyjąś głowę, kiedy grawitacja tak brutalnie ciągnęła w dół. Gienusza miał w tej kwestii zdecydowanie większą wprawę. Kiedy tak o tym myślał, to Jewgienij był prawdopodobnie najgorszą osobą, którą można było spotkać na ulicy, kiedy było się pijanym.
Jedno słowo, jeden gest.
Tyle wystarczyło, żeby wbił ci swoją różdżkę w gardło.
Nie to, żeby sam jakoś specjalnie się różnił, ale ten pan zapisał się w pamięci nauczyciela... dość brutalnie.
Napił się. Niech się zaśmieje, parsknie, poklepie go po plecach. Takie sytuacje były krępujące, ale ku rozpaczy Vakela nieuniknione.
Od dawna nie paliło go tak czyjeś spojrzenie. Czy naprawdę był szalony? Czy naprawdę był masochistą? Jemu naprawdę wydawało się, że jest w zestawieniu z innymi wyjątkowo normalny i oczytany (nawet pomimo momentami ostrych słów, których używał do określania własnych zachowań), a tu proszę - czyżby właśnie reszta świata, te głupie, durne, śmierdzące karaczany to była ta zachwalana normalność? Przetarł oczy ręką, spojrzał na niego ponownie. - Jak ci się wiodło przez te wszystkie lata, Giena?
Zabiłeś sobie kogoś? Ożeniłeś się? Posadziłeś drzewo?
Dziewięć lat.
Te dziewiątki ostatnio go prześladowały.
Jewgienij
Bardzo dobrze wiedział, że jego brat nie należał do lekkomyślnych ryzykantów i daleko mu było do Gieny, jeżeli chodziło o picie czy innego rodzaju szaleństwa. Kiedyś bardzo go to irytowało i sprawiało, że miał kolejny (z całej tej długiej, pieczołowicie tworzonej listy wad Vakela) powód do znęcania się nad nim i wyśmiewania. Teraz, jakby się zastanowić, nadal nie rozumiał jego ostrożności. To znaczy - wiedział, że był to rodzaj naprawdę błyskotliwego sposobu życia, a mimo to, brakowało w nim spontaniczności. Tego właśnie chciał nauczyć Vakela, by chociaż przez chwilę obydwoje mogli zabawić się w swoim towarzystwie, co z pewnością dałoby Gienie sporo satysfakcji.
- Mam nadzieję. - Zaśmiał się pod nosem i uniósł szklankę w geście kolejnego toastu, tym razem nie nazwanego na niczyją cześć. Obserwował każdy ruch brata, to jak podnosi swój trunek i macza w nim usta, samemu robiąc dokładnie to samo.
Zdecydowanie należał do tych, których mało co było w stanie powalić. Jak to mówią - złego diabli i wódka nie biorą, tak też było z Jewgienijem. Niezależnie od ilości spożytego alkoholu, różdżkę potrafił utrzymać prosto i zrobić nią krzywdę komuś innemu, niż sobie. Zbierana w nim przez lata agresja, tak łatwo wypływająca w codziennych sytuacjach, zdawała się być jeszcze bardziej niebezpieczna, gdy szumiało mu w głowie. Wtedy byle co było w stanie go rozjuszyć i Vakel wiedział o tym chyba najlepiej ze wszystkich.
Powoli zaczynał czuć w swoim ciele napływające procenty i westchnął cicho z ulgą. Naprawdę lubił to uczucie, choć dobrze wiedział, że alkohol był tylko jego ucieczką, wymówką od tego wszystkiego, w czym nie był tak perfekcyjny, jakby chciał. Mało kto znał jego słabe strony, nawet Vakel, który wbrew pozorom okazał się być jedynym bratem, który go choć trochę znał, nie wiedział tak naprawdę nic. A Giena nie miał zamiaru tego zmieniać, im mniej wiedzieli tym lepiej i bezpieczniej dla niego.
- A ciebie co tak nagle zainteresowało moje życie? - Zapytał głosem zachrypniętym, co powoli rozpoczynało etap pijackiego bełkotu. Spojrzał jednak na niego wzrokiem upartym, ale było widać w nim coś jeszcze, czego Vakel mógł się nie spodziewać - zmęczenie.
