Mimo iż organizowałaby 3:0 w decydującym secie Agnieszka Radwańska nie zagra w finale Wimbledonu. Była od niego ledwo parę piłek, ale ostatecznie uległa, po pięknym, teatralnym pokazie wyszukanego tenisa, Niemce Sabine Lisicki 4:6, 6:2, 7:9.
Krakowianka straciła szansę na drugi z rzędu awans do ostatecznej fazy londyńskiego turnieju. Przed rokiem przegrała w finale z Amerykanką Sereną Williams.
To drugi tryumf Niemki nad Radwańską w trzecim pojedynku.
Lisicki zagra w schyłku z Francuzką Marion Bartoli (15.), która pokonała Belgijkę Kirsten Flipkens (20.) 6:1, 6:2.
Owo jednak nie koniec biało-czerwonych emocji! PrzegladSportowy.pl zaprasza na piątkowy półfinał męskiej strony Wimbledonu. Jerzy Janowicz kontra Andy Murray. Szykują się nie mniejsze emocje.
Wiodący prym czwartkowy półfinał trwał zwięźlej, aniżeli uniwersalnie sądzono, bowiem Francuzka Marion Bartoli (nr 15.) w ciągu 62 minut uporała się z Belgijką Kirsten Flipkens (20.) 6:1, 6:2. W tej sytuacji Polka i Niemka o polskich korzeniach wyszły na Kort Centralny o godz. 14.30, w asyście blisko 15-tysięcznej widowni niemal w komplecie wypełniającej trybuny.
Radwańska miała na obydwu udach szerokie opaski uciskowe. Nowością był opatrunek na lewej nodze, bowiem ten na prawej był już konieczny w toku spotkania w 1/4 finału spośród Chinką Na Li (nr 6.).
Jeśli wierzyć zgodnym zapowiedziom brytyjskiej prasy, miało owo być jednostronne bombardowanie serwisem przez Lisicki. Właśnie owa oręż okazała się fundamentalna w wyeliminowaniu przez nią w czwartej rundzie ubiegłorocznej triumfatorki Amerykanki Sereny Williams.
Faktycznie maszyna z pomiarem elektronicznym wykrywałaby zapisy przekraczające prędkość 100 mil na godzinę, a rekordowy wyniósł 120 mil/godz. Przy stanie 3:3 Radwańska znalazła się w opałach, gdy na tablicy pojawił się wynik 0-40. Wybroniła się przy trzech kolejnych punktach, ale zaraz potem rywalka dzierżyłaby w ręku przewagę. Wykorzystała ją, choć po dość szczęśliwej taśmie, która przedzierzgnęła całkowicie lot piłki. Polka broniąc się przed trafieniem nią odruchowo zatarasowała się rakietą, a po odbiciu konstrukcją ta nieznacznie wyleciała poza kort.
To oznaczało przełamanie, jakie okazało się kluczowe dla trafów transzy, bowiem choć Polka wyszła na 4:5, to jednak w dziesiątym gemie - nieopodal jednego "break pointa" - nie zdołała odrobić straty zaś straciła seta po 33 minutach.
Nuże na otwarcie drugiej partii straciła nieoczekiwanie znów swoje podanie, tym razem nie zdobywając przy nim nawet punktu. Niepokojąco wyglądał nawet nie sam rezultat, natomiast owo, że serwis krakowianki jakby zupełnie przestał funkcjonować.
Od razu udało się Radwańskiej odrobić stratę, a po udanym swoim gemie objęła prowadzenie 2:1, ale widać było, że ma pewne problemy z poruszaniem się po korcie. Mógł to egzystować skutek mniejszych urazów powstałych podczas trzech poprzednich trzysetowych dosytów w turnieju.
Po obustronnych przełamaniach zrobiło się 3:2, ale po Lisicki widać było, iż zgubiła pewność serwisu. Wykorzystała to krakowianka natomiast rozstrzygnęła losy drugiego seta po godzinie i dziewięciu minutach rozrywki. W ostatnim gemie Niemka popełniła trójka podwójne błędy.
Udana szereg sześciu kolejnych wygranych gemów dała Radwańskiej prowadzenie 3:0 w decydującym secie. Okazało się, że są to miłe złego początki, bowiem Niemka odrobiła stratę. Niemal w tym samym momencie jedna z dwóch tablic świetlnych zgasła.
To, co nastąpiło później, wolno swobodnie nazwać koszmarem. Mnożące się szczęśliwe taśmy, trafienia w linię lub minimalne auty, asy i zabijające returny, podwójne błędy serwisowe, gry na przewagi, dropszoty, woleje, smecze, niewymuszone błędy i wygrywające uderzenia. Emocjami i zwrotami akcji, jakie nastąpiły w końcówce można byłoby bez nerwów obdzielić kilka spotkań.
Sytuacja zaczęła się gęstnieć w sąsiedztwie stanie 6:6, gdy Polka wybroniła się z 15-40 i po raz ostatni zdołała objąć prowadzenie tego dnia. W trzech kolejnych gemach, pełnych nerwów z obu stron, lepsza okazała się Lisicki. Po tym kiedy wybrnęła przełamać podanie Polki na 8:7, wyraźnie uskrzydlona postawiła kropkę nad "i" głównie pilnym serwisem.
W piątek popołudniu po raz pierwszy w karierze wystąpi w wielkoszlemowym półfinale Jerzy Janowicz (nr 24.), oraz jego rywalem będzie Szkot Andy Murray, wicelider rankingu ATP World Tour, a także ubiegłoroczny finalista Wimbledonu i mistrz olimpijski igrzysk w Londynie.
Wyjdą na kort Decyzyjny dopiero w drugim pojedynku, po Serbie Novaku Djokovicu (nr 1.) i Argentyńczyku Juanie Martinie del Potro (7.). Oni rozpoczną walkę o londyński finał o godzinie 13.00 (14.00 czasu polskiego).