- Mogło być gorzej. - Dodał zatykając się szklanką, z której spijał whiskey i przez chwilę po prostu na niego nie patrzył. - A tobie? Co się stało z tą twoją żoneczką? Już myślałem, że na zawsze ugrzęźniesz pod jej pantoflem. - I tym samym uciekniesz spod mojego. Dodał w myślach pamiętając, jak często demolował swoją sypialnię z frustracji, gdy bratowa ograniczała ich kontakty, a on nie miał pod ręką Vakela wtedy, kiedy musiał naprawdę się na kimś wyżyć. Potem nauczył się z tym żyć, znajdując sobie inne obiekty do wyładowania złości, ale to nigdy nie było to samo. Któż mógłby mu zastąpić tak łatwy obiekt kpin?
Vakel
- Czysta, braterska miłość.
Tyle zdążył powiedzieć, póki nie zalała go fala irytacji tak wielkiej, że na chwilę go zamroczyło. Nie był ryzykantem. Był typem człowieka, który lubił planować każdy swój ruch i chociaż nie zawsze mu to wychodziło, bo posiadał więcej wad niż zalet - trwał przy tym od młodości. Nie dało się jednak pominąć w rozumieniu go jednej, dość istotnej sprawy. Był Bułhakowem. Synem potwornego awanturnika. I niezależnie od tego co zrobił, co postanowił... już zawsze będzie prześladować go to palące w gardle uczucie, przenoszące się powoli na całe ciało. Płynna nienawiść.
Jego Miriam, jego płomyczek, symbol wszystkiego co kochał, a co stało się zaledwie kartką w burzliwym życiorysie. Mogli nazywać go pantoflarzem, słabeuszem i kompletnym idiotą, póki miał przy sobie kobietę będącą wszystkim, czego potrzebował. Kochał ją. Nie, on jej nie kochał, ale uznawał to za miłość. Bezwzględne przywiązanie i oddanie, nawet przy okrucieństwie wymierzonym prosto w niego. Wiedział. Oh, on bardzo dobrze wiedział, że Jewgienij próbował go sprowokować i dlatego to było tak frustrujące. Ten przeklęty, zadufany w sobie. Paskudny szkodnik. Popierdolony. Skurwysyn. Jak. On. GO. NIENAWIDZIŁ.
W stronę Gienuszy poleciała opróżniona podczas ataku agresji szklanka, a po zdawałoby się ułamku sekundy Vakel złapał go przez stół za fraki i przyciągnął do siebie, omal nie plując mu przy tym na twarz.
Jak śmiałeś... Jak śmiesz...
- Idę... - ty przeklęta, zasmarkana, wyjebana w dupę kurwo, która nie potrafi poprawnie sklecić jednego zdania. Nawet nie wiesz ile radości dałoby mi rozwalenie twojego pustego łba o kant stołu i śmianie się z tego, jak miażdżę ci czaszkę. Oderżnąłbym ci ją, wysłał w paczce ojcu razem z twoim kutasem i... - ... zapalić.
Puścił go.
Odetchnął.
Jewgienij
Czysta. Braterska. Miłość.
Te trzy słowa zagrałyby w jego głowie zdecydowanie dłużej i być może nawet wywołałyby pewnego rodzaju uśmiech na jego twarzy, gdyby nie wydarzenia, które nastąpiły dosłownie chwilę po nich. Giena dobrze wiedział, że przekracza granicę. Że wchodzi na tematy, których Vakel naprawdę chciał uniknąć i które były dla niego niczym rzut solą prosto w gałkę oczną. Jewgienij nie byłby jednak sobą, gdyby nie spróbował zajść za daleko i od małego dokuczał swojemu bratu na wszelkie sposoby. Vakel mógł się więc spodziewać oczywistego i dosyć jasno skierowanego w jego stronę ataku, dlatego też dziedzic rodziny nawet przez chwilę nie pomyślał, ze wywoła aż taki napad złości. Prawdę mówiąc, był zaskoczony.
Szklanka tak zręcznie rzucona przez młodszego z Bułhakowów odbiła się od jego nosa i aż zaklął z bólu, który rozniósł się po jego twarzy. Już chciał zacząć się drzeć i jednocześnie wyśmiewać brata dalej, gdy poczuł zaciskający się uścisk na własnym kołnierzu i podniósł wzrok na sprawcę. Wpatrywał się w niego przeszywająco, gdy tamten ze złości opluwał jego okulary i sam musiał powstrzymać się przed przyłożeniem w tą, jakby nie było, całkiem pociągającą twarz. Z jednej strony był po prostu wkurwiony, bo co jak co, ale on nie pozwala się tak traktować. Z drugiej jednak czuł naprawdę spore rozbawienie całą sytuacją i tym, że Vakel jak zawsze połknął haczyk. Czy przesadził, czy nie - swój cel osiągnął.
Och, jakże wiedział jakie słowa musiały się w tej jednej, konkretnej chwili pojawił w głowie młodego Bułhakowa. Czuł pewnego rodzaju, bardzo chorą, satysfakcję i gdy tylko uścisk brata zelżał, poprawił sobie kołnierz i krawat. Cały czas świdrował wzrokiem, lekko pociemniałym z powodu wzrostu adrenaliny, jego twarz. I gdy sytuacja, zdawałoby się, została odrobinę rozluźniona uniósł się nad stołem. Jednym, zdecydowanym ruchem ręki złapał Vakela za frak i przycisnął z całej siły do blatu. Nachylił się nad jego uchem i prawie dotykając go swoimi ustami wysyczał.
- Nigdy więcej. Chyba, że chcesz bym ci przypomniał, kto tu rządzi. - Warknął, a potem puścił go i rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu zdejmując okulary, które po chwili zaczął wycierać, by pozbyć się śliny Vakela. Przez kilka chwil nawet nie podnosił wzroku zdając sobie sprawę z tego, że musieli wzbudzić ciekawość niektórych obecnych w pubie jegomości.
- To podobno ja nie radzę sobie ze złością. - Prychnął nakładając szkła na nos (który swoją drogą nadal go bolał i nawet nie zwrócił uwagi na to, ze zaczyna mu z niego cieknąć krew) i spojrzał na niego tym wzrokiem, którym patrzył za każdym razem stojąc nad Vakelem chwilę po tym, jak po raz kolejny się na nim wyżył. Z tą jego wrodzoną wyższością i zadufaniem w samym sobie.
Vakel
Vakel odkleił gębę od stołu, chociaż wciąż garbił się nad nim, opierając rękoma o blat. Głowę miał spuszczoną, włosy skutecznie przysłaniały twarz, ukrywając w ten sposób przerażone własnym zachowaniem oblicze śmierciożercy. Czy naprawdę te kilka tygodni spędzonych w Hogwarcie, podczas których musiał powstrzymywać się bardziej niż zazwyczaj, bo obserwowano go każdego dnia sprawiły, że wpadł w tak łatwą i oczywistą pułapkę? Stał tak jeszcze moment, zupełnie ignorując to, co Jewgienij miał do powiedzenia. Niech sobie wyciera te durne okulary, skoro sam na to zapracował. Wspominanie pewnych wydarzeń przelało czarę goryczy.
- Nie jestem twoją osobistą zabawką. - przypomniał mu lekko drżącym głosem, chociaż wątpił, aby miał znaleźć u Jewgienija poparcie. Aż nadto zdawał sobie sprawę z tego, jak przedmiotowo był traktowany, bo sam selekcjonował ludzi i porzucał tych mniej zabawnych i ciekawych, nie robiąc sobie nic z tak pozornie płytkich i błahych spraw jak emocje. Jeśli coś sobie oswoiłeś, to dbaj o to, bo jest Twoje. Brzmiało cholernie znajomo, ale nie miał pojęcia kto wypowiedział te słowa. Wiedział natomiast jedno - na przestrzeni lat przywiązanie do nich zatarło się, a żywe istoty zostały przez Vakela sprowadzone do statusu bezwartościowego szmelcu. Liczył się tylko i wyłącznie on.
Nie, nie zmienił się. To zawsze w nim siedziało. Zadzieranie nosa, pragnienie bycia lepszym od innych. Zadufany w sobie dzieciak narodził się gdzieś w Durmstrangu, kiedy nagrodzono go za pierwszy wyczyn. Schylił się po leżącą na podłodze, teraz już wyszczerbioną szklankę i postawił ją tam, gdzie stała wcześniej. Zanim nią rzucił. Miałeś być perfekcjonistą Vakelu. Panem idealnym. Władcą własnego losu. Znów dałeś się zamroczyć, nie panowałeś nad własnym ciałem. Pielęgnowałeś przechodzący po ciele dreszcz, będący reakcją na ciepły oddech, jeszcze przed chwilą gładzący twój policzek.
Co on właściwie wtedy powiedział?
Tak nie osiągniesz tego, do czego dążysz.
Musisz pamiętać. Zapamiętywać każdy szczegół. Usiadł. Znów siedział. Nie rozejrzał się po sali, nie obadał ile twarzy zwróciło się w ich stronę. Po prostu trwał w bezruchu, lustrując płynącą z nosa Jewgienija krew. Ponownie ujrzał oczami wyobraźni jego bolesną śmierć. Pokutę za wszystko co uczynił. Krzyki bólu i rozpaczy. Podobało mu się to, napędzało go i... Tyle było mu dane. Nie było nowością, że nie potrafił.
I chociaż z całego serca modlił się o to, żeby móc własnymi rękoma wydusić ostatnie tchnienie tego psychopaty, to nie będzie mu to dane nigdy. Nawet w przypływie panicznego szału nie zada ostatecznego ciosu. - Przepraszam.
Miałem zapalić, przypomniał sobie nagle i wykonał ruch, jakby chciał się podnieść.
Jewgienij
Wpatrywał się w niego cały czas. Przeszywał go wzrokiem, chcąc wyciągnąć z jego postawy jak najwięcej. Nawet nie udawał, że chodzi mu o coś innego niż zwykłe, tak dobrze znane im obu wyżycie się silniejszego nad słabszym. Prawdę mówiąc, Giena już czuł się lepiej, resztki złości nadal gdzieś się kołatały w jego ciele, ale satysfakcja z tego widoku była silniejsza. Pochylona głowa Vakela zdawała się być na tyle interesująca, iż nie mógł oderwać od niej wzroku poprawiając sobie, odrobinę za bardzo pogniecioną koszulę. Jednym, zdecydowanym ruchem ręki sięgnął po butelkę na wpół opróżnionej whiskey i nalał jej sobie do szklanki stojącej przed nim. Gdy napełnił ją całkowicie, spojrzał ponownie na twarz brata i krzywy uśmiech ozdobił jego twarz, jakby w odpowiedzi na kolejne słowa wychodzące z ust Vakela.
- Nie? - Sarkastyczny ton wyleciał z jego ust i sam aż drgnął na ten dźwięk. - Mam wrażenie, że podczas tych dziewięciu lat zapomniałeś o kilku ważnych zasadach. Ale spokojnie, po to tu jestem, by ci je przypomnieć. - Wysyczał zatykając się łykiem trunku, cały czas nie spuszczając go z oczu. Narastająca w nim frustracja coraz bardziej szeptała mu do ucha, by złapał brata za włosy, przycisnął do stołu. Jak kiedyś wycharczał najgorsze obelgi, jakie tylko mógł wymyślić. By jak kiedyś dał mu jasno do zrozumienia, że jest jego. I nic na świecie nie będzie w stanie zmienić tego faktu.
Zadrżał, a gdy usłyszał słowa przeprosin poczuł ten dziwny, z jednej strony męczący a z drugiej tak przyjemny rodzaj podniecenia. I choć w oczach pojawił mu się błysk, ten nawiedzający Vakela w niejednym koszmarze błysk zwiastujący nieszczęście, siedział dalej na swoim miejscu, ruszając jedynie dłonią, by zbliżyć do ust szklankę, a potem ją od siebie oddalić. Tylko fakt, że znajdowali się teraz w miejscu publicznym chronił młodego Bułhakowa przed jego popierdolonym bratem.
Po chwili milczenia, bo na przeprosiny nie zareagował nawet słowem - tylko się w niego wpatrywał, zdał sobie wreszcie sprawę ze spływającej spod jego nosa krwi i ścierając ją ręką poczuł, jak złość ponownie nim wstrząsa. Mógł popuścić wiele rzeczy, biorąc pod uwagę miejsce, w którym są i fakt, że widzą się tak naprawdę pierwszy raz od dawna. Ale nie miał zamiaru pozwolić na zniszczenie tak przystojnej twarzy, jak jego.
- Ja pierdole. Naprawdę musiałeś kurwa w twarz?! Popierdoliło cię?! - Warknął dosyć głośno, wlewając sobie resztkę trunku ze szklanki i rzucając nią w jego facjatę. Oko za oko, ząb za ząb. Wstał szybciej niż sam się tego spodziewał i nie zwracając uwagi na nic wokół, przywalił mu pięścią w lico, łapiąc jednocześnie za frak.
- A miało być tak miło, zobacz co zrobiłeś. - Syknął mu prosto do ucha.
Vakel
Nie zapomniał. Takich rzeczy się nie zapominało, a poza tym... poza tym nie chciał zapominać. On to w sobie pielęgnował. Każde druzgocące wspomnienie, które składało się na szalonego, agresywnego i przygłupiego profesora było dla niego cenne. Czasami chciał się ich pozbyć. Wymazać je, odejść. Rozpocząć nowe życie i próbował już tyle razy, że ciężko było to zliczyć. Ostatecznie i tak kończył z tym samym - seriami koszmarów, nie wnoszących do jego marnej egzystencji nic poza tym, że był kompletnie uzależniony od tej dwójki popaprańców.
To miałoby sens. Śnił, po prostu śnił, że siedział teraz przy stole z Jewgienijem, z tyloma ślepiami ukradkiem spoglądających z w ich stronę. Śnił to nienawistne, a jednak pełne pożądania spojrzenie brata. Śnił to, że próbował mu się postawić. Tyle symboli, tyle informacji. Wszystko i nic. Każdy przedmiot w pomieszczeniu zaczął do niego mówić, syczeć wskazówki, szeptać do uszka. Ale to wszystko wydawało się być jednocześnie takie realne... Fakt pobytu Jewgienija w Wielkiej Brytanii i ich spotkania w takim miejscu był na tyle abstrakcyjny, że przez chwilę uwierzył w swoją nową, niebanalną teorię, ale ostatecznie nieco wytrąciła go z równowagi lecąca w powietrzu szklanka. Próbował zasłonić się ręką, ale, że kości po jego stronie nie były - dostał w czerep i to wyjątkowo mocno. Potrzebował dłużej chwili na zrozumienie co właściwie się stało, w czym zdecydowanie nie pomógł kolejny cios w mordę, ale ostatecznie młody Bułhakow po prostu zabrał łapsko Jewgienija ze swojej marynarki.
- Ja jestem tym, który zapomniał, a ty wciąż jesteś tym samym, bezczelnym idiotą w sandałach. - wydusił z siebie, przejeżdżając palcami po miejscu, w które dostał. Najpierw te cholerne filiżanki, teraz to.
Nie miał ani zastawy, ani, kurwa, brata.
- Miło, to było bez ciebie. Wypierdalaj do Rosji pierdolony lizodupie. Cokolwiek miałeś ze mnie wyciągnąć - chuj ci w twe szanowne cztery litery, księciu z bajki, który osiągnął w życiu mniej niż nasz pies.
Patrząc mu prosto w oczy wsadził do ust przedostatniego papierosa i wyszedł, ale wrócić już nie zamierzał. Jak ostatnia pizda zostawił płacenie panu Jot.
[z tematu]
Jewgienij
Giena nie chciał, żeby Vakel zapomniał o czymkolwiek. Miał chore pragnienie, by pamiętał o tych wszystkich latach do końca swojego życia. Żeby pamiętał każdą przykrą rzecz, jaką mu Jewgineij zrobił i żeby miał świadomość tego, co jeszcze może mu się przydarzyć. Tych wszystkich nie wydarzonych do tej pory przykrości, które kołatały się w jego głowie przez całe dziewięć lat. I które teraz, gdy tylko zobaczył jego twarz, przypomniały o sobie z podwójną siłą.
Miał ochotę przywalić mu w twarz jeszcze raz, a potem ciągnąc go za włosy przygwoździć do stołu. Pochłonięty tymi wszystkimi chorymi myślami, popierdolonymi pomysłami, praktycznie nie słyszał jego słów. Dopiero te rzucone na odchodne do niego dotarły. Nim zdążył jednak na nie odpowiedzieć, Vakela już nie było.
- Frajer w dupę jebany. - Burknął po rosyjsku siadając ponownie na miejscu. Z jednej strony, chciał za nim po prostu wybiec, dorwać go za drzwiami i spuścić taki wpierdol, jakiego jeszcze nigdy nie dostał.
Jednak został. Sam nie wiedział czemu, jednak postanowił się uspokoić, chociaż trochę. Słowa brata obijały się o jego czaszkę cały czas, nie chcąc z niej wypaść. Złapał za prawie opróżnioną butelkę whiskey i wyzerował ją z gwinta. Cały czas mamrotał coś pod nosem wiedząc, że Vakel jeszcze pożałuje swoich słów i tego, jak bardzo mu podskakuje.
Kiedy najebał się już wystarczająco, zapłacił za ich wspólny wypad (niech będzie księżniczko, mężczyzna za ciebie zapłaci) i wyszedł.